Jak efektywnie i szybko się uczyć poprzez myślenie wizualne? (PnŚ)

Podziel się tym postem z innymi!
Share on facebook
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on twitter

Otóż mylypaństo, byłam w telewizji. Nie uznaję tego za jakieś specjalne osiągnięcie życiowe (bo większym są dla mnie moje wystąpienia na konferencjach z serii TEDx, a pocisnęłam tego już ze 3 sztuki). Ale uznaję to za ciekawą przygodę. Już raz byłam (lata temu w Ugotowanych, o czym możecie przeczytać na blogu tutaj). Ale Ugotowani nie byli na żywo. A to właśnie ten czynnik „nażywości” czyni dla mnie wystąpienie w programie śniadaniowym stresującym.

Ale mel­du­ję wszem i wobec, że wbrew moim oba­wom nie zro­bi­łam z sie­bie pośmie­wi­ska, nie uży­łam żad­ne­go sło­wa powszech­nie uzna­ne­go za nie­od­po­wied­nie do tele­wi­zji, wrzu­ci­łam co praw­da mazak na pod­ło­gę sukien­ką (czy­li dupą, ale nic nie powie­dzia­łam o wła­snej dupie, e‑e, ani sło­wa), ale nie takie pro­ble­my tech­nicz­ne się ogar­nia­ło (pamięt­ny mikro­fon na TEDxW­ro­cław 2013, #Psy­cho­fa­ni­Zna­jo). Przy tej oka­zji chcę zło­żyć wyra­zy podzię­ko­wa­nia.

Dzię­ku­ję Komi­sji Oska­ro­wej, dzię­ku­ję Szko­le Impro­wi­za­cji Impromania.pl pod okiem Danie­la Sie­dlec­kie­go, dzię­ku­ję kla­sie teatral­nej z liceum, dzię­ku­ję tym wszyst­kim latom na sali szko­le­nio­wej. I dzię­ku­ję moje­mu wewnętrz­ne­mu bła­zno­wi i aspi­ru­ją­ce­mu stand-upe­ro­wi, że jed­nak nie zro­bi­ły ze mnie mema na całą Pol­skę 😜 A total­nie mogły, oesu, jak mogły. #Taka­Mar­na­cja­Oka­zji!

No ale do brze­gu.

O wystą­pie­niu w Pyta­niu na śnia­da­nie dowie­dzia­łam się w śro­dę 15-go kwiet­nia, a wystą­pi­łam 20-go w ponie­dzia­łek. Mia­łam spo­ro cza­su na przy­go­to­wa­nia. Ale wie­cie, jak jest. Plan to jed­no, a życie to dru­gie. Mia­łam przy­go­to­wa­ne flow swo­je­go wystą­pie­nia, ale to było tyl­ko moje flow. W pro­gra­mie byli­śmy w 3‑kę, dwóch pro­wa­dzą­cych i ja. To se mogę pla­no­wać. Nasza ośmio­mi­nu­to­wa inte­rak­cja poszła w kom­plet­nie innym kie­run­ku, niż sobie grun­tow­nie i – nie­omal­że – co do minu­ty zapla­no­wa­łam. Z mate­ria­łu rysun­ko­we­go, któ­ry sobie przy­go­to­wa­łam dzień wcze­śniej przed pro­gra­mem, zre­ali­zo­wa­łam dokład­nie 0% 😂

Wszyst­ko było impro­wi­zo­wa­ne! Moje sucha­ry też! #Tol­mi­xHe­he­szek Może­cie do oczy­wi­ście zoba­czyć na wła­sne oczy tutaj:

Odsmażamy treści(o)wego kotleta

Ale jako że jestem wiel­kim fanem cią­głe­go recyc­lin­gu i upcy­kli­nu wytwo­rzo­nych przez sie­bie tre­ści (nazy­wam to odsma­ża­niem treści(o)wego kotle­ta) to uzna­łam już po pro­gra­mie, że sko­ro przy­go­to­wa­łam już sobie róż­ne róż­no­ści pod odci­nek (na pię­ciu kart­kach A4) i dum­na z nich jestem pie­kiel­nie, to się jed­nak nimi podzie­lę w poście, bo wie­rzę, że mogą komuś pootwie­rać klap­ki w gło­wie. Co praw­da nie ujrza­ły świa­tła dzien­ne­go w TV, ale ujrzą na moim blo­gu.

No więc, jaki był plan? Co miałam powiedzieć i pokazać w programie, co się nigdy nie wydarzyło?

Dzię­ki temu posto­wi na moim blo­gu macie oka­zję prze­żyć dwa odcin­ki pro­gra­mu Pyta­nie na śnia­da­nie. Jed­ną wer­sję pro­gra­mu – wer­sję reży­ser­ską, któ­ra final­nie poszła na ante­nę (link powy­żej). A dru­ga wer­sja to wer­sja aktor­ska. Czy­li ta moja. Tak mia­ło być.

Mie­li­śmy wyjść od pyta­nia: ” Facet­ko od ryso­wa­nia, Ryśli­ciel­ko®, to…

…na czym polega zapamiętywanie przez rysowanie…?”

No i wyszli­śmy od tegoż. Plan był taki, że porów­nam sytu­ację stan­dar­do­wej nauki ucznia z meto­dą nauki wzbo­ga­co­ną o MW (myśle­nie wizu­al­ne). Kla­sycz­nie uczeń jak np. oglą­da coś, czy­ta albo słu­cha lek­cji, to ZAPISUJE (tek­stem) naj­waż­niej­sze rze­czy.

Ja jako Ryśli­ciel­ka® ape­lu­ję o to, żeby poza zapi­sa­niem tego na papie­rze w for­mie tek­stu uczeń dążył do jak naj­bar­dziej trwa­łe­go zapi­sa­nia tego W GŁOWIE, czy­li na swo­im mięk­kim dys­ku. Dzię­ki temu po kil­ku dniach (np. 3 dniach, jak na rysun­ku) będzie mógł to z tej gło­wy wyjąć. I do tego celu do swo­jej edu­ka­cji war­to, żeby wpla­tał myśle­nie wizu­al­ne.

Ale co waż­ne: w myśle­niu wizu­al­nym przede wszyst­kim cho­dzi o MYŚLENIE (o czym pisa­łam np. tu). Może­my o tym myśleć tak: idea, któ­rej jako Ryśli­ciel­ka® jestem amba­sa­dor­ką nazy­wa się prze­cież:

(sło­wo nr 1) Myśle­nie

(sło­wo nr 2) wizu­al­ne

To od myśle­nia się zaczy­na, myśle­nie idzie jako pierw­sze. Naj­pierw muszę zadać sobie pyta­nie – co to jest, to co sły­szę? Jak to nary­so­wać? Jak to się łączy z tym, co już wiem? Muszę ruszyć łepe­tyn­ką.

A dopie­ro, gdy znaj­dę jakieś połą­cze­nia i sko­ja­rze­nia, przy­stę­pu­ję do wizu­ali­zo­wa­nia.

