Myślenie wizualne w MEDYCYNIE – 5 sposobów

Podziel się tym postem z innymi!
Share on facebook
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on twitter

Czy wiesz, że zapominamy od 29% do aż 72% tego, co mówi lekarz?

W dodatku im więcej informacji dostajemy na raz, tym więcej zapominamy. Takie przerażające wyniki płyną z badań prof. Petera Houtsa (o których więcej tutaj). Co w świetle obecnej pandemii koronawirusa jest doprawdy przytłaczające…

(rysunek z naszej agencyjnej strony www.ExplainVisually.co)

Jeśli bywasz u mnie na moim blogu ryślicielskim, wiesz, że lubię bawić się słowem i robię to w sposób charakterystyczny dla mnie. Mam raczej styl nieoficjalny, swojski i prostolinijny, często też rubaszny, a moje wpisy bywają osobiste, intymne, czasem prowokujące, a nade wszystko są bardzo moje (bo żyję #poswojemu).

Jeśli jednak zaintrygowały Cię te powyższe procenty zapominania zaleceń lekarskich i chcesz sięgnąć do turbo-merytorycznych źródeł, to zapraszam Cię koniecznie do lektury bogatego w badania i konkretne case studies wpisu na naszej agencyjnej stronie ExplainVisually.co (możesz też kliknąć w obrazek poniżej albo ten wyżej).

Kiedy mój zespół dał mi ten artykuł do przeczytania przed publikacją, byłam wstrząśnięta. Nie sądziłam, że skala tego, co intuicyjnie podejrzewałam, jest tak olbrzymia…!


1. (Rozrzedzający krew w żyłach) przykład z życia – zalecenia lekarskie

Dosłownie wczoraj, 18 marca 2020 roku rozmawiając przez telefon z moją mamą dowiedziałam się, że jej wiekowy sąsiad, ponad osiemdziesięcioletni mężczyzna po udarze, starszy Pan Marian dostał od lekarki wytyczne co do dawkowania pewnego leku. Lekarz zapisała na kartce coś w stylu:

1 / 1.5 / 1 / 1.5

Czy przeczytawszy te zalecenia masz pewność, jak przyjmować ten lek?

Pan Marian pokiwał pokornie głową w trakcie wizyty, dając znać, że zrozumiał i wrócił do domu. I kiedy przyszło do wzięcia leku, usiadł i spokojnie na nowo zerknął na rozpiskę… Trochę zgłupiał. Jak to było…? Jak mam to brać? Hm… Finalnie nasz schorowany Pan Marian przyjmował leki 4 razy w ciągu dnia. Rano jedną tabletkę (1), potem półtora tabletki (1.5), potem gdzieś po obiedzie znów jedna cała tabletka (1), a na koniec dnia kolejne półtora tabletki (1.5). W sumie dziennie przyjmował więc 5 tabletek tego leku. Co nam daje w tygodniu: 35 tabletek, a w 3 tygodnie: 105 tabletek. Dodajmy – leku przeciwzakrzepowego. Dla osłabionego dziadunia po udarze, o lichym zdrowiu…

Po trzech tygodniach (podkreślam: TRZECH TYGODNIACH!!) i 105 tabletkach Pan Marian dostał podskórnych wylewów krwi. Osiemdziesięcioletni Marian zrobił się po prostu siny! Na całym ciele miał krwiste wybroczyny… Natychmiast jego (równie wiekowa i też zresztą schorowana) żona wezwała karetkę. I wiesz, co się okazało?

Pani doktor pisząc swoje 1 / 1.5 / 1 / 1.5 miała na myśli, że dawkowanie ma być takie:

  1. Pierwszego dnia JEDNA tabletka
  2. Drugiego dnia PÓŁTOREJ tabletki
  3. Trzeciego dnia JEDNA
  4. Kolejnego dnia znów PÓŁTOREJ tabletki…
  5. i tak przez 3 tygodnie…

No po prostu kur@^&^%$#@#$%^&*&^%%$#$@#YTR#TG$!!!

Tego typu skandaliczne nieporozumienia przy przecież banalnie prostej instrukcji powinny w ogóle nie mieć miejsca! Pacjent w efekcie przyjął w ciągu 3 tygodni nie 25,5 tabletki, ale 105 tabletek!

