Projekt 30:30, czyli życiowe lekcje z 30 prac w ciągu 30 lat życia

Tak, tak, 30 prac w 30 lat


To nie jest pomyłka. W moim 30-letnim życiu, jak ostatnio podliczyłam, podjęłam się aż 30 zajęć, których celem było zarabianie pieniędzy.

Część z Was może w myślach powiedzeć:

„Jak 30? Na TEDxWarsawUniversityofTechnology mówiłaś, że miałaś 11 prac!”.

To prawda. Miałam 11 prac – prac rozumianych jako legalny i sformalizowany sposób zarobku osoby pełnoletniej w oparciu o umowę o dzieło / umowę o pracę / albo umowę-zlecenie. Ale jeśli zliczyć wszystkie pozostałe „a, tu sobie dorobię”, „tu jeszcze może się coś trafi z braku laku”, „a, co mi szkodzi, tu też spróbuję”… to wychodzi tego dokładnie 30 zajęć. Nieźle, nie?

klaudia-tolman-2016-zdjecie-daniel-tuliszka

A ponieważ jeszcze przez kilka miesięcy mam 30 lat na karku, to aż szkoda byłoby pogardzić tak okrąglutkim, pysznym zestawieniem jak 30 prac w 30 lat życia i podzielić się aż 50 lekcjami, jakie z tego wyciągnęłam 🙂

Z sentymentalnych powodów publikuję ten wpis także 14 października 2016, czyli dokładnie w 3 lata od momentu założenia mojej działalności gospodarczej.


Historia powstania zestawienia 30:30

I tutaj ważny detal logistyczny z historii powstania pomysłu na zestawienie 30:30. Wpadłam na taki pomysł już jakiś czas temu, a dokładnie 31.08.2016 w trakcie szkolenia WKT (Warszawski Klub Trenera) na temat produktywności, kiedy to mieliśmy przygotować sobie mapę myśli z naszymi aktualnymi projektami. Jakimś cudem moje myśli powędrowały w kierunku:

„O…. losie, ja ich przecież mam teraz tak dużo… Ale zawsze miałam dużo! No właśnie, ile ja miałam tych takich projektów pobocznych…?

I zaczęłam je spisywać po kolei, co widać na fragmencie mojej notatki z tego spotkania:

notatka-fragment-z-wkt-2016-08-31

Do pomysłu powróciłam po ponad miesięcznym inkubowaniu pomysłu. Wzmożone prace nad zestawieniem zaczęły się w poniedziałek 10.10.2016, kiedy to w przypływie bezsenności o jakiejś 3:00 w nocy i zbyt dużej energii, żeby zasnąć, postanowiłam to wyrzucić z głowy i spisałam to na brudno. Tak powstała ta oto notatka:

notatka-klaudii-na-brudno-3030-30

Następnego dnia, czyli 11 października 2016 w pociągu relacji Warszawa – Wrocław zaczęłam pisanie tego zestawienia. W ponad 3 godziny stworzyłam jakieś 10 stron tekstu. Jak dojechałam do wrocławskiego hostelu, nadal roznosiła mnie energia i dopisywałam po nocy kolejne historie. Spisywałabym je spokojnie nawet i do 4 w nocy, ale rozsądek mówił „szkolisz następnego dnia, musisz się choć minimalnie wyspać”. A po zgaszeniu światła i położeniu się w łóżku co? Nadal gonitwa myśli! Mnóstwo pomysłów, mnóstwo myśli:

Przecież kilkanaście stron tekstu A4 to za dużo na wpis na blogu, kto to przeczyta? A ja nawet nie jestem w połowie zestawienia, tylko ledwo w 1/3…! To może jakiegoś e-booka wydać? A później książkę nawet jakąś? Może w self-publishingu i po prostu jako prezent Klientom dawać? Ale zależy mi na puszczeniu tego w świat dokładnie 14 października, w 3 lata od otwarcia działalności gospodarczej… to jak to zrobić? Nie znajdę czasu przez te 2 dni na opisanie wszystkich 30 prac i wszystkich 50 lekcji… Nie zdążę tym bardziej zrobić ilustracji do tego! A może tylko ruszyć pierwszym wpisem tego 14-tego, a kolejne historie (z kolejnych prac) dopisywać każdego dnia? I tak przez miesiąc? 14-tego wstęp o wszystkich 30 pracach… 15-tego pierwsza praca i lekcje z niej, 16-tego druga praca z lekcjami…? A może jakieś konkursy na ilustracje wykonać – może tam wcale nie będzie moich rysunków, tylko czyjeś…?


Lista 30 prac 30-letniej Klaudii Tolman

To kim byłam? Jak zarabiałam? Jak sobie dorabiałam? I co robiłam za dzieciaka, żeby dostać kieszonkowe?

Wymieniając je mniej więcej w kolejności chronologicznej:

  1. (10-12 lat?) dziewczynka z Bazarku, czyli sprzedawca warzyw i owoców na stoisku mojego ojca
  2. (12-16 lat?) Mycie samochodów na naszym prywatnym, małym przydomowym parkingu mieszczącym 5 aut… (nie, chłopaki, to nie wygląda tak jak na filmach i teledyskach…!)
  3. (12-20 lat) Sprzątaczka w małej jednoosobowej działalności mojej Mamy

Mam na swoim koncie także nastoletnią erę „ale MLM jest super!” (15-20 lat?), co zaowocowało zaangażowaniem się w bycie następującymi:

  1. konsultantka Avon
  2. konsultantka Oriflame
  3. Konsultantka Mary Kay
  4. Konsultantka Vorwerk (Thermomix)
  5. Konsultantka Akuny

A potem już poszłam po rozum do głowy, toć dorosła ze mnie była dziewczyna, i zaczęłam różne „prawdziwe prace”:

  1. (18-19 lat?) Szop Pracz  w pralni w hotelu Marriott w Warszawie
  2. (19-20 lat?)  Hostessa w restauracji Lila Veneda w warszawskim Marriotcie
  3. (19-20 lat?) Hostessa  w restauracji Parmizzano’s w Hotelu Marriott
  4. (20 lat) Sekretarka w prywatnym przedszkolu anglojęzycznym na ul. Żołny
  5. (20-21 lat) Sekretarka w kancelarii prawniczej Barylski Olszewski Brzozowski
  6. (21 lat) Asystentka Managera w Opera Club
  7. (21-22 lata) Event Manager w restauracji Porto Praga
  8. (22 lata) Handlowiec w Nowy Adres S.A.
  9. (22-23 lata) Handlowiec w Świstak.pl (Grupa Fotka.pl)
  10. (23 lata) Handlowiec w agencji interaktywnej BrainJuice Group
  11. (24-25 lat) Managerka ogólnopolskiego projektu Przedsiębiorcza Kobieta w ramach Fundacji Studenckie Forum Business Center Club (SFBCC)
  12. (24-26 lat) Teleperformance Polska (czyli trwające ponad 2 lata czasy, w których byłam tzw. Korpo-szczurzycą, nawet się wtedy ubierałam na szaro-buro-brązowo…!), gdzie pełniłam trzy role naraz, pierwsza z nich to Trener Wewnętrzny
  13. …druga to Specjalista ds. e-learningu w całej organizacji
  14. …trzecia to Audytor procesu operacyjnego, który funkcjonował w call center
  15. (27 lat) Człowiek od Wszystkiego (prawa ręka właścicielki?) w SurprisePlanner.pl

Po rzuceniu pracy w korpo zaczęłam pracować tylko i wyłącznie na swój rachunek (wszystkie pozycje poniżej „nadal trwają”):

  1. (26 lat) Ryślicielka® – Freelancerka – co traktuję jako wielki, osobny i od 2012 roku trwający rozdział w życiu, gdzie pracuję nad pojęciem „Jestem Biznesem”, bo rzuciłam pracę i zarabiam na swój rachunek, czyli pojęcia „pracodawca” i „idę do pracy” są na stałe usunięte z mojego słownika
  2. (26 lat) Trener Myślenia Wizualnego
  3. (26 lat) Ilustrator 
  4. (27 lat) Graphic Recorder (skryba wizualny)
  5. (27 lat) Graphic Facilitator (facylitator wizualny)
  6. (28 lat) Aktorka Rysującej Ręki w ExplainVisually.co
  7. (30 lat) Dyrektor Kreatywny w marce własnej, czyli ExplainVisually.co

No to jedziemy po kolei. Kilka słów o każdym ze stanowisk i o tym, czego się dzięki temu nauczyłam. Nazwy i opisywane przeze mnie miejsca będą bliższe na pewno osobom znającym Warszawę, bowiem warszawiak ze mnie z dziada pradziada i wszystkie moje prace były właśnie tutaj. Przygotuj się na niezłą podróż w zamierzchłe i jakże ciekawe czasy oraz lekcje od życia, jakimi chcę się z Tobą podzielić, ponieważ – jak głosi mój ulubiony cytat z książek z serii „Nagrody Darwina”:

„Ucz się na błędach innych. Nie będziesz żyć dostatecznie długo, by popełnić je wszystkie.”


