Myślenie wizualne w MEDYCYNIE – 5 sposobów

Podziel się tym postem z innymi!
Share on facebook
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on twitter

Czy wiesz, że zapominamy od 29% do aż 72% tego, co mówi lekarz?

W dodat­ku im wię­cej infor­ma­cji dosta­je­my na raz, tym wię­cej zapo­mi­na­my. Takie prze­ra­ża­ją­ce wyni­ki pły­ną z badań prof. Pete­ra Hout­sa (o któ­rych wię­cej tutaj). Co w świe­tle obec­nej pan­de­mii koro­na­wi­ru­sa jest dopraw­dy przy­tła­cza­ją­ce…

(rysu­nek z naszej agen­cyj­nej stro­ny www.ExplainVisually.co)

Jeśli bywasz u mnie na moim blo­gu ryśli­ciel­skim, wiesz, że lubię bawić się sło­wem i robię to w spo­sób cha­rak­te­ry­stycz­ny dla mnie. Mam raczej styl nie­ofi­cjal­ny, swoj­ski i pro­sto­li­nij­ny, czę­sto też rubasz­ny, a moje wpi­sy bywa­ją oso­bi­ste, intym­ne, cza­sem pro­wo­ku­ją­ce, a nade wszyst­ko są bar­dzo moje (bo żyję #poswo­je­mu).

Jeśli jed­nak zain­try­go­wa­ły Cię te powyż­sze pro­cen­ty zapo­mi­na­nia zale­ceń lekar­skich i chcesz się­gnąć do tur­bo-mery­to­rycz­nych źró­deł, to zapra­szam Cię koniecz­nie do lek­tu­ry boga­te­go w bada­nia i kon­kret­ne case stu­dies wpi­su na naszej agen­cyj­nej stro­nie ExplainVisually.co (możesz też klik­nąć w obra­zek poni­żej albo ten wyżej).

Kie­dy mój zespół dał mi ten arty­kuł do prze­czy­ta­nia przed publi­ka­cją, byłam wstrzą­śnię­ta. Nie sądzi­łam, że ska­la tego, co intu­icyj­nie podej­rze­wa­łam, jest tak olbrzy­mia…!


1. (Rozrzedzający krew w żyłach) przykład z życia – zalecenia lekarskie

Dosłow­nie wczo­raj, 18 mar­ca 2020 roku roz­ma­wia­jąc przez tele­fon z moją mamą dowie­dzia­łam się, że jej wie­ko­wy sąsiad, ponad osiem­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna po uda­rze, star­szy Pan Marian dostał od lekar­ki wytycz­ne co do daw­ko­wa­nia pew­ne­go leku. Lekarz zapi­sa­ła na kart­ce coś w sty­lu:

1 /​ 1.5 /​ 1 /​ 1.5

Czy prze­czy­taw­szy te zale­ce­nia masz pew­ność, jak przyj­mo­wać ten lek?

Pan Marian poki­wał pokor­nie gło­wą w trak­cie wizy­ty, dając znać, że zro­zu­miał i wró­cił do domu. I kie­dy przy­szło do wzię­cia leku, usiadł i spo­koj­nie na nowo zer­k­nął na roz­pi­skę… Tro­chę zgłu­piał. Jak to było…? Jak mam to brać? Hm… Final­nie nasz scho­ro­wa­ny Pan Marian przyj­mo­wał leki 4 razy w cią­gu dnia. Rano jed­ną tablet­kę (1), potem pół­to­ra tablet­ki (1.5), potem gdzieś po obie­dzie znów jed­na cała tablet­ka (1), a na koniec dnia kolej­ne pół­to­ra tablet­ki (1.5). W sumie dzien­nie przyj­mo­wał więc 5 table­tek tego leku. Co nam daje w tygo­dniu: 35 table­tek, a w 3 tygo­dnie: 105 table­tek. Dodaj­my – leku prze­ciw­za­krze­po­we­go. Dla osła­bio­ne­go dzia­du­nia po uda­rze, o lichym zdro­wiu…

Po trzech tygo­dniach (pod­kre­ślam: TRZECH TYGODNIACH!!) i 105 tablet­kach Pan Marian dostał pod­skór­nych wyle­wów krwi. Osiem­dzie­się­cio­let­ni Marian zro­bił się po pro­stu siny! Na całym cie­le miał krwi­ste wybro­czy­ny… Natych­miast jego (rów­nie wie­ko­wa i też zresz­tą scho­ro­wa­na) żona wezwa­ła karet­kę. I wiesz, co się oka­za­ło?