Pan Marian brał ponad 400% dawki!

Trzymajcie mnie, zanim się zapluje bluzgami i wszelkimi znanymi mi przekleństwami, a korci mnie, oj korci, i wierz mi, drogi czytelniku, wcale się nie oszczędzam pod nosem, ekran mam już opluty, a klawiatura praktycznie już wbita w blat biurka, tak się we mnie gotuje!

Jak sobie o tym tylko myślę, cała aż się trzęsę. Oczywiście, można bronić lekarza mówiąc:

Eeee, to pacjent zawalił, mógł dopytać, no co za człowiek, nie rozumiał, to mógł dopytać…!

A ja powiadam: to nadawca komunikatu ma zrobić WSZYSTKO CO W JEGO MOCY, aby się upewnić, że odbiorca przyjął komunikat tak, jak chcieliśmy… Szczególnie, że mamy do czynienia z osiemdziesięciolatkiem po udarze, no ludzie drodzy!

I żeby nie być gołosłowną. Drodzy lekarze, na boga, na matkę ziemię, na pana losa, na najbardziej soczyste bluzgi języka polskiego – błagam Was na wszystko, zanim pęknę z oburzenia:

Dawajcie pacjentom jasne, klarowne instrukcje!

Biegnę z moim myśleniem wizualnym z pomocą. Poniżej naprawdę niewymagające sposoby podkreślenia instrukcji na papierze.

Instrukcja dawkowania leku nr 1:

Pierwsza, jaka mi przyszła do głowy. Jej rozrysowanie zajmie Ci najwięcej czasu, ale równocześnie (mam takie poczucie) daje ona największą szansę przekazania instrukcji w sposób prawidłowy. Przypuśćmy, że nasza instrukcja dawkowania brzmi tak (historia Pana Mariana jest dla nas inspiracją, nieco ją uprościłam, bo chodzi o sam zamysł, żebyście to złapali):

Zaczyna Pan dziś od jednej tabletki. Następnego dnia bierze Pan jednak już półtorej tabletki. I tak na zmianę. Jednego dnia jedna tabletka, drugiego dnia półtorej, potem znów jedna, potem półtorej. Aż Pan skończy całe opakowanie. Przez 10 dni Pan bierze lek. W opakowaniu jest 15 tabletek. Zostanie Panu 2,5 tabletki, ale już jej Pan nie bierze.

I naszemu przekazowi werbalnemu towarzyszy kartka papieru i długopis. Pierwszą tabletkę (załóżmy, że tak właśnie wygląda) rysujemy – olaboga! – w trójwymiarze, żeby pacjent zrozumiał co to. Następne rysujemy już symbolicznie, bo to nie konkurs plastyczny, ale instrukcja mogąca uratować komuś życie. Rozpisujemy to na dniach tygodnia:

Idźmy krok dalej. Możesz zrobić to samo, ale jeszcze lepiej. Podkreślić CODZIENNĄ ZMIENNOŚĆ DAWKI leku. Po prostu innym kolorem (albo tym samym, wszystko jedno!) podkreślić tą kluczową informację strzałką w górę (w górę, bo więcej leku!), żeby się upewnić, że pacjent zapamięta:

Że nie wspomnę o tym, że możesz poświęcić jeszcze jakieś 13 sekund na to, żeby zamiast pisać „do końca opakowania” rozrysować pacjentowi gotowy harmonogram. Przyczepi sobie na lodówce i będzie codziennie skreślał, co już wziął. Nie ma szans, żeby się zgubił po drodze.

A jeśli rzeczywiście instrukcja jest długa (jak u Pana Mariana – bo leczenie trwa 3 tygodnie), to rozrysuj mu po prostu pierwszy tydzień (np. z konkretnymi DATAMI!) a potem na stronie zostaw mu miejsce, z wstępną tabelą, żeby sobie sam dopisał już w domu na spokojnie. Uzyskaj potwierdzenie, że pacjent rozumie.

Spytaj: Co Pan tu ma zrobić na tej kartce?

Rozpiszę sobie na kolejne 2 tygodnie, Pani doktor! Skopiuję to samo.