Praca nr 1:

Dziewczynka z Bazarku

„Dziewczynka” dlatego, że rzeczywiście byłam wtedy niewiastą, możliwe nawet, że ze szczerbatym uzębieniem i jeszcze wtedy bez podejrzeń o posiadanie piersi. „Z Bazarku”, bo mój ojciec miał na bazarku pod Halą Targową Wola na Jelonkach (oraz przez jakiś czas na bazarku na Górczewskiej) stoisko z warzywami, a ja ochoczo i radośnie sobie na nim pracowałam (Mama także handlowała pod tą samą Halą mięsem). Nie mam dokładnie wspomnienia w jakim byłam wieku, czy miałam wtedy 7 lat, czy 10, czy 12, ale na pewno byłam dzieckiem. Z pracy na bazarku wyniosłam 2 ważne lekcje:

Lekcja Pierwsza – o preferencjach pokarmowych

Kocham owoce i warzywa.

Największą mordęgą było dla mnie w dzieciństwie słyszeć od Mamy pracującej w sklepie mięsnym „Chociaż mięso zjedz” (o, pokolenie urodzone w latach 80, znacie to, prawda? Jest nawet taki fanpage – Zjedz chociaż mięso. A ziemniaki zostaw). Nigdy nie przepadałam za mięsem. Jadłam, ale niechętnie, do momentu, kiedy czułam, że jak zjem choćby kęsa więcej, to elegancko się zhaftuję (co też niestety się nigdy nie wydarzyło, bo urodziłam się bez funkcji wymiotów, mam tylko 4 zwroty akcji pokarmowej na swoim 30-letnim koncie. A żałuję. To byłby tak ostentacyjny niepodważalny argument przeciwko jedzeniu mięsa!).

Lekcja Druga – na temat zawiłej relacji: usta – brzoskwinie

Nie wolno jeść przez cały dzień tylko niemytych brzoskwiń ze stoiska na bazarku.

projekt3030-praca-1-warzywniara

Z jednym wyjątkiem (o którym zaraz). Pamiętam, jak mojemu ojcu trafiła się kiedyś jakaś dobra dostawa brzoskwiń. Dostawa na tyle dobra, i na tyle dobrych brzoskwiń, że przez dzień cały sprzedawaliśmy (i jedliśmy) tylko te owoce. Skończyło się na tym, że wnętrze moich warg spuchło tak okrutnie, że praktycznie nie byłam w stanie zamknąć ust. Gdybym była zidiociałą fanką operacji plastycznych i miała kryzys wieku średniego, to pewnie taki kaczy zestaw rozwartych warg (czyli duckface) byłby moim marzeniem (co czasem obserwuje na ulicach warszawskich miast z przerażeniem i nie mogę przestać się nadziwić, że one to robią za kilka tysięcy złotych zamiast za równowartość 3 kg brzoskwiń), ale ja wtedy byłam niewinnym dzieckiem, które chciało móc zamknąć paszczę. Matko, jak to swędziało!


Praca nr 2:

PucyAut

projekt3030-praca-2-pucyautOsoba od mycia i pastowania butów nazywa się pucybut, to osoba od mycia samochodów nazywa się… PucyAut? 🙂

Jak można się domyślać po mojej pierwszej roli Dziewczynki z Bazarku, w mojej rodzinie czekały na mnie liczne atrakcje zawodowe. Ścieżka kariery, jakiej nie stworzyłaby żadna korporacja! U mnie w rodzinie nie było nigdy pieniędzy w nadmiarze, wręcz zawsze ich brakowało. Dlatego też od najmłodszych lat byłam uczona, że należy pracować. Wiedziałam, że pieniądze nie spadają z nieba, ani nie leżą na ulicy. Poza jednym, jedynym razem (i to dość dziwacznym, kiedy ojciec dał mi 50zł bo „ładnie wyglądałam”), moi rodzice nie dawali mi kieszonkowego „ot tak”. Zawsze musiałam sobie na nie zarobić. Wtedy się na to wkurzałam i frustrowałam, bo moi rówieśnicy po prostu dostawali pieniądze od rodziców, a ja musiałam się najpierw napocić i umęczyć (a nawet zapłacić sobie z własnych pieniędzy za jedną z dwóch plomb, jak miałam 14 lat!). Dziś jednak za ten etos pracy jestem moim rodzicom szalenie wdzięczna, bo tą pracowitość i gotowość do ciężkiej pracy mam do dziś. Znam mało osób gotowych do tak wytrwałego zapierdzielania, jak ja 🙂

Mój ojciec wybetonował nasze przydomowe podwórko tworząc tym samym prywatny mini-parking dla kilku osób z pobliskiego osiedla na ul. Anieli Krzywoń. Parkowały u nas różne fury – i naprawdę mam na myśli niezłe fury, bo jednym z naszych Klientów był ówczesny redaktor naczelny dodatku do gazety Wyborczej Wysokie Obroty, który testował najnowsze modele aut i je recenzował. Fur dzielnie bronił nasz owczarek kaukaski Aaron, a mi (i mojemu starszemu o półtora roku bratu) przypadała często rola osoby myjącej samochody (z zewnątrz i w środku).

I to, jako całość, wzięłabym w szerszą naukę i nazwała tę lekcję tak:

Lekcja Trzecia – o źródle pieniędzy

Pracuj. Nikt nie da Ci pieniędzy „ot tak”, za darmo.


Praca nr 3:

Sprzątaczka

Przez dobre 8 lat mojego życia (między 12 a 20 rokiem życia) pomagałam mojej Mamie w jej jednoosobowej działalności. Moja mama sprzątała mieszkania, domy, biura, a ja jeździłam na te zlecenia razem z nią. Z wielką czułością i lekką ironią mówię też czasem, że po prostu „jeździłam na mopie”. Pamiętam też czasy liceum, kiedy to moje koleżanki i koledzy z klasy chodzili na imprezy i korzystali z wolnego czasu (choć w klasie teatralnej nie mieliśmy go za dużo), a mnie wszystkie te atrakcje omijały, bo musiałam iść sprzątać biura kilka razy w tygodniu… To jest jedno z tych bardziej szokujących zajęć, w które ludziom trudno uwierzyć. „Klaudia? Sprzątaczką?!?”. I tutaj też wyciągnęłam ważne lekcje, a jak zobaczysz lekcji jest sporo (aż 6!), bo i na mopie jeździłam z 8 lat swojego młodocianego życia…

Lekcja Czwarta – Szanuj Sprzątaczkę Swoją („SSS”)

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-4Zarabianie na sprzątaniu brudu i syfu po innych ludziach jest pracą uczącą bardzo pokory, cierpliwości i szacunku do osób, których pozycja społeczna i materialna nie jest specjalnie sexy, nie jest modna i nie jest powodem do chwalenia się. To wstyd być sprzątaczką? Guzik prawda, byłam nią przez 8 lat i jestem z tego piekielnie dumna! Od tego czasu darzę olbrzymim szacunkiem wszystkie Panie sprzątające, cieciów, ludzi na kasie w Biedronce, ludzi jeżdżących maszynami myjącymi po hipermarketach, Babcie i Dziadków klozetowych i inne osoby o podobnie społecznie „niechlubnej” renomie. Do tej pory jestem w stanie wycofać się z wejścia do publicznej toalety, jeśli widzę, że kobieta (lub mężczyzna, choć ich tam widuję niestety rzadziej) właśnie umyła podłogę… A jeśli naprawdę mnie ciśnie i nie jestem w stanie poczekać 5 minut, to obficie się najpierw tłumaczę, że szalenie przepraszam, że tak tego nie lubię, że szanuję, że sama tak zarabiałam i doskonale znam to uczucie syzyfowości swojej pracy, po czym wchodzę na paluszkach robiąc jak najmniejsze ślady… Często uprawiam pogaduszki z takimi ludźmi, uśmiecham się do nich, traktuję po prostu jak równego sobie (elementem tego jest np. patrzenie w oczy, co stoi w sprzeczności z najbardziej powszechnej strategii traktowania tych ludzi jak powietrze), poświęcam im choćby 5 minut z mojego zabieganego życia, pytam się jak im dzień mija, jak się mają (przykład z tego tygodnia: 12.10.2016 na dworcu we Wrocławiu zagadywałam do ziewającej uroczej Pani Klozetowej i rozmawiałyśmy o jej nadciągającej emeryturze i trudach pracy na nocną zmianę ;P), często też zapamiętuje ich twarze albo imiona, żeby następnym razem wiedzieli, że o nich pamiętam, że są dla mnie ważni i że doceniam to, co robią.