Dla­te­go myśl­my o myśle­niu wizu­al­nym (czy – jak wie­le osób to nie­słusz­nie uprasz­cza nazy­wa­jąc to po pro­stu skró­to­wo ryso­wa­niem) jako o narzę­dziu do myśle­nia.

Tu – w moim gran­de pla­nie moje­go tele­wi­zyj­ne­go pod­bo­ju wszech­świa­ta – było miej­sce do nawią­za­nia do czy­je­goś wystą­pie­nia o olej­kach. Mia­ła być ponoć przede mną oso­ba opo­wia­da­ją­ca o wła­ści­wo­ściach róż­nych olej­ków. Zasy­mu­lo­wa­łam sobie w trak­cie mojej jed­no­oso­bo­wej pró­by gene­ral­nej, że – załóż­my – mówi­my o ole­ju arbu­zo­wym.

(pod­kre­ślam, że cała mery­to­rycz­na wie­dza o olej­ku arbu­zo­wym jest prze­ze mnie ZMYŚLONA, chcia­łam to po pro­stu „na sucho” prze­ćwi­czyć i spraw­dzić, jak bym poten­cjal­nie mogła to zro­bić).

No więc pierw­sze pyta­nie: jak nary­su­ję ole­jek arbu­zo­wy?

Żeby nary­so­wać ole­jek wybra­łam kształt naszej domo­wej bute­lecz­ki z oli­wą. Wyglą­da tak:

Żeby mieć 100% pew­no­ści, że cho­dzi tu o ole­jek arbu­zo­wy, dory­so­wa­łam tam arbu­za (prze­kro­jo­ne­go – dla­te­go widzi­my pest­ki) i pod­pi­sa­łam ARBUZ.

No i przy­ję­łam sobie, że – załóż­my, bo prze­cież wymy­śla­łam sobie tę wie­dzę! – ole­jek arbu­zo­wy dosko­na­le wygła­dza zmarszcz­ki.

W mojej gło­wie poja­wi­ło się zatem kolej­ne pyta­nie: Jak dodać wie­dzę o wygła­dza­niu zmarsz­czek na już ist­nie­ją­cy rysu­nek?

- Gdzie wystę­pu­ją zmarszcz­ki?  – Pomy­śla­łam. – No wokół oczu na przy­kład.

No więc arbuz wyszedł poza kadr butel­ki z oli­wą i stał się jed­no­cze­śnie prze­dłu­że­niem OKA. Wyobra­zi­łam sobie, że źre­ni­ca nary­so­wa­ne­go oka jest wła­śnie w kolo­rze różo­we­go arbu­za, albo zie­lon­ka­wej skór­ki tegoż. I tak powstał szyb­ki rysu­nek skle­ja­ją­cy (przy­po­mi­nam, zupeł­nie wymy­ślo­ną) wie­dzę do kupy. Jest to wydu­ma­ny na potrze­by pro­gra­mu przy­kład tego, o co tak napraw­dę cho­dzi w myśle­niu wizu­al­nym i jak może nam ono pomóc w zapa­mię­ty­wa­niu naj­róż­niej­szych tre­ści:

Idź­my dalej.

PUNKT 1.: mnemotechniki (np. rzymski pokój)

W pla­nach moje­go wystą­pie­nia mia­łam dalej opo­wie­dzieć o mne­mo­tech­ni­kach (tech­ni­kach zapa­mię­ty­wa­nia), ponie­waż myśle­nie wizu­al­ne świet­nie się z nimi łączy (czy raczej odwrot­nie: to mne­mo­tech­ni­ki bazu­ją na myśle­niu wizu­al­nym). Jest cała masa mne­mo­tech­nik, któ­re korzy­sta­ją z naszej wyobraź­ni. Są to na przy­kład łań­cu­cho­wa meto­da sko­ja­rzeń oraz rzym­ski pokój. Przy tłu­ma­cze­niu, na czym pole­ga meto­da rzym­ski pokój (zwa­na też pałac pamię­ci albo meto­da loci) pla­no­wa­łam oczy­wi­ście zro­bić to rysun­kiem. I powstał taki oto rysu­nek:

Zaczę­łam od nary­so­wa­nia Kolo­seum (i wło­skiej fla­gi), no bo ludzie dro­dzy, czyż to nie oczy­wi­ste? 😉 Prze­cież jeśli moja poten­cjal­na notat­ka o mne­mo­tech­ni­kach zawie­ra­ła­bym kil­ka­na­ście nazw róż­nych tech­nik, to chcia­ła­bym zadbać o to, żeby umieć bez­względ­nie odróż­nić jed­ną od dru­gą. Dla­te­go myśląc o Wło­szech, pomy­śla­łam od razu o Rzy­mie, a sko­ro Wło­chy, to i Kolo­seum. Potem przy­ję­łam (sko­ro to prze­cież rzym­ski POKÓJ), że to całe Col­lo­seum będzie tape­tą w poko­ju. Zazna­czy­łam 6 punk­tów, któ­re mogły­by być naszy­mi przy­stan­ka­mi w tej tech­ni­ce zapa­mię­ty­wa­nia i voila!

Dzię­ki temu roz­ry­so­wa­li­śmy sobie, na czym pole­ga mne­mo­tech­ni­ka rzym­ski pokój. A na czym pole­ga?

Na stwo­rze­niu sobie mapy pamię­cio­wej jakie­goś pomiesz­cze­nia (albo całe­go domu, czy pała­cu – stąd nazwa pałac pamię­ci) z usta­lo­ną z góry kolej­no­ścią mija­nych /​ widzia­nych przez sie­bie przed­mio­tów a potem przy­pi­sy­wa­nie do tych przed­mio­tów listy pojęć /​ zagad­nień, któ­re chcie­li­by­śmy /​ musie­li­by­śmy zapa­mię­tać wła­śnie w tej kolej­no­ści  Jeśli mie­li­by­śmy np. zapa­mię­tać listę zaku­pów skła­da­ją­cą się z sze­ściu przed­mio­tów i z jakiejś przy­czy­ny waż­na była­by ich kolej­ność, bo np. kolej­ność odzwier­cie­dla­ła­by kolej­ność mija­nych w naszym lokal­nym skle­pie dzia­łów (gdzie to mogło­by być: 1. jaj­ka, 2. masło, 3. wyci­skar­ka do czosn­ku, 4. olej seza­mo­wy, 5. bana­ny i 6. szam­pon) to zapa­mię­ty­wa­li­by­śmy je w połą­cze­niu z kolej­ny­mi punk­ta­mi stop w naszym poko­ju, czy­li kolej­no:

  1. fotel buja­ny = jaj­ka
  2. wyso­ki kwiat w donicz­ce = masło
  3. wnę­trze Kolo­seum = wyci­skar­ka do czosn­ku
  4. fla­ga Włoch = olej seza­mo­wy
  5. wiszą­ca w rogu poko­ju lamp­ka = bana­ny
  6. para­pet = szam­pon

Ideą rzym­skie­go poko­ju jest stwo­rzyć sobie w wyobraź­ni (albo na papie­rze) jakąś nie­do­rzecz­ną, peł­ną nie­spo­dzia­nek histo­rię, któ­ra pomo­że nam zapa­mię­tać, że pierw­sze na liście są jaj­ka (w fote­lu buja­nym), dru­gie (w wiel­kim donicz­ko­wym kwie­cie) jest masło itd.