Pani dok­tor pisząc swo­je 1 /​ 1.5 /​ 1 /​ 1.5 mia­ła na myśli, że daw­ko­wa­nie ma być takie:

  1. Pierw­sze­go dnia JEDNA tablet­ka
  2. Dru­gie­go dnia PÓŁTOREJ tablet­ki
  3. Trze­cie­go dnia JEDNA
  4. Kolej­ne­go dnia znów PÓŁTOREJ tablet­ki…
  5. i tak przez 3 tygo­dnie…

No po pro­stu kur@^&^%$#@#$%^&*&^%%$#$@#YTR#TG$!!!

Tego typu skan­da­licz­ne nie­po­ro­zu­mie­nia przy prze­cież banal­nie pro­stej instruk­cji powin­ny w ogó­le nie mieć miej­sca! Pacjent w efek­cie przy­jął w cią­gu 3 tygo­dni nie 25,5 tablet­ki, ale 105 table­tek!

Pan Marian brał ponad 400% daw­ki!

Trzy­maj­cie mnie, zanim się zaplu­je blu­zga­mi i wszel­ki­mi zna­ny­mi mi prze­kleń­stwa­mi, a kor­ci mnie, oj kor­ci, i wierz mi, dro­gi czy­tel­ni­ku, wca­le się nie oszczę­dzam pod nosem, ekran mam już oplu­ty, a kla­wia­tu­ra prak­tycz­nie już wbi­ta w blat biur­ka, tak się we mnie gotu­je!

Jak sobie o tym tyl­ko myślę, cała aż się trzę­sę. Oczy­wi­ście, moż­na bro­nić leka­rza mówiąc:

Eeee, to pacjent zawa­lił, mógł dopy­tać, no co za czło­wiek, nie rozu­miał, to mógł dopy­tać…!

A ja powia­dam: to nadaw­ca komu­ni­ka­tu ma zro­bić WSZYSTKO CO W JEGO MOCY, aby się upew­nić, że odbior­ca przy­jął komu­ni­kat tak, jak chcie­li­śmy… Szcze­gól­nie, że mamy do czy­nie­nia z osiem­dzie­się­cio­lat­kiem po uda­rze, no ludzie dro­dzy!

I żeby nie być goło­słow­ną. Dro­dzy leka­rze, na boga, na mat­kę zie­mię, na pana losa, na naj­bar­dziej soczy­ste blu­zgi języ­ka pol­skie­go – bła­gam Was na wszyst­ko, zanim pęk­nę z obu­rze­nia:

Dawaj­cie pacjen­tom jasne, kla­row­ne instruk­cje!

Bie­gnę z moim myśle­niem wizu­al­nym z pomo­cą. Poni­żej napraw­dę nie­wy­ma­ga­ją­ce spo­so­by pod­kre­śle­nia instruk­cji na papie­rze.

Instrukcja dawkowania leku nr 1:

Pierw­sza, jaka mi przy­szła do gło­wy. Jej roz­ry­so­wa­nie zaj­mie Ci naj­wię­cej cza­su, ale rów­no­cze­śnie (mam takie poczu­cie) daje ona naj­więk­szą szan­sę prze­ka­za­nia instruk­cji w spo­sób pra­wi­dło­wy. Przy­pu­ść­my, że nasza instruk­cja daw­ko­wa­nia brzmi tak (histo­ria Pana Maria­na jest dla nas inspi­ra­cją, nie­co ją upro­ści­łam, bo cho­dzi o sam zamysł, żeby­ście to zła­pa­li):