To dlatego też pewnie nie znoszę wszelkiego syfu w miejscach publicznych czynionego przez nieszanujących czyjejś pracy gogusiów (ale nie tylko w miejscach publicznych: w ogóle nie lubię bałaganu i bałaganiarstwa w ludziach, takiej niedbałości i bylejactwa)… Mój osobisty „faworyt”: widok obsranych toalet… I to nie dlatego, że się brzydzę widoku kupy (oj naoglądałam się tego jako sprzątaczka, naoglądałam…!). Brzydzę się ludźmi – a konkretnie kobietami, to ich dokonania obserwuję ze zgrozą – którzy nie kalają się takimi niegodziwościami, jak ruszenie po sobie szczotą do kibla… Serio dziewczyny? Wasze szlacheckie ręce niegodne są wytarcia po sobie porcelany? Co wy macie w głowach zostawiając za sobą taki pierdolnik? „To nie ja tu jestem od sprzątania”?!

I ten naszarpany w dzikich ilościach papier toaletowy albo skrawki ręczników papierowych na podłodze… (7 ręczników do wytarcia 2 dłoni? A instrukcję użycia ręcznika papierowego damy widziały?). Widok znanego brązu w toalecie publicznej mi nie straszny: niejedną obcą kupę z muszli klozetowej wycieram szczotą PRZED skorzystaniem z toalety, bo nie wyobrażam sobie wejść do toalety już obsranej (no bo ciśnie, a tylko taka jest), zastać tam znamiona czyjegoś wypróżnienia, dołożyć do tego swoje 3 grosze, wyjść (oczywiście z pełną obrzydzenia, teatralną twarzą), a kolejnej kobiecie odburknąć „to nie moja kupa, ona już tam była” albo „nie radzę, tam ktoś nasrał”… A mijałam – i mijam do tej pory w moim dorosłym życiu! – elegantki z takimi hasłami na ustach…

No nie mam zrozumienia, nie mam zrozumienia dla takiego zachowania.

Lekcja Piąta – o żrących substancjach

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-5-prasowanieSprzątałam kiedyś mieszkanie takiej jednej pary na Wacie (czyli Wojskowej Akademii Technicznej). Najpierw pary, a potem już tylko porzuconego kawalera, co jest również ciekawym wątkiem, bo – już za darmo i bez napiwków – świadczyłam także usługi powiernika i słuchacza jego umęczonych i depresyjnych historii. Jako osoba bardzo empatyczna (empatia to jeden z moich talentów wg Gallup Strenght Center) bardzo mu rzecz jasna współczułam, ale w pełnym współczuciu przeszkadzały mi moje płatne obowiązki. Co do nich należało? Między innymi prasowanie koszul. To był najgorszy element tej pracy… Koszule były rzecz jasna wyprane, ale spod pach unosił się niebotyczny i obrzydliwy fetor, jeszcze taki ciepły, bo przecież rozgrzany żelazkiem… Nauka? Niektórych żrących substancji (jak np. pot nieszczęśliwego porzuconego) nie da się najwyraźniej zmyć innymi żrącymi substancjami (jak proszek do prania)… Albo będąc bardziej brutalną: może po prostu można nie umieć skutecznie wstawić prania…? 😉

Lekcja Szósta – o whiteboardzie

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-6-whiteboardW okolicy mojego urzędu skarbowego na ulicy Białobrzeskiej jeździłyśmy też z mamą na kolejną „robotę”. Tam kiedyś zobaczyłam na whiteboardzie, czyli białej suchościeralnej tablicy napis DUPA. Ktoś z pracowników w lewym górnym rogu taki oto ślad po sobie zostawił. Nie chciałam być gorsza. Jako żądna przygód i żartów-żarcików nastolatka pokazałam Mamie, „Zobacz, zobacz, ktoś napisał DUPA!”. Po czym wzięłam mazaka leżącego przy tablicy i dopisałam bezwstydnie i odważnie: „I CHUJ!”. Znów zawołałam Mamę, pokazałam dumna swoje chuligańskie dzieło, mama powtórowała śmiechem, heheszki, heheszki, ale śmiesznie, ojejku. No i jak wiadomo – w końcu-m sprzątaczka! – po każdej dobrej zabawie trzeba posprzątać. Chwytam za wycieraczkę do tablicy, a mój „chuj” jak tam tkwił, tak tkwił. Ten pierwszy złapany mazak wcale nie był suchościeralny… Był permanentny. BARDZO permanentny… Nie wiem, czy się kiedyś tam ze wstydu spociłam jak wtedy… Poszedł w ruch i CIF, i Domestos, wszystko, cośmy tam miały w naszym sprzątaczkowym przyborniku. Czym zeszło? Nie pamiętam. Ale wiem już, i ta nauka jest niezwykle żywa właśnie teraz w tym, co robię: sprawdzaj! Zawsze sprawdzaj mazaki. To, że leży przy whiteboardzie, nie znaczy, że do niego służy.

Lekcja Siódma – o genitaliach w pracy

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-7-genitalia-w-pracyKońcówka lat 90-tych, mam jakieś 13-15 lat. W pewnym miejscu pod Warszawą w dość dużej firmie z branży około-sportowej, nauczyłam się też, że jak ktoś zamyka drzwi, to znaczy, że zamknął je nie bez powodu. Nawet jeśli sekretarka da Ci klucz do tego zamkniętego pomieszczenia – czyli wyrazi zgodę na wejście w imieniu właściciela gabinetu – to miej się na baczności! Możesz tam się na przykład natknąć na otwarty komputer, na ekranie którego zobaczysz stronę porno z zapauzowanym filmem, oraz innymi zachęcającymi migającymi reklamami i zajawkami filmów wokół głównego okna…

I ze stoickim spokojem, udając, że Cię to wcale nie szokuje (a jesteś dojrzewającą nastolatką i jest to Twój pierwszy historyczny kontakt z używaniem pornografii w miejscu pracy), masz obetrzeć z kurzu biurko jegomościa i wyjść jak gdyby nigdy nic, stąpając cichutko jak przy śpiącym niemowlaku, żeby się tylko czasem nie natknąć na tego Fana Erotycznych Uciech Wizualnych. Sprzątanie jego gabinetu po tym genitalnym epizodzie już nigdy nie było takie samo. To była też ważna lekcja o tym, że są ludzie, konkretnie mężczyźni, którzy oglądają sobie – jak gdyby nigdy nic – porno w pracy. Wow. No tego w moim systemie nie miałam.

Lekcja Ósma – o męskim polu widzenia

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-8-paznokcieJednych kręci oglądanie porno w robocie, innych obcinanie w robocie paznokci (możliwe, że z obydwu zestawu kończyn, wnioskuję po kształcie i jakości). Na taką przypadłość cierpiał kolejny jegomość z jeszcze innego biura, które wspólnie z mamą (i bratem) sprzątaliśmy. Skąd wiem, że mężczyzna? Trust me, byłam sprzątaczką przez 8 lat, wiem. Jegomość obcinał regularnie paznokcie w pracy, a jego skaczące na wszystkie strony obierki wbijały się w wykładzinę dywanową. Usunięcie ostrych krawędzi jego naskórka z dywanu przy pomocy odkurzacza graniczyło z cudem (bo paznokcie były – Panie Losie, zmiłuj się! – wbijane jeszcze głębiej w wykładzinę przy pomocy jeżdżącego na kółkach fotela biurowego…). Dlatego też zbierałam to ścierwo ręcznie, ale nie była to najprzyjemniejsza czynność świata, powiedziałabym nawet, że była dość upadlająca… Paznokciowe zabiegi higieniczne powtarzały się z niebywałą regularnością. Któregoś razu nie wytrzymałam i – złośliwa, bezczelna sprzątaczka, jak ona śmie, zero wstydu, hańba! – zebrałam wszystkie skrupulatnie wydłubane z podłogi obierki i ułożyłam je w gustowną kupkę dokładnie na środku jego biurka, gdzie najprawdopodobniej kładł swoje ręce zasiadając ochoczo następnego dnia do pracy w biurze rachunkowym. Wygrałam. Epizody skrawków paznokciowych już nigdy się nie powtórzyły.