No i ja widzę prze­cho­dząc w wyobraź­ni obok fote­la buja­ne­go, że on bar­dzo powo­li i pra­wie bez­gło­śnie się buja, sły­szę nawet w gło­wie gra­ną w śla­ma­zar­nie zwol­nio­nym tem­pie pio­sen­kę „koooooko­oooo koooooko­oooo euro­ooooo spo­ko­ooooooo” a na samym fote­lu w kocy­ko­wym zawi­niąt­ku leżą jaj­ka. Fotel buja się eks­tre­mal­nie powo­li, żeby jaj­ka się nie stur­la­ły i nie zbi­ły 😛 Widzi­cie to?

Nagle zapa­mię­ty­wa­nie listy zaku­pów, kolej­nych punk­tów jakie­goś pro­ce­su, chro­no­lo­gicz­nej kolej­no­ści pol­skich wład­ców czy innej listy sta­je się fan­ta­stycz­ną zaba­wą, a nie bez­na­dziej­nym i tak napraw­dę nie­zwy­kle bez­myśl­nym wku­wa­niem!

PUNKT 2.: obalenie mitu „ja nie umiem rysować”

Kolej­nym punk­tem pro­gra­mu mia­ła być waż­na rzecz, któ­rą pro­mu­ję od lat: oba­la­nie paskud­nie auto­krzyw­dzą­ce­go mitu o nazwie „ja nie umiem ryso­wać” (co robi­łam np. w tym blog­po­ście). Żeby to zro­bić pla­no­wa­łam poka­zać pro­wa­dzą­cym jed­ną z dwóch tech­nik, któ­rych uczę w trak­cie moich szko­leń (szko­le­nia dostęp­ne są tutaj), a mia­no­wi­cie ryso­wa­nie pię­cio­ma pod­sta­wo­wy­mi kształ­ta­mi (o któ­rych pisze m.in. Mike Roh­de w książ­ce „The Sketch­no­te Hand­bo­ok”).

Te pięć kształ­tów nazy­wa­ne jest też czę­sto alfa­be­tem wizu­al­nym. Przy pomo­cy tych pię­ciu kształ­tów (krop­ka, kre­ska, trój­kąt, kwa­drat i/​lub pro­sto­kąt oraz koło) pla­no­wa­łam zachę­cić pro­wa­dzą­cych do nary­so­wa­nia czło­wie­ka. A potem np. nie­śmier­tel­nej kul­to­wej żarów­ki, któ­rą mogli­by­śmy zgod­nie z życze­niem pro­wa­dzą­cych prze­kształ­cić w coś inne­go. Np. sym­bol na myśle­nie wizu­al­ne (co też uczy­ni­łam na tym szyb­kim przy­go­to­waw­czym szki­cu):

PUNKT 3.: myślenie wizualne do nauki języka

Kolej­nym ele­men­tem mia­ło być poka­za­nie, jak fan­ta­stycz­nie moż­na bawić się myśle­niem wizu­al­nym przy nauce słó­wek (np. języ­ka angiel­skie­go).

Do tego celu przy­go­to­wa­łam sobie 3 pary słów z języ­ka angiel­skie­go, któ­re mogą spra­wiać pro­ble­my przy zapa­mię­ty­wa­niu. Czy­li:

  1. RACE (czy­li wyścig, a nie tak jak moż­na myśleć z pol­skie­go, że rejs, bo rejs to po angiel­sku CRUISE),
  2. DATE (czy­li pol­skie data) i DATA (czy­li dane),
  3. oraz duet czę­sto mylo­nych, a zna­czą­cych coś zupeł­nie inne­go DESERT (pusty­nia) i DESSERT (deser).

O ile ja sama z roz­róż­nia­niem dwóch pierw­szych pojęć nie mam pro­ble­mu, o tyle duet desert – des­sert od lat spra­wia mi nie­co pro­ble­mów, więc z przy­jem­no­ścią przy­go­to­wa­łam absur­dal­nie śmiesz­ne rysun­ki z cały­mi histo­ria­mi, poma­ga­ją­ce mi zapa­mię­tać ich pisow­nie, a tak­że akcen­to­wa­nie! Jak to zro­bi­łam? O tak:

Duet RACE vs CRUISE

Idź­my po kolei. Sam pomysł na parę RACE – CRUISE poja­wił mi się po zoba­cze­niu rysun­ku Karo­li­ny Kess na face­bo­oko­wej gru­pie RYSUJĘ DLA MOICH UCZNIÓW (gorą­co pole­cam tą gru­pę!). W gru­pie moż­na bar­dzo łatwo wyszu­kać pomo­ce edu­ka­cyj­ne przy­pi­sa­ne do kon­kret­nych przed­mio­tów (na przy­kład tu znaj­dzie­cie przy­kła­dy do języ­ka angiel­skie­go).

Rysu­nek Karo­li­ny wyglą­dał tak:

rysu­nek autor­stwa Karo­li­ny Kes­sy

Cudow­nie poka­zy­wał roz­róż­nie­nie co zna­czy co (angiel­ski race = wyścig, a pol­ski rejs = cru­ise), ale dla mnie był nie­wy­star­cza­ją­cą meto­dą na zapa­mię­ta­nie. Nadal sądzę, że mogła­bym mieć pro­blem z zapa­mię­ta­niem, no bo musia­ła­bym po pro­stu „wkuć” wygląd rysun­ku. Nadal mogło­by mi się to mylić. Jak mam zapa­mię­tać, że RACE to wyścig, sko­ro rejs też jest tam nary­so­wa­ny? Dla­te­go stwo­rzy­łam sobie swo­ją wer­sję ze śmiesz­ną histo­rią, któ­ra, jak sło­wo daję, zosta­nie chy­ba ze mną już do koń­ca życia! 😂

Histo­ria jest taka. Chce­my zapa­mię­tać, że RACE to wyścig. Więc zaczę­łam na szyb­ko ryso­wać for­mu­łę 1 (moje pierw­sze sko­ja­rze­nie z wyści­giem). Ale oka­za­ło się, że nie umiem. Więc poszłam po coś łatwiej­sze­go. Nie umiem nary­so­wać for­mu­ły 1, ale umiem nary­so­wać fla­gę w czar­no-bia­łą sza­chow­ni­cę, sym­bol wyści­gów for­mu­ły 1. Trzon fla­gi wyra­sta z liter­ki R.