Podsumuj: Dokładnie, Panie Marianie, tak Pan zrobi! I będzie Pan sobie codziennie odhaczał wzięty lek.

Tak, będę odhaczał codziennie, co i ile wziąłem. Albo jedną, albo półtorej tabletki!

Instrukcja dawkowania leku nr 2:

Może być też druga metoda. Mniej wizualna, ale także skuteczna. Piszesz cyfrowo „pierwszy dzień” (czyli zapisujesz liczebnik: jedynkę z kropką, czyli 1.) i dawkę na pierwszy dzień (1 tabl.)… Potem lecisz już skrótem, upewniając się, że pacjent rozumie, że te dawki są pokazane w kontekście DNI. Znów możesz podkreślić strzałką czy kreską, że co drugi dzień bierzesz trochę więcej leku, drogi pacjencie. Bo to ważne! Do ciężkiej cholery. Ważne. Po stokroć. Po pizdylion to jest ważne!

Instrukcja dawkowania leku nr 3:

I kolejna propozycja. I wizualna, i tekstowa. Ogarniesz to. Wiem, że ogarniesz, drogi lekarzu. I kompletne szaleństwo: załóżmy, że wizyta lekarska jest w środę. Od czwartku rano pacjent ma zacząć lek. Dopasowujemy więc nasz komunikat do tego kontekstu. On Cię nie dość, że wielbi, to jeszcze rozumie instrukcję i na koniec, jak zacnie, nie umiera. Nie dostaje też wybroczyn, nosz kurza dupa…! (dobra, Klaudia, weź się nie nakręcaj znowu…!)

Instrukcja dawkowania leku nr 4 (autentyk z Tajlandii!):

Absolutnie urzekający przykład tego, jak pomóc (często anglojęzycznym) turystom nie mówiącym w trudnym języku kraju, który właśnie odwiedzają, przytrafił mi się w styczniu 2018 roku, kiedy byłam w Tajlandii (tu foty na moim prywatnym Facebooku, dostępne, no sorka, tylko dla moich znajomych). Dopadło mnie to, co często ludzi dopada. No sraka kompletna mnie dopadła, ot co. Tygodniowa. Bolesna, straszna, no nic miłego, znam przyjemniejsze rzeczy. W drugiej połowie wyjazdu, także doprawdy klawo. No ale nic co ludzkie, nie jest mi obce. Mam przewód pokarmowy to i miewam rozwolnienie.

Kupiłam w aptece lek. Lek oczywiście w pełni opisany po tajsku – całe opakowanie, ulotka, wszystko w krzaczkach. Można by pomyśleć: Kapota! Biorę na pałę. Byle zatrzymać strumień. Prędzej czy później zatrzymam. To nawet gorzej niż u Pana Mariana…

Ale Tajowie wiedzą! Wiedzą, że odwiedza ich masa turystów i nie mówią w ich bajecznie niezrozumiałym języku i nie rozumieją ich rozkosznie okrąglutkiego i fikuśnego alfabetu. I dlatego farmaceutka włożyła mój lek w specjalnie przygotowaną torebkę strunową (nie wiem, czy przygotowaną przez tę konkretną aptekę, czy jest to ich krajowy standard). Na której to torebce… wszystko mi elegancko zaznaczyła permanentnym markerem (choć mogłaby też długopisem, bo woreczek miał „matową” niebłyszczącą powłokę)! Zobacz:

(tajski przykład radzenia sobie z instrukcjami przyjmowania / dawkowania leków)

No składam dziękczynne Ukłony User Experiece’owe dla tego narodu. Spójrz tylko. Przecież to jest GENIALNE! Genialne w swej prostocie. Wielbię to rozwiązanie i przytulam je do serduszka! (choć nie ukrywam: wiem, jak zrobić to JESZCZE LEPIEJ, w końcu jestem Ryślicielką®!) 😍

Klęczę i modlę się, pieśni niosę pod niebiosa:

Fioletowa Torebeczko Strunowa, dziękuję Ci za zatrzymanie fali zła z mego umęczonego ciała, chała Ci, chwała aptekarce, chwała Tajlandii, gdyby nie ta sraka, to bym tego nie odkryła, jakże dobrze, że mnie to jednak spotkało, tak miało być, nie ma nic bez przyczyny, serendypio przybywaj, ach wdzięcznam, ach wdzięcznam, świat ma sens, świat jest piękny, la la la!