Czego się nauczyłam? Że mężczyzna ma dość wąskie pole widzenia, widzi kierunkowo. Nie widzi swoich paznokci na podłodze. Ale jak są na biurku, z pewnością je dostrzeże i nawet wyciągnie z tego ważne lekcje o życiu.

Że nie wspomnę o tym, że nauczyłam się też, że – poza oglądaniem porno w pracy – mężczyźni mogą mieć zwyczaj regularnego obcinania paznokci w pracy. Tego także nie miałam w systemie… Czemu nie robił tego w domu? Trapi mnie to do dziś.

A skoro o paznokciach mowa, to nie sposób nie wspomnieć także o moim ulubionym amerykańskim nieżyjącym już niestety stand-uperze George’u Carlinie, który w poniższym stand-upie uroczo opowiada o obcinaniu paznokci (od 3:27) – ale nie tylko. Kto wie, może pomysł na rozwiązanie sprawy paznokciowej zaczerpnęłam właśnie od niego…? :P]

Lekcja Dziewiąta – o wołaczu w języku polskim

W tym samym biurze co PaznokcioFan, była sekretarka, która czasami pisywała do nas liściki i prosiła nas o to, i tamto. Każdy list zaczynała słowami:

Pani Klaudiu!

To nie jest żart, powtórzę:

Pani KlaudiU!

Na imię jej było Małgorzata.

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-9-wolaczJa byłam jednak skromną, znającą swoje miejsce sprzątaczką i moja ilość asertywnych przewinień w tym biurze (kupka paznokciowych obierek – patrz poprzednia Lekcja Ósma) został już wyczerpany, stąd moja fantazja o edukowaniu na temat języka polskiego została niestety już tylko w strefie fantazji… Gdzież bym śmiała, ja, o, zwykła sprzątaczka, zwracać uwagę sekretarce, że źle woła do mnie w wołaczu?

A ja marzyłam każdorazowo o tym, aby odpisać jej na te listy w podobnie żenującym wołaczu, czyli: Pani Małgorzatu!

Moi drodzy, imię Klaudia odmienia się w wołaczu Klaudio, czyli z „o” na końcu. Zapamiętajcie proszę i nie róbcie wstydu przed sprzątaczkami.


Praca nr 4, 5, 6, 7, 8:

konsultantka w MLM’ach

W okresie nastoletnim i wczesnej dorosłości (15-20 lat?) imałam się przeróżnych firm, co to obiecywały złote góry, życie na pełnych obrotach, diamenty, wycieczki zagraniczne, słowem: rentierstwo. Byłam konsultantką Avonu, Oriflame’u, Mary Kay, sprzedawałam Thermomixy (sprzedałam dokładnie jeden!) a nawet jakieś magiczne napoje Akuny. Czego się nauczyłam?

Lekcja Dziesiąta – z (przeważnie babskich) MLMów

projekt3030-praca-45678-konsultantka-mlmPo pierwsze nie da się na tym zarobić, jeśli chce się na tym tylko DOROBIĆ.

Podejrzewam nawet, że nie da się na tym też po prostu porządnie ZAROBIĆ.

A po drugie, że nie chcę zarabiać na czymś tak próżnym i bezcelowym jak sprzedawanie kobietom narzędzi do utwierdzania się w przekonaniu, że wygląd jest najważniejszą (albo nawet jedyną!) wartością kobiety. Brzydzę się tym i jest to niezgodne z moim światopoglądem, który pewnie uformował się trochę także dzięki temu.

Nieco liczb:

  • 1 praca sprzątaczki = 6 lekcji.
  • 5 prac w MLMach = 1 lekcja.

Jest to wskazówka i prosta matematyczna odpowiedź na to, co jest bardziej wartościowym – w mojej ocenie – dla życia zajęciem: dystrybucja produktów w sprzedaży bezpośredniej czy taniec wokół mopa. Drogi mopie, przyjacielu, nauczycielu, trenerze i mędrcu: dziękuję Ci za wszystkie nauki. Drogie ‚eMeLeMy’: dziekuję Wam, że byłyście w moim życiu, żeby uświadomić mi, czego nie chcę robić. Bo uznaję, że to ważne wiedzieć, czego nie chcemy. To znacząco ułatwia dalsze poszukiwania. Choćby nawet tak długie jak te moje… Bo to dopiero pierwsza dziesiątka moich trzydziestu prac (a ja mam dopiero 20 lat) 🙂 Jesteście gotowi na dalszą podróż? 🙂

A żeby jeszcze wzmocnić przekaz MLMowy, posłużę się materiałami ludzi mądrzejszych ode mnie:


Praca nr 9:

pracownik pralni

projekt3030-praca-9-pralniaMoją kolejną pracą za czasów posiadania 18-19 lat, była praca w pralni. Kto był kiedyś w pralni w Marriotcie, albo ma choć odrobinę wyobraźni co do tego, jak może wyglądać pralnia w największym (na tamte czasy) hotelu w Warszawie, te wie, że jest to olbrzymie, głośne, duszne, wilgotne i parne pomieszczenie w podziemiach hotelu bez dostępu do światła dziennego. Jak mawiała Irena Kwiatkowska w kultowym „Czterdziestolatku”: „Ja jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję”, więc i takiej właśnie ciężkiej fizycznie, monotonnej i śmiertelnie nudnej pracy także się podjęłam jakoś w klasie maturalnej. Co więcej – mam wspomnienie, że pracowałam tam też na nocki!

Wyobraź sobie osobę z astmą oskrzelową (a więc niezbyt dobrze reagującą na ciepło i wilgoć), która spędza całe długie godziny wśród dudniącego potężnego magla wielkości naszego obecnego mieszkania (34 metry kwadratowe), przy którym Twoim zajęciem jest naprzemiennie albo wkładanie wielkich prześcieradeł i poszewek do magla (input), albo wyjmowanie po drugiej stronie z magla np. ręczników (output) i składanie ich w idealną kostkę. Czego się nauczyłam?

Lekcja Jedenasta – potyraj!

Podejmij się choć raz cholernie ciężkiej fizycznie pracy, a nauczysz się ją doceniać i nie przejmować takimi nic nie znaczącymi w życiu pierdołami jak plamka na prześcieradle albo „brzydko” złożony ręcznik w Twoim nienagannie przygotowanym pokoju hotelowym.


Praca nr 10 i 11:

Hostessa w restauracjach Hotelu Marriott

W tym samym warszawskim Marriotcie, gdy już się rozstałam z pralnią, pracowałam także jako wiecznie uśmiechnięta i przyjazna gościom hostessa (mając wówczas 19-20 lat) w dwóch restauracjach: Lilla Weneda oraz Parmizzano’s. Moim zadaniem było sadzanie gości przy stolikach restauracyjnych, podawanie im menu oraz odbieranie telefonów. Czego się tam nauczyłam?

Lekcja Dwunasta – o szkodliwości uzależnień (m.in. od hazardu)

projekt3030-praca-10-hostessa-lilla-wenedaWe włoskiej Parmizzano’s pracowałam często na wieczory, a w Lilla Venedzie tylko na rano (na czas serwowania śniadania i niedzielnych brunchów). Obie restauracje są umieszczone w Marriotcie na tym samym piętrze. Co ważne: bardzo blisko Lilli znajduje się Kasyno. Zdarzało mi się widzieć wieczorem przy Parmizzano’s dajmy na to w czwartek jakąś osobę wchodzącą do kasyna, a następnego dnia w piątek rano (gdy ja szłam już do pracy na poranną zmianę do Lili) tę samą osobę po kilkunastu godzinach gry w kasynie, pijaną, zmarnowaną, z przegranym życiem… I następnego dnia w sobotę znów tą samą osobę, kolejnego dnia w niedzielę znów i kolejnego znów… Widok tych ludzi mroził mi krew w żyłach. Uświadomiłam sobie wtedy, że taki świat naprawdę istnieje. Do tej pory trzymam się z daleka od wszelkich uzależnień oraz osób (nie robię kompromisów, nawet jeśli to jest członek mojej rodziny), które w takich uzależnieniach tkwią po uszy. Pewnie dlatego też wizyta w Las Vegas w 2015 była dla mnie wyjątkowo nieprzyjemnym przeżyciem. Obserwacja hotelowych hazardzistów to był pikuś w porównaniu z obserwacją od lat zaćpanych, wynędzniałych ludzi, postarzałych o dziesięciolecia przez przez ogrom przyjętych używek, snujących się po kiczowatych i obiecujących śliwki na wierzbie ulicach Las Vegas, z otępiałym wzrokiem, z martwą nadzieją na to, że to właśnie dziś los się do nich uśmiechnie… Uciekam, uciekam od nich jak najdalej.