W zapa­mię­ty­wa­niu dołą­czam też wszyst­kie moż­li­we zmy­sły (wię­cej o poli­sen­so­rycz­no­ści tutaj), dla­te­go fla­ga powie­wa­jąc moc­no na wie­trze brzmi jak trze­po­czą­cy gło­śno mate­riał i brzmi to mniej wię­cej jak RACE-RACE-RACE. Mamy to!

Teraz chcę się nauczyć, jak jest po angiel­sku pol­ski rejs (CRUISE), żeby oddzie­lić to mak­sy­mal­nie od sło­wa RACE, iden­tycz­ne­go pod wzglę­dem wymo­wy do pol­skie­go rej­su. Jakie przy­szły mi do gło­wy sko­ja­rze­nia? Co mi się koja­rzy ze sło­wem rejs… Rejs…

Bam!

No prze­cież, że kul­to­we kraw­czy­ko­we „Paaaaaro­stat­kiem pięk­ny reeeeejs!”. Dobra! No to bie­rze­my Krzysz­to­fa Kraw­czy­ka i jego rejs paro­stat­kiem. Nary­so­wa­łam paro­sta­tek. W swo­jej wyobraź­ni rysu­ję sobie bar­dzo wyraź­ną i bar­dzo nie­do­rzecz­ną sce­nę. Krzysz­tof Kraw­czyk pły­nie paro­stat­kiem i śpie­wa ze zame­ry­ka­ni­zo­wa­nym akcen­tem Pola­ków miesz­ka­ją­cych od lat w USA, a więc prze­sad­nie akcen­tu­jąc mięk­ką liter­kę r:

Parrrrrr­ro­stat­kiem pięk­ny… CRRRRRUISE!

Kraw­czyk odbył tak dłu­gi rejs po ame­ry­kań­skich oce­anach. że aż nie pamię­ta, jak jest REJS po pol­sku! A to ci dopie­ro!

I teraz, żeby to wzmoc­nić, żeby wbić sobie na wie­ki do łba, że pol­ski REJS to jest tak napraw­dę angiel­ski CRUISE… to szu­kam dalej sko­ja­rzeń. Do cze­go przy­cze­pić sobie sło­wo CRUISE…? Z czym mi, Pola­ko­wi, koja­rzy się sło­wo cru­ise?

#Bitch­Ple­ase, prze­cież wia­do­mo, że z moim nasto­let­nim crush’em, do któ­re­go się śli­ni­łam jak psy do Paw­ło­wa w trak­cie eks­pe­ry­men­tów – z Tomem Cru­isem! Odję­ło mu to co praw­da w mig przy­stoj­no­ści, uświa­do­mie­nie sobie, że gdy­by miesz­kał w Pol­sce nazy­wał­by się tak cebu­la­czo, tak zwy­czaj­nie, ordy­nar­nie – Tomek Rejs… No ale niech tam! Nadal jest przy­stoj­ny. I kum­plu­je się z Krzysz­to­fem Kraw­czy­kiem (i jest led­wie o 3 cm ode mnie wyż­szy #OhWell).

Baaaa! Chło­pa­ki kum­plu­ją się tak bar­dzo, że Kraw­czyk trzy­ma Cruise’a za przed­ra­mio­na, niczym Leonar­do DiCa­prio trzy­mał Kate Win­slet w kul­to­wej sce­nie – wait for it! – REJSU Tita­ni­ca i wspól­nie z Tomem śpie­wa­ją sobie w hybry­do­wym języ­ku polin­glisz:

Paro­stat­kiem pięk­ny CRUISE! CRUISE’m na fali, pięk­ny CRUISE!

(bo, uwa­ga uwa­ga, dla aspi­ru­ją­cych do szóst­ki z angiel­skie­go: cru­ise zna­czy nie tyl­ko rejs, ale tak­że sta­tek)

Ryśli­ciel­ka uczy i bawi, no napraw­dę! (O pisow­ni sło­wa napraw­dę zresz­tą też kie­dyś uczy­łam w tym wpi­sie)

Mega, co? Nauka potra­fi być cudow­nie zabaw­na i przy­jem­na, jak sobie ją uprzy­jem­ni­my w swo­ich gło­wach 🥳

Duet DATE vs DATA

Chce­my teraz się nauczyć, że angiel­skie DATE to pol­skie data (jak w kalen­da­rzu), a angiel­skie DATA to pol­skie dane. Róż­nią się tyl­ko jed­ną liter­ką (a tym samym moc­no wymo­wą).

Co zatem zro­bi­łam? Posta­no­wi­łam poba­wić się jedy­ną róż­ni­cą mię­dzy tymi dwo­ma sło­wa­mi, czy­li ostat­nią liter­ką. Muszę jakoś wyeks­po­no­wać w rysun­ku E (w dacie) i A (w danych). No to jadziem:

Rysu­jąc datę (DATE), nary­so­wa­łam kalen­darz i nanio­słam sobie wiel­kie E. I teraz jak ja to zapa­mię­tam? Jak to połą­czę, że E jest wła­śnie przy dacie, a nie przy danych…? Jaką datę połą­czyć z liter­ką E…?

Mam! E‑GZAMIN! Data egza­mi­nu zawsze jest (albo powin­na być!) wyraź­nie zazna­czo­na na kalen­da­rzu! Na przy­kład data egza­mi­nu na pra­wo jaz­dy. Więc pod­kre­ślam, zakre­ślam, wyba­łu­szam. I mam: datE = data! Data egza­mi­nu 

(Zresz­tą, dla pry­mu­sów: sło­wo date ozna­cza nie tyl­ko datę, ale też rand­kę. Więc może­my sobie też wko­do­wać do pamię­ci rand­kę z Elwi­rą czy inną Elą albo Edmun­dem, jak dys­po­nu­je­my taki­mi absz­ty­fi­kan­ta­mi).

A dane? Wyobra­żam sobie ekran kom­pu­te­ra. Taki zie­lo­ny ekran, jak w matri­xie… Pły­ną po nim zera, jedyn­ki… Ale co dzi­wacz­ne, zera i jedyn­ki powo­li zni­ka­ją i cAAAAAAAŁy nie­mA­AAAAL  ekrA­AAAn wypeł­nia się liter­ką A. Pierw­szą liter­ką AAAAAl­fa­be­tu. Coś się chy­ba zaraz zacznie, jak AAAAl­fa­bet… DATA = dane. Mamy to! Jadziem dalej.

Duet DESERT vs DESSERT

To od lat jeden z moich ulu­bio­nych przy­kła­dów z wyko­rzy­sta­nia MW w nauce języ­ków. Pamię­tam co praw­da pisow­nię (pusty­nia ma jed­no S, a deser ma dwa S), ale cały czas myli mi się wymo­wa. Dla­te­go przy­go­to­wu­jąc się do Pyta­nia na śnia­da­nie, wbi­łam sobie wie­czór wcze­śniej taki rysu­nek i taką histo­rię:

Desert to pusty­nia. Moje sko­ja­rze­nie z pusty­nią? Wiel­błąd. Wiel­błąd na piasz­czy­stej pusty­ni, w tle jakieś wydmy, palą­ce słoń­ce. Gorąc. Muszę zapa­mię­tać, że pusty­nia pisa­na jest przez jed­no S. Jak to zro­bić? Wiel­bląd jest JED­NO­garb­ny. Ma tam zaki­tra­ne w gar­bie jed­no S.