Zaczy­na Pan dziś od jed­nej tablet­ki. Następ­ne­go dnia bie­rze Pan jed­nak już pół­to­rej tablet­ki. I tak na zmia­nę. Jed­ne­go dnia jed­na tablet­ka, dru­gie­go dnia pół­to­rej, potem znów jed­na, potem pół­to­rej. Aż Pan skoń­czy całe opa­ko­wa­nie. Przez 10 dni Pan bie­rze lek. W opa­ko­wa­niu jest 15 table­tek. Zosta­nie Panu 2,5 tablet­ki, ale już jej Pan nie bie­rze.

I nasze­mu prze­ka­zo­wi wer­bal­ne­mu towa­rzy­szy kart­ka papie­ru i dłu­go­pis. Pierw­szą tablet­kę (załóż­my, że tak wła­śnie wyglą­da) rysu­je­my – ola­bo­ga! – w trój­wy­mia­rze, żeby pacjent zro­zu­miał co to. Następ­ne rysu­je­my już sym­bo­licz­nie, bo to nie kon­kurs pla­stycz­ny, ale instruk­cja mogą­ca ura­to­wać komuś życie. Roz­pi­su­je­my to na dniach tygo­dnia:

Idź­my krok dalej. Możesz zro­bić to samo, ale jesz­cze lepiej. Pod­kre­ślić CODZIENNĄ ZMIENNOŚĆ DAWKI leku. Po pro­stu innym kolo­rem (albo tym samym, wszyst­ko jed­no!) pod­kre­ślić tą klu­czo­wą infor­ma­cję strzał­ką w górę (w górę, bo wię­cej leku!), żeby się upew­nić, że pacjent zapa­mię­ta:

Że nie wspo­mnę o tym, że możesz poświę­cić jesz­cze jakieś 13 sekund na to, żeby zamiast pisać „do koń­ca opa­ko­wa­nia” roz­ry­so­wać pacjen­to­wi goto­wy har­mo­no­gram. Przy­cze­pi sobie na lodów­ce i będzie codzien­nie skre­ślał, co już wziął. Nie ma szans, żeby się zgu­bił po dro­dze.

A jeśli rze­czy­wi­ście instruk­cja jest dłu­ga (jak u Pana Maria­na – bo lecze­nie trwa 3 tygo­dnie), to roz­ry­suj mu po pro­stu pierw­szy tydzień (np. z kon­kret­ny­mi DATAMI!) a potem na stro­nie zostaw mu miej­sce, z wstęp­ną tabe­lą, żeby sobie sam dopi­sał już w domu na spo­koj­nie. Uzy­skaj potwier­dze­nie, że pacjent rozu­mie.

Spy­taj: Co Pan tu ma zro­bić na tej kart­ce?

Roz­pi­szę sobie na kolej­ne 2 tygo­dnie, Pani dok­tor! Sko­piu­ję to samo.

Pod­su­muj: Dokład­nie, Panie Maria­nie, tak Pan zro­bi! I będzie Pan sobie codzien­nie odha­czał wzię­ty lek.

Tak, będę odha­czał codzien­nie, co i ile wzią­łem. Albo jed­ną, albo pół­to­rej tablet­ki!

Instrukcja dawkowania leku nr 2:

Może być też dru­ga meto­da. Mniej wizu­al­na, ale tak­że sku­tecz­na. Piszesz cyfro­wo „pierw­szy dzień” (czy­li zapi­su­jesz liczeb­nik: jedyn­kę z krop­ką, czy­li 1.) i daw­kę na pierw­szy dzień (1 tabl.)… Potem lecisz już skró­tem, upew­nia­jąc się, że pacjent rozu­mie, że te daw­ki są poka­za­ne w kon­tek­ście DNI. Znów możesz pod­kre­ślić strzał­ką czy kre­ską, że co dru­gi dzień bie­rzesz tro­chę wię­cej leku, dro­gi pacjen­cie. Bo to waż­ne! Do cięż­kiej cho­le­ry. Waż­ne. Po sto­kroć. Po piz­dy­lion to jest waż­ne!