Lekcja Trzynasta – o napiwkach

projekt3030-praca-11-hostessa-parmizzanosDo tej pory żadna z moich prac nie była kojarzona z dawaniem napiwków. Jako hostessa ich nie dostawałam. Bo niby za co? „Och, jak świetnie nam Pani pokazała miejsce do siedzenia! Proszę – 2 zł dla Pani!”? Pamiętam, kiedy pierwszy raz w życiu dostałam napiwek i jeśli mnie pamięć nie myli, to była kwota – przypominam, koniec lat 90! – 30 zł. Miało to miejsce właśnie w restauracji Parmizzano’s w Hotelu Marriott. Byłam zaskoczona i pełna podziwu nad wielkością kwoty. Zdarzyło się to jeszcze może z jeden raz, kiedy dostałam 10zł (tych przypadków, kiedy goście hotelowi – pewnie Ci z kasyna! – mi się oświadczali, nawet nie liczę). Zrozumiałam wtedy ważną lekcję: bądź miły i uprzejmy, to dostaniesz napiwek. Wyrobiłam sobie wtedy też przekonanie, że byłabym fantastyczną kelnerką, bo mam świetny kontakt z ludźmi i umiejętność nawiązania szybko relacji niemalże z każdym. Co ciekawe – uprzedzam fakty – wśród tych 30 zajęć, na których zarabiałam w swoim 30-letnim życiu finalnie nie ma kelnerstwa! Nigdy nie zweryfikowałam mojego przekonania, choć nadal twierdzę, że byłabym najlepszą kelnerką w lokalu, w którym bym pracowała ;]


Praca nr 12:

Sekretarka w prywatnym przedszkolu anglojęzycznym

Kiedy miałam 20 lat, pracowałam w anglojęzycznym kanadyjskim przedszkolu przy ul. Żołny w Warszawie. Była to jedna z moich ulubionych prac (do tej pory w TOP 10 najciekawszych prac, jakie miałam). Pomimo, że tak naprawdę przede wszystkim pracowałam w sekretariacie, czyli ogarniałam FV dla rodziców, maile i inne sprawy papierkowo-formalne, to jakaś trzecia część mojej pracy polegała na doraźnym pomaganiu przy dzieciach. Przy pracy w przedszkolu ciężko bowiem o nieprzydatne ręce. Każde ręce przy dzieciach się przydadzą.

Mieszkałam nadal z rodzicami, czyli na bemowskich Jelonkach, a przedszkole znajdowało się o „rzut beretem” przy Piasecznie… Oznaczało to, że codziennie – przez 10 miesięcy (grudzień 2005 – wrzesień 2006) miałam do pokonania kawał Warszawy (2 x 16km), dlatego wstawałam o 5:30, żeby być pierwszą osobą w przedszkolu już na 7:30… To było wyczerpujące, ale kontakt z dziećmi mi to w dużej mierze wynagradzał 🙂 Wartościowość i urok tej pracy widać zresztą po ilości lekcji 🙂

Lekcja Piętnasta – o dzieciach

klaudia-tolman-w-przedszkolu-jako-pocahontas
Tam u nogi wisi mi dziecko (przebrana za drzewo), Indigo, pięcioletnia wówczas córka Jessiki

Ponieważ byłam w moim pokoleniu najmłodszym wnukiem moich dziadków, nie za bardzo miałam kontakt z młodszymi od siebie ludźmi. Nie umiałam przed przedszkolem nawet stwierdzić, czy lubię dzieci, czy nie. Praca w przedszkolu uświadomiła mi, że bezapelacyjnie i prawdziwie uwielbiam dzieci. Dzieci uwielbiają też mnie – żartuję, że pewnie dlatego, że mam:

  • pasję do wygłupiania się, zabawy i robienia durnych min (to jest nadal szalenie ważny element mojej aktualnej ryślicielskiej pracy, kto był na moim szkoleniu, ten wie),
  • duże niebieskie oczy – dzieci też mają takie wielkie oczyska i takich też szukają, one bowiem wzbudzają zaufanie!,
  • długie włosy (wtedy jeszcze niezbyt kręcone), które przecież tak świetnie się szarpie i wyrywa!,
  • duże piersi – no bo… kto nie lubi piersi…? 😉 Tu widzę pewną regułę, że im mniejsze dzieci (np. karmione piersią albo te niedługo po zabutelkowaniu), tym chętniej do mnie lgną, pewnie do tego mojego rzekomego mlecznego paśnika.

Kiedy kończyłam pracę w przedszkolu wiedziałam, że koniecznie chcę wpleść w moje życie (zawodowe…!) element zabawy. I może jakoś dzieci też wpleść…? Marzyło mi się wtedy otwarcie własnego przedszkola 🙂

Lekcja Szesnasta – język angielski jest podstawą!

Język angielski jest jednocześnie moim wielkim powodem do dumy (bo mówię w nim biegle i bardzo sprawnie, i ludzie często myślą, że mieszkałam wiele lat zagranicą, co jest nieprawdą), ale i powodem do wstydu – bo jest to jedyny obcy język, w jakim mówię. Pracując w przedszkolu zrozumiałam, jak bardzo jest istotny we współczesnym świecie. Obserwowałam bowiem jak małe 3-, 4-, 5-letnie istoty uczą się go w sposób tak naturalny, jak gdyby uczyły się języka ojczystego. W naszym przedszkolu pracowały bowiem dwie Kanadyjki i kilka Polek, i wszyscy (pracownicy między sobą, pracownicy z dziećmi i dzieci między sobą) mówiliśmy do siebie tylko po angielsku. Wymarzyłam sobie wtedy, że moje dzieci będą się uczyły właśnie w takim przedszkolu (żeby śmigały po angielsku lepiej niż ja na TEDxWroclaw, gdzie wystąpiłam lata później w 2013).

klaudia-tolman-on-tedxwroclaw
Kliknij w zdjęcie, żeby zobaczyć moje wystąpienie na TEDxWroclaw w 2013 roku (po angielsku)

Nie zapomnę też, jak kiedyś pewien Jaś (Polak z obojgiem polskojęzycznych rodziców), może w pierwszym tygodniu swojego pobytu w przedszkolu, osłuchawszy się mówiących po angielsku dzieci, wygłosił swój pierwszy komunikat w „obcym” języku. Było to w trakcie swobodnego czasu na zabawę. Jasiu bawił się wraz z innymi dziećmi, nagle wstał, skierował swój wzrok w kierunku Jessiki (Kanadyjki), i obwieścił nauczycielce na głos:

Jessica? It’s… siku time!

Angielski jest podstawą. Wie to nawet Jasiu.

Bądź jak Jasiu. Ucz się angielskiego!

Lekcja Siedemnasta – o dziecięcych metodach zapewniania sobie poczucia bezpieczeństwa

Jak już wspomniałam, nie miałam okazji do obcowania z dziećmi młodszymi ode mnie – byłam najmłodsza w rodzinie. Nie znałam więc wielu dziecięcych tajemnic i etapów rozwoju.

Klatka z naszego filmu dla HIA Polska. Od czasów przedszkola, w którym pracowałam, zabawa ciastoliną już zawsze kojarzy mi się tylko z jednym 🙂 (kliknij na zdjęcie żeby zobaczyć film. Film nie o ciastolinie, nie o masturbacji, tylko o hejcie w Internecie).