No ale dobra, dziś pamię­tam, że jed­no­garb­ny, jutro zapo­mnę, pomy­ślę, że jed­nak był dwu­garb­ny i wto­pa. Jak wbić sobie do gło­wy (nie wku­wa­niem, ale zaba­wą i myśle­niem wizu­al­nym), że on jest do szpi­ku kości jed­no­garb­ny?

Wiel­bąłd jest ewi­dent­nie smut­ny. Rysu­ję mu posęp­ną minę, smut­ne oczy. Smu­ci się, bo ma tyl­ko jed­ne­go gar­ba. A inni mają dwa. Tez chciał­by dwa 

W dodat­ku wyobra­żam sobie, jak brzmi wiel­błąd (choć poję­cia nie mam!) i do tego celu dory­so­wu­ję mu dymek z jego smut­nej pasz­czy, dymek mam­ro­czą­cy DEEE. De!

Dla­cze­go de?

Bo w wymo­wie sło­wa pusty­nia (desert) akcen­tu­je­my na DE (w dodat­ku S wyma­wia­my jako Z, dla­te­go też to sobie zapi­sa­łam).

Nabie­ra to wiel­kie­go sen­su, gdy zabie­ram się za ryso­wa­nie dru­gie­go sło­wa, czy­li deser (a po angiel­sku des­sert, z podwój­nym S)

Rysu­ję cud­ny wypa­sio­ny deser lodo­wy… Taki w puchar­ku! Wry­so­wu­ję tam dwie liter­ki S. No wia­do­mo, że dwa razy S, jak bym mia­ła wci­nać deser lodo­wy, to co naj­mniej bym zamó­wi­ła deser z dwo­ma albo i czte­re­ma gał­ka­mi! Prze­cież nie jestem psy­cho­pa­tą, żeby zama­wiać deser z jed­ną gał­ką. Deser jest na wypa­sie. Z jed­ne­go S zwi­sa kiść wino­gron, jest też rur­ka wbi­ta w deser. I duuuużo lite­ry S. Tak dużo, jak bym chcia­ła gałek. Tak dłu­uuuugo jak bym chcia­ła, żeby trwa­ła ta roz­koszszszszszsz jedze­nia.

I co waż­ne: ta dłu­uuugość i ilość powie­lo­nych lite­rek S poka­zu­je mi akcent (przy­naj­mniej w bry­tyj­skim angiel­skim, bo jak się domy­śla­cie, bry­tyj­ska wymo­wa nie­co się róż­ni od ame­ry­kań­skiej). Bo bry­tyj­ski deser (czy­li des­sert = dɪˈzɜ:t) akcen­tu­je­my na ostat­nią syla­bę.

PUNKT 4.: myślenie wizualne do nauki geografii (i właściwie czegokolwiek)

Potem chcia­łam poka­zać, że nie tyl­ko języ­ków moż­na się uczyć z wyko­rzy­sta­niem myśle­nia wizu­al­ne­go, ale też np. geo­gra­fii. Poka­zu­ją to moje rysun­ki słu­żą­ce naucze­niu się flag i sto­lic kil­ku kra­jów euro­pej­skich.

Flaga Polski

Raczej nie­wie­le jest Pola­ków, któ­rzy nie wie­dzą, jak wyglą­da fla­ga Pol­ski, no chy­ba, że ich głów­nym zaję­ciem jest robie­nie w pie­lu­chę i ssa­nie sut­ków swo­jej mat­ki (albo swo­jej butel­ki), pyta­nie „a dla­cze­go?” dwa­na­ście tysię­cy razy dzien­nie albo są po pro­stu jesz­cze przed momen­tem w życiu, kie­dy są w sta­nie zro­zu­mieć kon­cept fla­gi i się go sku­tecz­nie nauczyć. No ale jeśli ktoś nie zna jesz­cze fla­gi Pol­ski i ma się nauczyć nie tyl­ko naszej fla­gi ale i też kil­ku innych flag w tym samym (albo super podob­nym) kolo­rze, no to może sko­rzy­stać z mne­mo­tech­nik i swo­jej wyobraź­ni.

(żart z Demo­ty­wa­to­rów dostęp­ny tutaj: https://demotywatory.pl/4750562/ – Sta­ry-moge-scia­gnac-od-cie­bie-te-pra­ce-domo­wa-Pew­nie)

Jeśli wie­my, że pol­ska fla­ga jest wła­ści­wie odwró­co­ną fla­gą Mona­ko i Indo­ne­zji, to jak może­my zapa­mię­tać, że czer­wo­ny pas u nas jest na dole? Może­my to połą­czyć z wie­dzą geo­gra­ficz­ną, któ­rą już mamy. Wie­my na przy­kład, że na dole (na połu­dniu) Pol­ski są góry. A my kocha­my góry. A kolor miło­ści to prze­cież czer­wo­ny…! Bam! Zako­do­wa­ne. Pas czer­wie­ni na dole, tam, gdzie nasze uko­cha­ne góry.

Albo wła­śnie nie kocha­my gór! Nie zno­si­my ich! Bo aku­rat to w pol­skich górach kie­dyś się tak prze­wró­ci­li­śmy na nar­tach, że krew sika­ła na wszyst­kie stro­ny. Krew. Krew w pol­skich górach… Czy­li pas czer­wie­ni na dole! Zako­do­wa­ne  Zna­my już fla­gę pol­ski.

Poda­ję dwa przy­kła­dy, bo nie o to cho­dzi, że one są jedy­ny­mi słusz­ny­mi przy­kła­da­mi. One mają BYĆ NASZE! Mają wycho­dzić z naszych map poznaw­czych, mają się NAM zako­do­wać. Każ­dy z Was będzie mieć (i powi­nien mieć!) swój wła­sny uni­ka­to­wy pomysł na to, jak sobie zako­do­wać dane infor­ma­cje.

Flaga Włoch

Nie raz, nie dwa, nie 17 razy przy­szło mi ryso­wać w cza­sie gra­phic recor­din­gu (zapis gra­ficz­ne­go) fla­gę Włoch. Wie­dzia­łam, że jest tam bia­ły, zie­lo­ny i czer­wo­ny, ale ni cho­le­ry nie byłam w sta­nie zapa­mię­tać, jak te kolo­ry się roz­kła­da­ją (poza tym, że bia­ły w środ­ku) i każ­do­ra­zo­wo musia­łam ją google’ać. Pew­nie nie ja jed­na mogę mieć z tym pro­blem. No więc jak moż­na to zapa­mię­tać? No znów, two­rząc sobie wokół tego jakąś histo­rię.