Także tak.

Nieśmiało acz zarazem kategorycznie żądam wprowadzenia takiej metodologii oznaczania leków do Polski. Jako standardu! Zaświećmy przykładem na świecie. Nawet zaprojektuję to za darmo! Tylko wprowadźcie to, drogie Ministerstwo Zdrowia! Ogarnijcie się, Farmacjo! To jest DO ZROBIENIA!


No dobrze.

Ale ochłońmy wszyscy. Pan Marian żyje. Nie powiem, że Pan Marian „ma się dobrze”. Bo moja mama codziennie robi mu zastrzyki… Ale Pan Marian żyje. Najważniejsze, że żyje. Idźmy więc dalej. Z nieco lżejszymi przykładami użycia myślenia wizualnego w medycynie, w zdrowiu i w chorobie. Z mojego domowego ogródka.


2. Notatnik z lekami

Bierzesz jakieś leki albo suplementy? Ja owszem. Choruję na alergiczną astmę oskrzelową (jestem, tak samo jak zresztą Bartek, uczulona na koty, i – fun fact – mamy 4 koty, nie oceniajcie mnie) plus biorę różne suplementy przydatne mi obecnie w życiu z różnych powodów. Nie muszę mieć 80 lat, jak Pan Marian, żeby się w tym gubić. Młody zdrowy człowiek się zgubi!

Borykałam się na początku z zagadnieniem, jak zapamiętać, co już danego dnia brałam, a co nie. Leki stoją na wyspie w wiklinowym koszyczku (a więc na oku, żeby codziennie na nie patrzeć i o nich pamiętać), ale to nie wystarczało. Bo część z nich ma być brana raz dziennie, ale część z nich częściej, albo rzadziej (co kilka dni). W małym notesiku (niektórzy by to podciągnęli pod tzw. bullet journal) zaczęłam zatem odfajkowywać co danego dnia wzięłam, a co nie. To pozwala mi kontrolować dawkowanie leków i unikam dzięki temu pomyłek. Jest to przykład użycia myślenia wizualnego tak banalnie prostego, że aż dziw bierze, że śmiem to nazywać użyciem myślenia wizualnego.

Co ciekawe, sam notes też przechodził ewolucję: co nowa kartka, to udoskonalałam jego funkcjonalności. Bo jestem wielką fanką idei ciągłego rozwoju i tzw. continuous improvement, co z powodzeniem stosuję na co dzień w życiu:

Finalnie (w czwartej iteracji) dokleiłam do tylnej okładki usztywnioną kartkę papieru z wypisanymi lekami do brania, która zawsze jest widoczna:

Dzięki temu nie muszę przepisywać listy leków w kółko (matko i córko, co ja zrobię z tymi oszczędzonymi 27 sekundami, przecież to jest niedorzeczne!), plus mam więcej miejsca na kartce, dzięki czemu na jednej kartce mieści się dłuższy czas śledzenia mojego lekowego faszeringu:


3. Harmonogram brania leków po zabiegu

(wersja pro dla zdechlunów pozabiegowych)

Skoro mowa o lekach: mam też zwyczaj robić na swoje własne potrzeby bardziej zaawansowane rozpiski, kiedy ilość nowych (i bardzo silnych!) leków przerasta, a do tego ważna jest kolejność ich przyjmowania względem siebie (np. probiotyki można brać 2 godziny przed antybiotykiem albo po antybiotyku), interakcje leków z posiłkiem (na czczo, przed posiłkiem, na początku posiłku, w trakcie posiłku, po posiłku, między posiłkami, dżizas!) czy czas, jaki minął między poprzednio przyjętą tabletką a następną w kolejności… Tak było w przypadku: mojej wyrwanej ósemki potem także w przypadku Bartkowych wyrwanych ósemek.