Pomimo tego, że w moim domu otwarcie mówiło się o seksie, nagości, masturbacji, dojrzewaniu (rodzice kupili kiedyś potężny zapas prezerwatyw i wsadzili do ogólnodostępnej apteczki mówiąc kolejno mi i mojemu bratu: „proszę, to dla Ciebie, używaj, jeśli będzie ku temu okazja”), i pomimo tego, że mam wrażenie, że właściwie zawsze wiem, skąd się biorą dzieci (rodzice nie karmili mnie opowieściami o kapuście, bocianie, niepokalanym poczęciu i innymi legendami będącymi tylko systemami unikowymi przed prawdziwą odpowiedzią na proste pytania), to o tym, że dwuipółletnie dziecko umie się masturbować – nie miałam pojęcia 🙂 Byłam więc nieco zakłopotana i nie bardzo wiedziałam, co zrobić, kiedy właśnie nawet nie trzyletnia Maja po przyjeździe do przedszkola o tej 7:30, i powiedzeniu swojemu tacie „pa-pa!”, zabierała się ochoczo wspólnie ze mną za zabawę ciastoliną i równie ochoczo ocierała się swoim łonem o krzesełko sprawiając sobie tym niewątpliwą przyjemność. Jak się dowiedziałam może z rok czy dwa później studiując psychologię społeczną, dzieci masturbują się równie zawzięcie i naturalnie jak dorośli ludzie. Przecież – doprawdy! – dzieci są ludźmi. Nie umniejszajmy im. Czemu nie miałyby tego robić? Dziecko jest istotą seksualną już w brzuchu u mamy. Tak proste, a tak odkrywcze! 🙂

Lekcja Osiemnasta – dzieci to małe chodzące kserokopiarki zachowania dorosłych

Dlatego uważaj, co przy nich mówisz!

projekt3030-praca-12-przedszkoleBył w przedszkolu jeszcze inny Jaś (inny niż ten z historii o „siku time”), który miał spore problemy z ogarnięciem procedury sikania. Sprawiało mu to dużo trudności, szybko się dystraktował i trzeba było pilnować, czy się nagle nie rozkojarzył i nie odwraca się do doglądającej go w toalecie nauczycielki, sikając jej niechcący na stopy. Miałam kiedyś okazję towarzyszyć mu w ubikacji, kiedy w wielkim skupieniu wykonywał po kolei wszystkie czynności niezbędne przy siusianiu. Widzę jak Jasiu podchodzi do toalety, podnosi jedną deskę, podnosi drugą deskę. Jasiu zdejmuje spodnie, zdejmuje rajstopki, zdejmuje majtki… Robi to powoli, w skupieniu, niemalże w slow-motion. Łapie się za siusiaka, ściąga skórkę, celuje w muszlę… i… sukces! Trafia. W nieustającym wielkim skupieniu Jasiu sika, siiiika, wpatruje się pilnie w bryzgającą wodę, siiiika… Ja stoję, doglądam, wszystko na razie zgodnie z planem, tkwię za nim w gotowości, żeby w razie czego coś skorygować. Patrzę jak Jasiu dzielnie sika do malutkiego dziecięcego kibelka. Wysikał się. Delikatnie otrzepuje fujarkę, skręca się w kierunku papieru, urywa jeden płatek (sic!), wyciera sobie główkę siusiaka, wrzuca papier do toalety. Podciąga majtki, podciąga rajstopki, zakłada spodnie. Naciska przycisk, spuszcza wodę… No prawie nie dowierzam, pękam z dumy! Procedura trwa nadal. Jasiu opuszcza jedną deskę, drugą deskę. Wreszcie dedukuje, że zrobił już wszystko i nie ma więcej co zrobić w temacie oddawania moczu. Odwraca się do mnie i mówi triumfalnym, choć jednocześnie niedowierzającym głosem:

Pani Klaudio – podtarłem pindola!

Pindola. Nie siusiaka, nie niuniusa, nie penisa, nie fujarkę. Pindola Jasiu podtarł. Mały Jasiu małego pindola.

Piękne.


Praca nr 13:

Sekretarka w kancelarii prawniczej BOB

projekt3030-praca-13-bobMam 20-21 lat, pracuję jako sekretarka. Jesteśmy na zmianie zawsze w trójkę z czwórki dostępnych sekretarek (Ela, Paulina, Alinka i ja). Doświadczam – poprawnie politycznie to ujmując – że prawnicy i adwokaci to „specyficzne” osoby :] Jednemu z adwokatów trzeba było podawać do gabinetu kawę dokładnie zaraz po 2 minutach, od kiedy do niego wejdzie, w dokładnie jednej jedynej filiżance, jego ulubionej (wyobraź sobie jaka była draka, jak nigdzie jej nie było, bo ktoś albo nieświadomie, albo złośliwie ją schował!), na spodku musiała być jedna jedyna ulubiona łyżeczka, z konkretną ilością cukru, mleka itd. Spojrzenie mecenasa, jeśli któryś z tych warunków nie został spełniony, przyprawiało cały sekretariat o myśli samobójcze.

Zatem codziennie, z powodu właśnie takich mikro-szpikulców, czułam się zniżana do kategorii podczłowieka, którego zajęciem jest parzenie kawy według widzimisię mecenasów, ale z drugiej strony miałam też świadomość, że:

Lekcja Dziewiętnasta – sekretariat ma tak naprawdę cichą władzę.

To sekretariat łączy rozmowy do ważnych w kancelarii person. Jak nie przekonasz sekretariatu, nie przebijesz się dalej – dziewczyny są jak firewall. Jak jesteś niemiły dla sekretarek, możliwe, że właśnie wtedy, akurat dla Ciebie „skończą się ciasteczka”. Sekretariat to taka instytucja, która jak działa sprawnie, nikt nawet tego nie zauważa (co przykre, ale to tkwi głębiej w – polskiej? – nieumiejętności chwalenia za rzeczy wykonane dobrze, zamiast karania za rzeczy wykonane źle). Zadaniem sekretariatu czy recepcji jest działać sprawnie. Ale kiedy jakiejś sekretarki brakuje, bo jest chora, a druga na urlopie, cała praca firmy jest sparaliżowana. Co więcej – wiele osob myśli “aaa, co to za robota, taka sekretarka, każdy może nią być!”. Ale jak kogoś brakuje w sekretariacie, i jakiś radca albo adwokat miał chociażby wysłać list albo przełączyć rozmowę, nagle się okazuje, że kompletnie nie wie jak to zrobić. Nawet najbardziej “pierdołowata” praca jest potrzebna. Każdy w firmie ma swoją rolę, jest mniejszym lub większym, prostszym lub bardziej skomplikowanym trybikiem i jak przestaje działać, cała firma działa gorzej. Mam tę naukę zawsze z tyłu głowy i mam nadzieję, że nigdy, przenigdy o tym nie zapomnę… Że nigdy nie poślę nikomu takiego spojrzenia jak to zabójcze spojrzenie mecenasa (“bo łyżeczka na spodku była nie tą, którą lubi mieszać najbardziej…”). Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi umniejszyć rolę któregokolwiek naszego współpracownika, to mam nadzieję, że ten współpracownik będzie miał w portfelu wydruk fragmentu tego wpisu i mi go uroczyście pokaże mówiąc “Mam Cię! Przyłapałem na gorącym uczynku! A teraz uroczyście mnie przeproś!”.


Praca nr 14:

Asystentka Managera w Opera Club

Lekcja Dwudziesta – o tym, co ma Klaudia do Klaudyny

Moją bezpośrednią przełożoną była kobieta imieniem Klaudyna. Ja byłam jej asystentką, a mając na uwadze, że Klaudyna za czasów mojej pracy w Operze – jak nazywaliśmy to miejsce w skrócie – była w zaawansowanej ciąży, to właściwie byłam w dużej mierze p.o. Managera Klubu. Moja praca polegała na tym, że w godzinach biurowych przesiadywałam w podziemnym biurze (Opera Club znajduje się w podziemiach Opery Narodowej) czyli bez dostępu do świeżego powietrza i bez naturalnego światła, przyjmowałam dostawy napojów i alkoholi, no i oczywiście odbierałam masę telefonów i odpisywałam na maile z zapytaniami o organizację wydarzeń zamkniętych w lokalu, a także oprowadzałam ludzi po lokalu. Jako że ja się nazywam Klaudia, a moja szefowa Klaudyna, wielokrotnie byłyśmy brane za jedną i tę samą osobę. Wielokrotnie nazywano mnie Klaudyną zamiast Klaudią… Było to dla mnie niezwykle frustrujące, bo imię Klaudia i Klaudyna to dwa różne imiona i dla mnie nazwanie mnie Klaudyną było mniej więcej tym, czym dla Michała byłoby nazwanie go Marcinem, albo Piotrka nazwanie Pawłem. Moi drodzy, Klaudyna to nie jest to samo imię co Klaudia! (Skrupulatni i wytrwali czytelnicy całego artykułu na temat Projektu 30:30 powinni nawet wiedzieć dzięki Lekcji Dziewiątej, jak się odmienia imię Klaudia w wołaczu ;P).