Kie­dy piszę tego post na blo­gu, już jestem dum­ną posia­dacz­ką wie­dzy o fla­dze Włoch. Ale jesz­cze 2 dni temu zanim przy­stą­pi­łam do przy­go­to­wy­wa­nia się do pro­gra­mu Pyta­nie na śnia­da­nie, nie mia­łam poję­cia o ukła­dzie kolo­rów. Przy­go­to­wu­jąc się do Pyta­nia na śnia­da­nie wko­do­wa­łam sobie w mózg fla­gę Włoch w zasa­dzie już przy oka­zji roz­ry­so­wy­wa­nia rzym­skie­go poko­ju. Przy­po­mi­nam (poni­żej) frag­ment tego rysun­ku.

Było kolo­seum. Wbi­ta w are­nę Kolo­seum fla­ga Włoch z trój­po­dzia­łem kolo­ry­astycz­nym. I teraz: wiem z Pana Google’a, że po lewej jest zie­lo­ny pas, po pra­wej czer­wo­ny. Tyl­ko jak to zapa­mię­tać? Jak to wszyst­ko połą­czyć mając już ten mój rysu­nek? No jak to jak. W obec­nych cza­sach are­na Kolo­seum poro­śnię­ta jest tra­wą (wiem, bo byłam). Więc lewy pas (tam, gdzie widzia­na tra­wa na naszym rysun­ku) jest na fla­dze zie­lo­ny, a pra­wy pas jest czer­wo­ny. Jak to z kolei zapa­mię­tać? Nary­so­wa­łam sobie dwie kro­ple krwi pod pra­wym czer­wo­nym pasem. Bo w kolo­seum (co mnie do szpi­ku kości zmro­zi­ło), kie­dy odwie­dza­łam rzym­skie Kolo­seum, odby­wa­ły się kosz­mar­nie krwa­we sce­ny.

Mat­ko i cór­ko, może wła­śnie po to mia­łam pójść do tego pro­gra­mu, żeby się wresz­cie nauczyć fla­gi Włoch i kolej­no­ści pio­no­wych pasów kolo­ru!

Ach, i jesz­cze jed­no! Dzię­ki temu rysun­ko­wi mamy 2 w 1. Bo mamy też zako­do­wa­ną nie dość, że fla­gę Włoch, to i ich sto­li­cę. Wło­chy, sto­li­ca: Rzym. Bo Kolo­seum jest w Rzy­mie. Pose­pa­ni, popro­se piont­ke! Już wpi­su­ję.

Flaga Francji

Ten sam pro­blem mam od lat z fla­gą Fran­cji. No wiem, że są tam kolo­ry (kolej­ność przy­pad­ko­wa i celo­wo nie­pra­wi­dło­wa): bia­ły, czer­wo­ny, nie­bie­ski, ale nie wiem, w jakiej kolej­no­ści.

No to uczy­my się. Uczy­my się na tą geo­gra­fię zarów­no fla­gi, jak i sto­li­cy Fran­cji (Paryż). Co mi przy­szło jako pierw­sze na hasło Paryż? No wia­do­mo, że wie­ża Eiffle’a. No to siup, szu­ka­my kształ­tu Wie­ży. Takie­go z grub­sza. I szu­ka­my, jak tam wpi­sać fla­gę. Żeby to nam się wszyst­ko już do koń­ca życia łączy­ło.

Po kil­ku pró­bach wresz­cie zna­la­złam. Nary­so­wa­łam wie­żę Eif­fla, wry­so­wa­łam tam fla­gę. I histo­ria była taka:

Ponie­waż po lewej jest nie­bie­ski na fla­dze, to rysu­ję tam chmur­kę. Wie­my raczej, że chmu­ry są bia­łe, ale czę­sto są ryso­wa­ne jako nie­bie­skie. No albo są też na nie­bie­skim tle, bo nie­bo jest nie­bie­skie. No i dobra, widzę po lewej od wie­ży chmu­rę. Nie­bie­ski. Mamy to!

Logi­ka mówi, że sko­ro po lewej nie­bie­skie, no to czer­wo­ne musi być po samej pra­wej, ale nie pozwa­laj­my na takie szpa­ry w wie­dzy i ufa­nie, że w chwi­li „odpy­ty­wa­nia” będzie­my wie­dzieć na 100%. Jesz­cze nam ta czer­wień cał­kiem umknie, nagle zapo­mni­my jaki to był kolor po pra­wej i co…? Zosta­nie­my z tym nie­bie­skim, bia­łym i… z niczym! Zako­duj­my to dobrze, głę­bo­ko, każ­dy z klu­czo­wych kolo­rów.

Dla­te­go po pra­wej, tam, gdzie czer­wo­ny pas nary­so­wa­łam cału­ją­cą się parę. Nary­so­wa­łam ser­dusz­ko. On się jej wła­śnie oświad­czył na wie­ży Eif­fla, zain­we­sto­wał kil­ka­dzie­siąt euro, żeby ją na tą wie­żę zabrać, posta­rał się, och och, jak roman­tycz­nie, och. Może nawet ta chmu­ra za chwi­lę minie wie­żę Eif­fla, nad­cią­gnie nad nich i ich oble­je. Będzie jesz­cze roman­tycz­niej. Och och. Ona się zgo­dzi. No pięk­nie. Paryż, sto­li­ca miło­ści. Fran­cja, kraj zako­cha­nych. Och.

Mamy to! Jak nas spy­ta­ją, jak wyglą­da fla­ga Fran­cji i co jest sto­li­cą Fran­cji, to bez zająk­nię­cia wie­my.

Flaga Belgii

Pol­ska, Wło­chy, Fran­cja. Powie­cie, że jakieś bana­ły bio­rę, bar­dzo zna­ne fla­gi. Więc weź­my fla­gę – dla mnie przy­naj­mniej – total­nie nie oczy­wi­stą. Fla­gę Bel­gii. Niby byłam w Bel­gii, a kon­kret­nie w Bruk­se­li (sto­li­cy), ale żeby z fla­gi się wyspo­wia­dać, to ni chu chu. Fla­ga kolo­ry­stycz­nie jest podob­na do fla­gi Nie­miec, ale pasy kolo­rów idą w pio­nie, dokład­nie tak jak u Włoch czy Fran­cji.

No to już, bawi­my się, kodu­je­my! Moje sko­ja­rze­nia z Bel­gią?

Znam paru Bel­gów. Ale pierw­sza oso­ba tej naro­do­wo­ści, jaka przy­cho­dzi mi do gło­wy to Mara, Mara Cal­la­ert (pro­wa­dzą­ca zresz­tą kapi­tal­ną, kon­ku­ren­cyj­ną wobec mojej fir­mę Visuality.eu). Wizu­ali­zu­ję sobie twarz i postać Mary, żeby „na niej” zako­do­wać sobie fla­gę jej kra­ju i sto­li­cę jej kra­ju (Bruk­se­lę).

Co zro­bi­łam?