Instrukcja dawkowania leku nr 3:

I kolej­na pro­po­zy­cja. I wizu­al­na, i tek­sto­wa. Ogar­niesz to. Wiem, że ogar­niesz, dro­gi leka­rzu. I kom­plet­ne sza­leń­stwo: załóż­my, że wizy­ta lekar­ska jest w śro­dę. Od czwart­ku rano pacjent ma zacząć lek. Dopa­so­wu­je­my więc nasz komu­ni­kat do tego kon­tek­stu. On Cię nie dość, że wiel­bi, to jesz­cze rozu­mie instruk­cję i na koniec, jak zacnie, nie umie­ra. Nie dosta­je też wybro­czyn, nosz kurza dupa…! (dobra, Klau­dia, weź się nie nakrę­caj zno­wu…!)

Instrukcja dawkowania leku nr 4 (autentyk z Tajlandii!):

Abso­lut­nie urze­ka­ją­cy przy­kład tego, jak pomóc (czę­sto anglo­ję­zycz­nym) tury­stom nie mówią­cym w trud­nym języ­ku kra­ju, któ­ry wła­śnie odwie­dza­ją, przy­tra­fił mi się w stycz­niu 2018 roku, kie­dy byłam w Taj­lan­dii (tu foty na moim pry­wat­nym Face­bo­oku, dostęp­ne, no sor­ka, tyl­ko dla moich zna­jo­mych). Dopa­dło mnie to, co czę­sto ludzi dopa­da. No sra­ka kom­plet­na mnie dopa­dła, ot co. Tygo­dnio­wa. Bole­sna, strasz­na, no nic miłe­go, znam przy­jem­niej­sze rze­czy. W dru­giej poło­wie wyjaz­du, tak­że dopraw­dy kla­wo. No ale nic co ludz­kie, nie jest mi obce. Mam prze­wód pokar­mo­wy to i mie­wam roz­wol­nie­nie.

Kupi­łam w apte­ce lek. Lek oczy­wi­ście w peł­ni opi­sa­ny po taj­sku – całe opa­ko­wa­nie, ulot­ka, wszyst­ko w krzacz­kach. Moż­na by pomy­śleć: Kapo­ta! Bio­rę na pałę. Byle zatrzy­mać stru­mień. Prę­dzej czy póź­niej zatrzy­mam. To nawet gorzej niż u Pana Maria­na…

Ale Tajo­wie wie­dzą! Wie­dzą, że odwie­dza ich masa tury­stów i nie mówią w ich bajecz­nie nie­zro­zu­mia­łym języ­ku i nie rozu­mie­ją ich roz­kosz­nie okrą­glut­kie­go i fiku­śne­go alfa­be­tu. I dla­te­go far­ma­ceut­ka wło­ży­ła mój lek w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­ną toreb­kę stru­no­wą (nie wiem, czy przy­go­to­wa­ną przez tę kon­kret­ną apte­kę, czy jest to ich kra­jo­wy stan­dard). Na któ­rej to toreb­ce… wszyst­ko mi ele­ganc­ko zazna­czy­ła per­ma­nent­nym mar­ke­rem (choć mogła­by też dłu­go­pi­sem, bo wore­czek miał „mato­wą” nie­błysz­czą­cą powło­kę)! Zobacz:

(taj­ski przy­kład radze­nia sobie z instruk­cja­mi przyj­mo­wa­nia /​ daw­ko­wa­nia leków)

No skła­dam dzięk­czyn­ne Ukło­ny User Expe­rie­ce­’o­we dla tego naro­du. Spójrz tyl­ko. Prze­cież to jest GENIALNE! Genial­ne w swej pro­sto­cie. Wiel­bię to roz­wią­za­nie i przy­tu­lam je do ser­dusz­ka! (choć nie ukry­wam: wiem, jak zro­bić to JESZCZE LEPIEJ, w koń­cu jestem Ryśli­ciel­ką®!) 😍

Klę­czę i modlę się, pie­śni nio­sę pod nie­bio­sa:

Fio­le­to­wa Tore­becz­ko Stru­no­wa, dzię­ku­ję Ci za zatrzy­ma­nie fali zła z mego umę­czo­ne­go cia­ła, cha­ła Ci, chwa­ła apte­kar­ce, chwa­ła Taj­lan­dii, gdy­by nie ta sra­ka, to bym tego nie odkry­ła, jak­że dobrze, że mnie to jed­nak spo­tka­ło, tak mia­ło być, nie ma nic bez przy­czy­ny, seren­dy­pio przy­by­waj, ach wdzięcz­nam, ach wdzięcz­nam, świat ma sens, świat jest pięk­ny, la la la!

Tak­że tak.

Nie­śmia­ło acz zara­zem kate­go­rycz­nie żądam wpro­wa­dze­nia takiej meto­do­lo­gii ozna­cza­nia leków do Pol­ski. Jako stan­dar­du! Zaświeć­my przy­kła­dem na świe­cie. Nawet zapro­jek­tu­ję to za dar­mo! Tyl­ko wpro­wadź­cie to, dro­gie Mini­ster­stwo Zdro­wia! Ogar­nij­cie się, Far­ma­cjo! To jest DO ZROBIENIA!


No dobrze.

Ale ochłoń­my wszy­scy. Pan Marian żyje. Nie powiem, że Pan Marian „ma się dobrze”. Bo moja mama codzien­nie robi mu zastrzy­ki… Ale Pan Marian żyje. Naj­waż­niej­sze, że żyje. Idź­my więc dalej. Z nie­co lżej­szy­mi przy­kła­da­mi uży­cia myśle­nia wizu­al­ne­go w medy­cy­nie, w zdro­wiu i w cho­ro­bie. Z moje­go domo­we­go ogród­ka.


2. Notatnik z lekami

Bie­rzesz jakieś leki albo suple­men­ty? Ja owszem. Cho­ru­ję na aler­gicz­ną ast­mę oskrze­lo­wą (jestem, tak samo jak zresz­tą Bar­tek, uczu­lo­na na koty, i – fun fact – mamy 4 koty, nie oce­niaj­cie mnie) plus bio­rę róż­ne suple­men­ty przy­dat­ne mi obec­nie w życiu z róż­nych powo­dów. Nie muszę mieć 80 lat, jak Pan Marian, żeby się w tym gubić. Mło­dy zdro­wy czło­wiek się zgu­bi!

Bory­ka­łam się na począt­ku z zagad­nie­niem, jak zapa­mię­tać, co już dane­go dnia bra­łam, a co nie. Leki sto­ją na wyspie w wikli­no­wym koszycz­ku (a więc na oku, żeby codzien­nie na nie patrzeć i o nich pamię­tać), ale to nie wystar­cza­ło. Bo część z nich ma być bra­na raz dzien­nie, ale część z nich czę­ściej, albo rza­dziej (co kil­ka dni). W małym note­si­ku (nie­któ­rzy by to pod­cią­gnę­li pod tzw. bul­let jour­nal) zaczę­łam zatem odfaj­ko­wy­wać co dane­go dnia wzię­łam, a co nie. To pozwa­la mi kon­tro­lo­wać daw­ko­wa­nie leków i uni­kam dzię­ki temu pomy­łek. Jest to przy­kład uży­cia myśle­nia wizu­al­ne­go tak banal­nie pro­ste­go, że aż dziw bie­rze, że śmiem to nazy­wać uży­ciem myśle­nia wizu­al­ne­go.