Lekcja Dwudziesta Pierwsza – jak nie zarządzać ludźmi

Właściciel tego miejsca miał bardzo „egzotyczne” podejście do zarządzania ludźmi. Uznawał najwyraźniej, że terror, zastraszanie, groźby i karanie za każde najmniejsze przewinienie, to jedyne słuszne metody prowadzenia biznesu i „współpracy” z pracującymi tam ludźmi. Niestety ryba psuje się od głowy, więc i moja szefowa, wspomniana Klaudyna, będąc elementem tej terrorystycznej układanki, stosowała takie metody na pracownikach pod sobą (skoro i na niej je stosowano).

Zakładam też, że dodanie powyższej informacji do układanki o Opera Club jest jeszcze większym rozjaśnieniem, dlaczego nie lubię, kiedy ktoś nazywa mnie Klaudyną :]

projekt3030-praca-14-oper-club3Pamiętacie – wspominałam, że praca znajdowała się pod ziemią, bez okien, bez światła? Nie wytrzymując już pracy w ciemnościach i przy sztucznym świetle, włożyłam sobie któregoś dnia w lampkę w moim pokoju (pokoju wielkości 1,5m x3m) nieco mocniejszą żarówkę, żeby nie oszaleć od siedzenia przy szczątkowej ilości – sztucznego bo sztucznego, ale zawsze – światła. Następnego dnia zastałam na swoim biurku kartkę, w której Klaudyna oświadcza mi, że nie życzy sobie, żebym używała tych mocniejszych żarówek, bo zżerają więcej prądu (sic!), i że w związku z tym zabiera mi z wypłaty kwotę 50zł. Takie akcje były na porządku dziennym. 50 zł za coś, 100zł za coś… Moja wypłata wynosząca – kompletnie nie pamiętam ile wtedy zarabiałam, ale przypuśćmy, że 1500zł – z pierwotnych 1500zł potrafiła się zmniejszyć do 1000zł… Bo chciałaś po ludzku siedzieć przy komputerze. Albo bo nie odpisałaś na jakiegoś maila… Albo bo się spóźniłaś, bo jesteś chora i zaspałaś do pracy…

Wytrzymałam tam 4 miesiące. Wtedy nie przychodziło mi do głowy, żeby zgłosić to komukolwiek, jakiejś instytucji, żeby się poskarżyć, zażądać odszkodowania za takie traktowanie… Poznałam kilka lat później dziewczynę, Magdę, która też miała do czynienia z właścicielem tego lokalu (który był także właścicielem kilku innych w Polsce) i w miejscu, w którym ona pracowała, stosowano podobne metody działania… Na szczęście dziś jestem o 9 lat starszą już trzydziestolatką i gdyby to przydarzyłoby mi się dzisiaj, nie miałabym litości. Gromadziłabym wszystkie dowody, robiłabym zdjęcia, nagrywała rozmowy i zgłosiłabym to tam, gdzie trzeba (a miejsc jest sporo: Państwowa Inspekcja Pracy, Krajowe Stowarzyszenie Antymobbingowe, Helsińska Fundacja Praw Człowieka i pewnie kilka innych – te znalazłam po zaledwie 3-minutowym przejrzeniu Google’a).

I apeluję do wszystkich: jeśli jesteście tak traktowani, podejmijcie działania. A jeśli macie wątpliwości i pytacie siebie: „A co to da? Czy rzeczywiście coś się dzięki temu stanie?”, odpowiadam Wam: tak, stanie się. Ja borykałam się kiedyś z takimi wątpliwościami, kiedy za czasów liceum (a trenowałam wtedy nadal siatkówkę) byłam molestowana seksualnie przez mojego wuefistę. Zresztą nie ja jedna: Budek robił to od wielu lat, ale klasa po klasie, rok po roku wszyscy milczeli. Nikt się nie wyrywał, no bo przecież jak…? Dziewczyny przymykały oczy i dawały się macać przez wuefistę w sposób wybitnie niekomfortowy i stanowczo przekraczający konieczny kontakt wuefisty z uczniem, a także godziły się wysłuchiwać komentarzy (okraszonych długim obserwowaniem piersi) w stylu:

Oooo, Klaudia, widzę, że przez wakacje zrobiła się z Ciebie… prawdziwa kobieta…!

W mojej klasie na szczęście zawrzało, a że byłyśmy głównie babską klasą, poskarżyłyśmy się naszemu wychowawcy, i wspólnie klasowo zgodziliśmy się, że mamy dość zamykania oczu na praktyki trwające latami, i piszemy petycję do Dyrektorki. Dzięki naszemu zgłoszeniu, Dyrekcja zwolniła wuefistę.

Jak widzisz – warto. Warto nie godzić się na nieludzkie, uwłaczające traktowanie – czy to w pracy, czy w szkole, czy w życiu – i podejmować działania. Jak nie samodzielnie: to w grupie.


Praca nr 15

Event Manager w restauracji Porto Praga

Mam 21-22 lata. Pracuję w Porto Praga, nieistniejącej już restauracji w prawobrzeżnej Warszawie. Dla stałych czytelników Projektu 30:30 na pewno nie będzie niespodzianką, że pracuję tam wystarczająco krótko, żeby nie zwariować – tylko i aż 7 miesięcy. Tylko, bo większość pracodawców powie, że to śmiesznie mało jak na pracę w jednym miejscu, ale , bo mając na uwadze kolejny egzotyczny sposób komunikacji wyższego menedżerstwa w tej knajpie, to było naprawdę osiągnięcie…! Ale ta lekcja nie będzie o kierownictwie.

Lekcja Dwudziesta Druga – o wulgaryzmach w mailach

Jest to jedna z lekcji, którą pobrałam z obserwacji współuczestniczącej – to nie ja jestem główną bohaterką historii, ale biorę z niej ważną lekcję (w myśl przytaczanej już na początku Projektu 30:30 sentencji: „Ucz się na błędach innych. Nie będziesz żyć dostatecznie długo, by popełnić je wszystkie”).

projekt3030-praca-15-oper-portopraga-lekcja-22Pełniłam w Porto funkcję Event Managera – czyli organizowałam (za prowizje naliczane zapewne od wysokości przychodu z imprezy) na terenie restauracji większe spotkania, imprezy firmowe, integracyjne, Wigilie korporacyjne, chrzciny, komunie, imieniny i urodziny itp. Byłyśmy we trzy na tym stanowisku: Agnieszka, Sylwia i ja. Każda z nas miała swojego maila w stylu [email protected], ale także miałyśmy podpiętą skrzynkę ogólną (typu kontakt). Na skrzynkę ogólną spływały zapytania o organizację wydarzeń i żeby było sprawiedliwie, przyjęłyśmy taki system, że na tablicy korkowej w naszym biurze (witaj ponownie biuro bez okien o szerokości 1,5m a długości 6m…!) wisiała kartka z tabelką z wymienionymi kolejno naszymi imionami: Agnieszka, Sylwia, Klaudia. Kiedy przychodził nowy mail z zapytaniem na skrzynkę ogólną, dostawała go kolejna osoba „w kolejce” – jeśli poprzedniego maila dostała np. Sylwia, to przypadała moja kolejka. Zaznaczałyśmy to na tablicy i wszystko elegancko działało, system był dla nas bardzo intuicyjny.

Któregoś razu Agnieszka była najwyraźniej jedyną osobą w biurze, my gdzieś krążyłyśmy po restauracji, i zobaczywszy nowego maila od potencjalnego Klienta, chciała nas szybko poinformować, że teraz jej kolej i napisała do nas (nie jest to dokładny cytat, ale bardzo oddaje klimat odpowiedzi):

Dziewczyny biorę tego klienta, bo przecież trzeba kurwa je jebane prowizje napierdalać! 🙂

Jakież było jej zdziwienie, kiedy po kilkunastu minutach dostała odpowiedź:

Pani Agnieszko,

Obawiam się, że ten mail nie był skierowany do mnie… Poza tym, ja wszystko rozumiem, ja też przeklinam, ale żeby kobiety między sobą tak rozmawiały…

(…)

Agnieszka popełniła klasyczny błąd: sądziła, że przekierowuje maila do naszej dwójki, ale zrobiła „odpowiedz” i napisała do Klientki…

Nie jestem w stanie opisać, jak bardzo Agnieszka była tym zażenowana, i jaką miała minę, jak zobaczyła, do kogo tak naprawdę wysłała tego maila… Pamiętam jak kilka dni później szła na spotkanie osobiste z tą Klientką, jak trzęsły się jej ręce, jak się pociła…. Impreza finalnie się odbyła, więc można by rzec, że sytuacja zakończyła się happy endem.