Wyobra­zi­łam sobie Marę. Marę, któ­ra gene­ral­nie mówi i po angiel­sku, i po fran­cu­sku i po nider­landz­ku. Two­rzę w swo­jej wyobraź­ni jeden wspól­ny miks tych języ­kow i on mi moc­no brzmi z nie­miec­kie­go (dzię­ki temu sko­ja­rze­niu kodu­ję sobie podo­bień­stwo do fla­gi Nie­miec). Jestem tym tro­chę zdzi­wio­na. Mara po nie­miec­ku? Nie wie­dzia­łam, że Mara też i po nie­miec­ku potra­fi… Bo nie potra­fi, ale potra­fi w trzech języ­kach, co by może brzmia­ły razem jak nie­miec­ki… Ach, czy­li fla­ga Bel­gii do nie­miec­kiej podob­na. No dobra. To już mam, ale potrze­bu­ję szcze­gó­łów.

Wyobra­żam sobie na moje ćwi­cze­nio­we cele, że Mara sza­leń­czo zaja­da­ją­ca się zie­lo­ną bruk­sel­ką (sto­li­ca Bel­gii – Bruk­se­la). Cały­mi dnia­mi wci­na tyl­ko tą bruk­sel­kę nadzia­ną na czar­ny wide­lec, aż jej oczy zie­le­nie­ją. W dodat­ku jest jakoś tak dzi­wacz­nie ubra­na:

Nie ma jed­no­li­tej bluz­ki, ale taką jak­by sobie ją zle­pi­ła z 3 blu­zek (bo 3 języ­ki). Rękaw ręki (widzia­nej prze­ze mnie jako) lewej jest w czar­nym kolo­rze (bo tak jest na fla­dze). Ta sama czar­na ręka trzy­ma zresz­tą tą bruk­sel­kę nadzia­ną na nasz czar­ny wide­lec (mamy w domu czar­ne sztuć­ce!).

Sam śro­dek bluz­ki zakry­wa­ją­cy jej tors jest żół­ty (bo Mara gene­ral­nie jest bar­dzo pozy­tyw­ną oso­bą, stąd żół­ty, plus prze­cież cie­szy się z wci­na­cia tej bruk­sel­ki, że hej!). A dru­gą ręką, tą, któ­rą widzi­my jako pra­wą, pod­pie­ra się zadzior­nie pod bio­dro i trzy­ma tam, nie wie­dzieć cze­mu – ser­ce (czer­wo­ne, dodam tyl­ko. Ser­ce jest czer­wo­ne). Ide­al­nie się to ser­ce wpa­so­wu­je w jej zgię­tą ręką i talię. Albo wia­do­mo cze­mu – ona tą bruk­sel­kę tak kocha!

Widzi­cie to? 😂

Nie ma za co. Nauczy­li­ście się wła­śnie fla­gi Bel­gii. I sto­li­cy. Fak­tu­rę wyślę mailem.

Flaga Niemiec

Na koniec fla­ga Nie­miec. Niby nasi sąsie­dzi, niby zna­my kolo­ry­sty­kę, ale – mówię przy­naj­mniej za sie­bie – od lat bory­kam się z nie­moż­no­ścią zapa­mię­ta­nia kolej­no­ści tych kolo­rów. Więc przy oka­zji moje­go wystą­pie­nia w Pyta­niu na śnia­da­nie posta­no­wi­łam zro­bić dobrze swo­je­mu mózgo­wi i nauczyć się cze­goś, co od lat kule­je.

No to siup, zro­bi­łam coś takie­go:

I już tłu­ma­czę swo­ją logi­kę.

Mamy 3 pozio­me pasy fla­gi Nie­miec. I Ber­lin jako sto­li­cę. Jak to zapa­mię­tać?

Moje sko­ja­rze­nia z Ber­li­nem? No prze­ca, że Mur Ber­liń­ski. No to niech fla­ga będzie po pro­stu naścien­nym kolo­ro­wym mura­lem na tym histo­rycz­nym murze wła­śnie.

A jaką mniej lub bar­dziej nie­do­rzecz­ną (a dzię­ki temu łatwiej zapa­mię­ty­wal­ną) histo­rię sobie do tego rysun­ku dopo­wie­dzia­łam moim roz­bry­ka­nym figlar­nym umy­słem?

No ludzie za cza­sów musu ber­liń­skie­go nie chcie­li tego muru. Tęsk­ni­li za wol­no­ścią, za ludź­mi z dru­giej stro­ny muru. Za wspól­nym odpo­czyn­kiem może nawet tęsk­ni­li? Więc hop, rysu­je­my (dol­ny pasek) – żół­ty pia­sek pla­ży. Pal­ma. Mamy już jeden z trzech ele­men­tów fla­gi.

Środ­ko­wy pasek na fla­dze? Jest czer­wo­ny. No więc kodu­je­my: że to zachód słoń­ca jest! A nie­bo wte­dy takie pięk­nie czer­wo­ne się robi…! Mamy zapa­mię­ta­ny środ­ko­wy czer­wo­ny pas. Tam, gdzie to słoń­ce tak pięk­nie nostal­gicz­nie i tęsk­no zacho­dzi…

Teraz zosta­je nam tyl­ko ten czar­ny, gór­ny pas. Niech to będzie albo po pro­stu już czar­ne nie­bo (bo im bar­dziej słoń­ce zacho­dzi, tym bar­dziej nie­bo robi się ciem­ne) albo na przy­kład taki komik­so­wy pasek nar­ra­to­ra z napi­sem… BERLIN! Voila!

Naresz­cie! Naresz­cie wiem. Idąc od góry: czar­ny (bo bar­dzo ciem­ne wie­czor­ne nie­bo), czer­wo­ny (bo zachód słoń­ca w smut­nym Ber­li­nie), żół­ty (bo tęsk­no­ta za pla­żą i wol­no­ścią).

PUNKT 5.: myślenie wizualne do nauki historii (haki pamięciowe)

Kon­ty­nu­ując wątek fla­gi Nie­miec, chcę, żebyś, dro­ga Czy­tel­nicz­ko i Czy­tel­ni­ku, rozu­miał, że myśle­nie wizu­al­ne może słu­żyć do zapa­mię­ty­wa­nia abso­lut­nie wszyst­kie­go! Poka­za­łam to na języ­ku angiel­skim, na geo­gra­fii, ale spraw­dzi się to tak­że przy histo­rii (i kaaaaż­dym jed­nym jed­nym przed­mio­cie, jestem goto­wa posta­wić nawet na to pie­nią­dze, i to w nie­pew­nych cza­sach koro­na­wi­ru­sa! 🤓).

Mało tego: możesz sobie też mię­dzy­przed­mio­to­wo, inter­dy­scy­pli­nar­nie tę wie­dzę kodo­wać!

No więc na przy­kła­dzie: mogę dorzu­cić do mojej geo­gra­ficz­nej notat­ki z fla­gą i sto­li­cą Nie­miec, datę 1989, czy­li datę zbu­rze­nia Muru Ber­liń­skie­go. Bo np. jest to waż­ne i chcę to pamię­tać i wiem, że przy­da mi się to w dal­szej nauce (z jakie­goś tam powo­du, na przy­kład, że spraw­dzian 🤣).