(rozpiska po wyrwanych ósemkach)

Przygotowałam rozpiskę po szczegółowej dokładnej analizie ulotek i zaleceń, włożyłam ją w koszulkę i kolorowymi naklejkami zaznaczałam, który lek był ostatnio wzięty, żeby wiedzieć, który jest następny w kolejce. Ta sama zasada odfajkowywania przeklejalnymi karteczkami miała miejsce w przypadku Bartkowego stanu pooperacyjnego (w którym obecnie jest):

Bartek ledwo oddychał, praktycznie nie spał, więc kminienie nad lekami to byłaby ostatnia rzecz, którą bym chciała, żeby się martwił (i ja wraz z nim). Przygotowałam więc coś takiego (wraz z wizualizacjami jak wygląda dany lek, żeby się nie pogubił):

(rozpiska po Bartka operacji około-chrapaniowej)

No bo chyba nie muszę wspominać, że rozpiska, jaką dostał od lekarza wyglądała tak:

I oczywiście jest jakieś trzysta pięćdziesiąt tysięcy razy lepsza niż zapiski lekarki, która prawie zabiła Pana Mariana (Tolmix, powtarzam, uspokój się wreszcie, jesteś stoikiem, nie daj się!), ale nadal user experience tej tabeli jest delikatnie mówiąc tak znakomity, jak user experience rozplątywania poplątanych słuchawek, które o godzinie 14:47 były w uszach całkowicie rozplątane, o 14:48 włożyliśmy je do torebki a po kolejnej minucie o 14:49 wyglądały jak spaghetti bolognese. W dodatku zimne i niedosolone. Czyli fatalny user experience! To chcę powiedzieć.


4. Dziennik żywienia

Był taki moment kiedy zostałam poproszona przez dietetyczkę o prowadzenie dziennika żywienia przez tydzień (dietetyczkę, czy kim była ta szarlatanka, na której urok dałam się nabrać i trzymałam metalowy bolec, a potem Pani powiedziała mi, że mam pasożyty i grzyba, przyznaję się, byłam naiwna, niech rzuci metalowy bolec ten, kto się choć raz nie nabrał na coś podobnego w desperacji próbując rozwikłać zagadkę chorych od kilkunastu lat jelit). Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła tego rysunkowo, pomimo, że wręczona mi została do tego stosowna ciasna i nudna jak spora częsć moich wykładów na SWPSie tabelka (zdjęcie dostępne też na moim Instagramie).


5. Kategoryzowanie i oznaczanie pożywienia

A! Skoro ja tu o żywieniu (a przecież jedzenie jest naszym lekarstwem). Można jeszcze takie rzeczy uskuteczniać, wiadomix:


Podsumowanie

Jak widzisz, metod jest sporo i można by je mnożyć w nieskończoność. W tym poście przedstawiłam 5 przykładów wziętych z życia ludzi zbudowanych z krwi i kości. Są to:

  1. instrukcja dawkowania leku (w tym też torebka strunowa z nadrukiem do odhaczania!),
  2. notatnik (typu bullet journal) na odfajkowywanie wziętych leków,
  3. skomplikowane harmonogramy przyjmowania leków (po operacji czy po zabiegu),
  4. dziennik żywienia (czy też dziennik obserwacji stanu zdrowia),
  5. kategoryzowanie i oznaczanie pożywienia (czy leków!)

Zachęcam Was, żebyście dbali o siebie. I o innych.

Żebyście dbali o nadawane przez siebie komunikaty (szczególnie jeśli jesteście lekarzami…!).

Żebyście PYTALI, jeśli nie rozumiecie. Pytali do skutku. Do porzygu żebyście pytali! I jak już się sami porzygacie i lekarz razem z Wami, ale będziecie już przynajmniej wiedzieli na milion procent, jak brać konkretny lek.

Żebyście ROZRYSOWALI sobie coś, co Wam nie służy. Bo to ma Wam służyć. Chodzi o Wasze życie i zdrowie. Serio serio.

I żebyście koniecznie przeczytali nasz artykuł w naszej epickiej bazie wiedzy. Bo wyniki badań o których tam mowa są wstrząsające… Nie ma tam co prawda tylu bluzgów i plwocin co u mnie na blogu, ale pozostaniecie pod wrażeniem. I o to mi chodzi. Pod wrażeniem badań i niepokojących liczb. Na równi z historią Pana Mariana.

Panie Marianie, ślę Panu dużo ciepełka! ♥️

Przewiń do góry