Co cie­ka­we, sam notes też prze­cho­dził ewo­lu­cję: co nowa kart­ka, to udo­sko­na­la­łam jego funk­cjo­nal­no­ści. Bo jestem wiel­ką fan­ką idei cią­głe­go roz­wo­ju i tzw. con­ti­nu­ous impro­ve­ment, co z powo­dze­niem sto­su­ję na co dzień w życiu:

Final­nie (w czwar­tej ite­ra­cji) dokle­iłam do tyl­nej okład­ki usztyw­nio­ną kart­kę papie­ru z wypi­sa­ny­mi leka­mi do bra­nia, któ­ra zawsze jest widocz­na:

Dzię­ki temu nie muszę prze­pi­sy­wać listy leków w kół­ko (mat­ko i cór­ko, co ja zro­bię z tymi oszczę­dzo­ny­mi 27 sekun­da­mi, prze­cież to jest nie­do­rzecz­ne!), plus mam wię­cej miej­sca na kart­ce, dzię­ki cze­mu na jed­nej kart­ce mie­ści się dłuż­szy czas śle­dze­nia moje­go leko­we­go fasze­rin­gu:


3. Harmonogram brania leków po zabiegu

(wersja pro dla zdechlunów pozabiegowych)

Sko­ro mowa o lekach: mam też zwy­czaj robić na swo­je wła­sne potrze­by bar­dziej zaawan­so­wa­ne roz­pi­ski, kie­dy ilość nowych (i bar­dzo sil­nych!) leków prze­ra­sta, a do tego waż­na jest kolej­ność ich przyj­mo­wa­nia wzglę­dem sie­bie (np. pro­bio­ty­ki moż­na brać 2 godzi­ny przed anty­bio­ty­kiem albo po anty­bio­ty­ku), inte­rak­cje leków z posił­kiem (na czczo, przed posił­kiem, na począt­ku posił­ku, w trak­cie posił­ku, po posił­ku, mię­dzy posił­ka­mi, dżi­zas!) czy czas, jaki minął mię­dzy poprzed­nio przy­ję­tą tablet­ką a następ­ną w kolej­no­ści… Tak było w przy­pad­ku: mojej wyrwa­nej ósem­ki potem tak­że w przy­pad­ku Bart­ko­wych wyrwa­nych óse­mek.

(roz­pi­ska po wyrwa­nych ósem­kach)

Przy­go­to­wa­łam roz­pi­skę po szcze­gó­ło­wej dokład­nej ana­li­zie ulo­tek i zale­ceń, wło­ży­łam ją w koszul­kę i kolo­ro­wy­mi naklej­ka­mi zazna­cza­łam, któ­ry lek był ostat­nio wzię­ty, żeby wie­dzieć, któ­ry jest następ­ny w kolej­ce. Ta sama zasa­da odfaj­ko­wy­wa­nia prze­kle­jal­ny­mi kar­tecz­ka­mi mia­ła miej­sce w przy­pad­ku Bart­ko­we­go sta­nu poope­ra­cyj­ne­go (w któ­rym obec­nie jest):

Bar­tek led­wo oddy­chał, prak­tycz­nie nie spał, więc kmi­nie­nie nad leka­mi to była­by ostat­nia rzecz, któ­rą bym chcia­ła, żeby się mar­twił (i ja wraz z nim). Przy­go­to­wa­łam więc coś takie­go (wraz z wizu­ali­za­cja­mi jak wyglą­da dany lek, żeby się nie pogu­bił):

(roz­pi­ska po Bart­ka ope­ra­cji oko­ło-chra­pa­nio­wej)

No bo chy­ba nie muszę wspo­mi­nać, że roz­pi­ska, jaką dostał od leka­rza wyglą­da­ła tak:

I oczy­wi­ście jest jakieś trzy­sta pięć­dzie­siąt tysię­cy razy lep­sza niż zapi­ski lekar­ki, któ­ra pra­wie zabi­ła Pana Maria­na (Tol­mix, powta­rzam, uspo­kój się wresz­cie, jesteś sto­ikiem, nie daj się!), ale nadal user expe­rien­ce tej tabe­li jest deli­kat­nie mówiąc tak zna­ko­mi­ty, jak user expe­rien­ce roz­plą­ty­wa­nia poplą­ta­nych słu­cha­wek, któ­re o godzi­nie 14:47 były w uszach cał­ko­wi­cie roz­plą­ta­ne, o 14:48 wło­ży­li­śmy je do toreb­ki a po kolej­nej minu­cie o 14:49 wyglą­da­ły jak spa­ghet­ti bolo­gne­se. W dodat­ku zim­ne i nie­do­so­lo­ne. Czy­li fatal­ny user expe­rien­ce! To chcę powie­dzieć.