Tyl­ko jak to zapa­mię­tać, że to aku­rat 1989 był?

I tu wcho­dzi nam z pomo­cą kolej­na mne­mo­tech­ni­ka, czy­li haki pamię­cio­we. Cho­dzi o to, żeby zapa­mię­tać dobie już raz na całe życie cyfry z jaki­miś przed­mio­ta­mi i kształ­ta­mi, któ­re nam się koja­rzą z tymi wła­śnie cyfra­mi. Inter­net Wam oczy­wi­ście pod­po­wie bez­lik inspi­ra­cji:

Cho­dzi o to, żeby Wasze wła­sne haki były Wasze i koja­rzą­ce się Wam już na wie­ki. Ja mam jesz­cze inne niż te, któ­re widzi­cie w powyż­szym scre­enie. U mnie na przy­kład 8‑ka to jest klep­sy­dra, a 9‑tka to jest agraf­ka. No i cho­dzi o to, żeby sobie zapa­mię­tać, że to był ’89 (daru­ję sobie zapa­mię­ty­wa­nia dzie­więt­nast­ki z peł­ne­go rocz­ni­ka daty, bo wiem, że to było w XX wie­ku, bo to było już „za moich cza­sów” – mia­łam wte­dy dum­ne 3 lata 🤓).

No i tam, gdzie koń­czy mi się fla­ga, tam koń­czy się też Mur… Na Murze Ber­lin­skim jest tam dopi­ska: ’89. I jest tam, już za nie­ist­nie­ją­cym Murem dwój­ka ludzi, któ­rzy naresz­cie się ze sobą wita­ją, jak Mur upadł. A wła­ści­wie wyobra­żam ich sobie nawet nie jako ludzi, ale jako klep­sy­drę (jako pierw­sza wychy­la się zza muru) przy­bi­ja­ją rado­śnie piąt­kę agraf­ce. Agraf­ka jest tym tak zachwy­co­na, że jakimś cudem przy­pi­na się do szkla­nej powierzch­ni naszej klep­sy­dry. Klep­sy­dra się wca­le nie obu­rza. Wca­le jej to nie boli. Jest szczę­śli­wa, połą­czo­na z tą cud­nie uśmiech­nię­tą agraf­ką… 😍

Osiem­dzie­sią­ty dzie­wią­ty! A dokład­nie 1989! Upa­dek Muru Ber­liń­skie­go. Ber­lin sto­li­ca Nie­miec. No i fla­ga Nie­miec. Już raz na zawsze zapa­mię­ta­na.

PUNKT 6.: myślenie wizualne do podsumowania

Ostat­nim ele­men­tem, o jakim mia­łam wspo­mnieć w pro­gra­mie było poka­za­nie innych (nie tyl­ko edu­ka­cyj­nych i nie tyl­ko dla dzie­ci i mło­dzie­ży) oka­zji do wyko­rzy­sta­nia myśle­nia wizu­al­ne­go. A więc chcia­łam rzu­cić kil­ko­ma przy­kła­da­mi jak wyko­rzy­stać myśle­nie wizu­al­ne w życiu codzien­nym.

Mia­łam w mia­rę na świe­żo w gło­wie 10 przy­kła­dów z moje­go blog postu o wyko­rzy­sta­niu w domu (link) i 5 przy­kła­dów wyko­rzy­sta­nia w medy­cy­nie (link), ale chcia­łam upew­nić się, że będę pamię­tać ich jak naj­wię­cej kie­dy będę cala posra­na w bry­cze­sy ze stre­su na ante­nie. Dla­te­go stwo­rzy­łam sobie notat­kę pod­su­mo­wu­ją­cą. Samo jej zro­bie­nie spo­wo­do­wa­ło, że te tre­ści wsko­czy­ły do mojej pamię­ci pod­ręcz­nej i było mi łatwiej po nie się­gnąć.

Podsumowanie

Jak zatem widzisz, to co sobie przy­go­to­wa­łam nie poja­wi­ło się nawet w mini­mal­nym stop­niu na ante­nie pro­gra­mu „Pyta­nia na śnia­da­nie”! Jedy­nym ele­men­tem gdzieś tam zbież­nym było roz­pi­sa­nie instruk­cji daw­ko­wa­nia leków, o któ­rej była mowa w poście o myśle­niu wizu­al­nym w medy­cy­nie (a więc w tym moim wiel­kim rysun­ko­wym pod­su­mo­wa­niu z wyko­rzy­sta­nia myśle­nia wizu­al­ne­go w domu i w medy­cy­nie):

Na szczę­ście impro­wi­za­cja i radze­nie sobie ze szyb­ko zmie­nia­ją­cym się świa­tem to są rze­czy, w któ­rych czu­ję się jak ryba w wodzie 🤪

Tym samym chcę też życzyć Wam, dro­dzy czy­tel­ni­cy tego wpi­su, żeby­ście i Wy już teraz się czu­li jak ryby w wodzie, kie­dy przyj­dzie Wam się cze­goś nauczyć. Baw­cie się edu­ka­cją, baw­cie się ucze­niem się! Ucze­nie się może być abso­lut­nie fan­ta­stycz­ne!

Choć łatwo jest zwa­lać na słyn­nych innych (na „złe­go nauczy­cie­la”, na „zły” sys­tem edu­ka­cji, na złe książ­ki, na zły sys­tem oce­nia­nia, na złe i nie­do­pa­so­wa­ne do nasze­go życia warun­ki nauki w wymu­szo­nej domo­wej kwa­ran­tan­nie), to ja bym jed­nak odwró­ci­ła kota ogo­nem i powie­dzia­ła tak: każ­dy jest odpo­wie­dzial­ny (tyl­ko i aż!) za sie­bie.

To JA, jako uczeń (a mam się za ucznia, bo uczę się całe życie, nawet i teraz) jestem odpo­wie­dzial­na za to jak (i w ogó­le CZY) się cze­goś nauczę.

Weź­cie za sie­bie odpo­wie­dzial­ność i uczcie się #PoSwo­je­mu. Z ele­men­ta­mi zaba­wy, myśle­nia wizu­al­ne­go i wiel­kiej fraj­dy, jaką to może dawać. Powo­dze­nia! ♥️

Daj­cie znać w komen­ta­rzach pod postem, jakie meto­dy Wam poma­ga­ją się uczyć!


Jeśli spodo­bał Ci się ten wpis, nie zapo­mnij prze­czy­tać tak­że:

  1. Myśle­nie wizu­al­ne w domu – 10 spo­so­bów
  2. Myśle­nie wizu­al­ne w medy­cy­nie – 5 spo­so­bów
  3. Dwie stycz­nio­we trąb­ki (czy­li o Mura­lu oraz o tym, że w ryso­wa­niu nie cho­dzi o ryso­wa­nie)
Przewiń do góry