4. Dziennik żywienia

Był taki moment kie­dy zosta­łam popro­szo­na przez die­te­tycz­kę o pro­wa­dze­nie dzien­ni­ka żywie­nia przez tydzień (die­te­tycz­kę, czy kim była ta szar­la­tan­ka, na któ­rej urok dałam się nabrać i trzy­ma­łam meta­lo­wy bolec, a potem Pani powie­dzia­ła mi, że mam paso­ży­ty i grzy­ba, przy­zna­ję się, byłam naiw­na, niech rzu­ci meta­lo­wy bolec ten, kto się choć raz nie nabrał na coś podob­ne­go w despe­ra­cji pró­bu­jąc roz­wi­kłać zagad­kę cho­rych od kil­ku­na­stu lat jelit). Nie była­bym sobą, gdy­bym nie zro­bi­ła tego rysun­ko­wo, pomi­mo, że wrę­czo­na mi zosta­ła do tego sto­sow­na cia­sna i nud­na jak spo­ra częsć moich wykła­dów na SWP­Sie tabel­ka (zdję­cie dostęp­ne też na moim Insta­gra­mie).


5. Kategoryzowanie i oznaczanie pożywienia

A! Sko­ro ja tu o żywie­niu (a prze­cież jedze­nie jest naszym lekar­stwem). Moż­na jesz­cze takie rze­czy usku­tecz­niać, wia­do­mix:


Podsumowanie

Jak widzisz, metod jest spo­ro i moż­na by je mno­żyć w nie­skoń­czo­ność. W tym poście przed­sta­wi­łam 5 przy­kła­dów wzię­tych z życia ludzi zbu­do­wa­nych z krwi i kości. Są to:

  1. instruk­cja daw­ko­wa­nia leku (w tym też toreb­ka stru­no­wa z nadru­kiem do odha­cza­nia!),
  2. notat­nik (typu bul­let jour­nal) na odfaj­ko­wy­wa­nie wzię­tych leków,
  3. skom­pli­ko­wa­ne har­mo­no­gra­my przyj­mo­wa­nia leków (po ope­ra­cji czy po zabie­gu),
  4. dzien­nik żywie­nia (czy też dzien­nik obser­wa­cji sta­nu zdro­wia),
  5. kate­go­ry­zo­wa­nie i ozna­cza­nie poży­wie­nia (czy leków!)

Zachę­cam Was, żeby­ście dba­li o sie­bie. I o innych.

Żeby­ście dba­li o nada­wa­ne przez sie­bie komu­ni­ka­ty (szcze­gól­nie jeśli jeste­ście leka­rza­mi…!).

Żeby­ście PYTALI, jeśli nie rozu­mie­cie. Pyta­li do skut­ku. Do porzy­gu żeby­ście pyta­li! I jak już się sami porzy­ga­cie i lekarz razem z Wami, ale będzie­cie już przy­naj­mniej wie­dzie­li na milion pro­cent, jak brać kon­kret­ny lek.

Żeby­ście ROZRYSOWALI sobie coś, co Wam nie słu­ży. Bo to ma Wam słu­żyć. Cho­dzi o Wasze życie i zdro­wie. Serio serio.

I żeby­ście koniecz­nie prze­czy­ta­li nasz arty­kuł w naszej epic­kiej bazie wie­dzy. Bo wyni­ki badań o któ­rych tam mowa są wstrzą­sa­ją­ce… Nie ma tam co praw­da tylu blu­zgów i plwo­cin co u mnie na blo­gu, ale pozo­sta­nie­cie pod wra­że­niem. I o to mi cho­dzi. Pod wra­że­niem badań i nie­po­ko­ją­cych liczb. Na rów­ni z histo­rią Pana Maria­na.

Panie Maria­nie, ślę Panu dużo cie­peł­ka! ♥️

Przewiń do góry