Lekcja do wyciągnięcia jest prosta: nie chodzi o to, żeby nie przeklinać. Chodzi o to, żeby dwa razy sprawdzić, do kogo wysyłasz maila. A jeśli piszesz w mailu soczystą wiązkę wulgaryzmów, to sprawdź jeszcze ze trzy razy. Przezorny zawsze ubezpieczony.


Praca nr 16

Handlowiec w Nowy Adres S.A.

Praca jako Handlowiec w Nowym Adresie to było moje pierwsze stanowisko sprzedażowe (w sumie handlowcem byłam trzykrotnie). Miałam wtedy 22 lata, pracowałam tam w okresie maj – listopad 2008. Zajmowałam się sprzedażą powierzchni reklamowej w katalogu „Biurowce w Polsce”. Wszystko byłoby naprawdę niemalże idealne: bardzo lubiłam tę pracę, miałam wokół siebie świetny zespół sprzedawców z tego samego działu, panował tam niesamowity, wesoły klimat, bardzo dużo żartowaliśmy i śmialiśmy się w firmie, mieliśmy całkiem zacny, ułatwiający życie system CRM, a jakby tego było mało, to miałam jeszcze cudowną szefową, którą uwielbiałam (a o której jeszcze będzie mowa), a co najważniejsze: byłam jednym z najlepszych – jeśli nie najlepszym! – sprzedawcą w tamtym czasie. Odnosiłam duuuże sukcesy przynosząc największą sprzedaż z zespołu i byłam z siebie piekielnie dumna. Całe nieszczęście i potężne „ale” tkwiły w sposobie, w jaki w tamtym czasie firma rozliczała prowizje sprzedażowe (w jakiś czas po moim odejściu system został na szczęście zmieniony na normalny, korzystny dla pracownika).

Lekcja 22 – o tym, jak można (nie) dać się oszukać na prowizjach

Otóż pomimo tego, że byłam debeściarskim handlowcem i przynosiłam firmie olbrzymie przychody, to jak odchodziłam po tych 7 miesiącach, to odebrałam wreszcie „uzbieraną” przez ten cały czas prowizję w wysokości – usiądźcie! – ok. 560zł… Najlepszy handlowiec… 560zł po 7 miesiącach…!

projekt3030-praca-16-nowyadres-lekcja-2334-prowizjeDlaczego tylko tyle? Bo panował tam bardzo krzywdzący i – nie bójmy się tego słowa! – bzdurny system naliczania prowizji. Przypuśćmy, że Twoje wynagrodzenie miesięczne wynosiło 2800zł brutto. Jeśli Twoja prowizja od sprzedaży w pierwszym miesiącu pracy wynosiła 1200zł brutto, to wcale nie dostawałaś wypłaty w wysokości: podstawa 2800zł + prowizja 1200zł (4000zł). Oj nie, nie… Od podstawy (2800zł) odejmowałaś prowizję (1200zł) i reszta jaka została, czyli 1600zł to była kwota, którą musiałaś nadal w kolejnych miesiącach „odpracować”. Krótko mówiąc oznaczało to, że byłaś niejako zakredytowana, zadłużona na przyszłość: przecież firma „zainwestowała” w Ciebie 2800zł, miesiąc po miesiącu. Dlatego musiałam każdego miesiąca przynieść przynajmniej równowartość swojej podstawy, czyli 2800zł, a jeśli moja prowizja sprzedażowa była większa, czyli np. wynosiła 3000zł brutto, to realnej prowizji miałam 200zł (3000zł – 2800zł). Rozumiecie ten absurd…?!

A ponieważ mało kto skutecznie sprzedaje w nowej dla siebie branży przez pierwsze miesiące, to w czwarty miesiąc wkraczało się już z ”długiem prowizyjnym” wobec firmy w wysokości 3 miesiące * 2800zł, czyli 8400zł. I nawet jeśli w czwartym miesiącu wreszcie z wielkim sukcesem i radością wyrobiłaś prowizję w wysokości 3000zł, to i tak byłaś „zadłużona” na 5400zł (8400 – 3000zł = 5400zł). I w kolejnym miesiącu musiałabyś przynieść prowizję w wysokości już istniejącego „długu” czyli 5400zł oraz… tak, tak, bieżącej wypłaty, czyli w sumie 5400 + 2800zł = 8200zł… Toż to niedorzeczne! Wyjście z tego syzyfowego zapętlenia było praktycznie niemożliwe (co pokazuje przykład mnie, czyli najlepszego handlowca z działu).

System był skandaliczny. Już na samym początku pracy, kiedy mi go tłumaczono, robiłam wielkie oczy, bo nie do końca rozumiałam te dziwne zasady. Coś mi w nim delikatnie podśmierdywało, ale wygrało jednak moje naiwnie i ufne myślenie w stylu: „Na razie nie kumam, ale wyjdzie w praniu. Na pewno mnie nie oszukają i wszystko będzie git”.

Jaka lekcja dla mnie z tego płynie? Jeśli nie rozumiesz zasad, w jaki masz być wynagradzana to:

  1. albo proś jeszcze przed podpisaniem umowy o wytłumaczenie na realnych przykładach, na prowizjach konkretnych osób, żebyś zrozumiał system w 120%,
  2. albo, jeśli masz na poziomie intuicji wątpliwości i czujesz, że będziesz robiony w balona, uciekaj ile sił w nogach, jeszcze przed zrozumieniem zasad i – tym bardziej! – przed podjęciem współpracy!

Sposób wynagradzania ma być prosty jak konstrukcja cepa, zrozumiały niemalże dla ośmiolatka (co przypomina mi świetnie napisaną książkę „Ekonomia. To o czym dorośli Ci nie mówią”, którą zrecenzowałam na moim blogu. Właśnie tak proste mają być prowizje, jak język tej książki).

Czy umiecie sobie wyobrazić, jak niemiłosiernie to demotywowało? Co z tego, że byłam najlepsza, jak w ogóle nie miało to odbicia w prowizjach sprzedażowych? Co miesiąc powtarzałam sobie: „…w kolejnym miesiącu się odkopię, wyjdę na zero…”. Zajęło mi to 7 miesięcy, i ten siódmy był właśnie moim ostatnim miesiącem w firmie. Nie byłam w stanie ciągnąć karygodnego zapętlenia, z którego praktycznie nie było ucieczki.

Lekcja 23 – o ludziach w pracy, szczególnie Szefowej

projekt3030-praca-16-nowyadres-lekcja-2334-ja-wtedyKasia była moją bezpośrednią przełożoną. Niestety doświadczenie dwóch ostatnich prac w gastronomii podburzyło moją wiarę w to, że można mieć fajnego, dobrego szefa albo szefową. Kasia pozwoliła mi tą wiarę odzyskać. Jakaż to była przyjemna odmiana…! Kasia zdawała sobie sprawę z tego, jak niesprawiedliwy dla pracownika był tam system prowizyjny, jednak jej entuzjazm i osobowość bardzo mobilizowały mnie do pracy. To ona pozwalała mi utrzymać wiarę w to, że kiedyś wreszcie się odbiję i wyjdę na zero, bo przecież tak świetnie sobie radziłam…

Pamiętam, że jak odchodziłam z firmy, to Kasia urządziła mi piękne, wzruszające pożegnanie. Wszyscy mieliśmy dosłownie łzy w oczach. Dostałam ręcznie wykonany, taki przygotowany od serca plakat (mam go do dziś!), oraz srebrny łańcuszek. Nauczyłam się wtedy, że w pracy najważniejsi są ludzie. Tak cholernie trudno mi było ich wszystkich opuszczać… Ale mając zestawienie „fajni ludzie” i „niemożliwe do zarobienia prowizje”, byłam gotowa zrezygnować z ludzi na rzecz jakiegoś normalnego, sprawiedliwego systemu prowizji. Szukałam szczęścia dalej.


Praca nr 17

Handlowiec w Świstak.pl (Grupa Fotka.pl)

Kolejną pracą z cyklu „jestę handlowcę” była praca jako specjalista ds. sprzedaży w Grupie Fotka.pl, gdzie jako 22-23-latka zajmowałam się sprzedażą serwisu Świstak.pl. Moim zadaniem było spowodowanie, żeby ktoś (ktokolwiek!… jest tam kto…?! Hoooop-hoooop…?) chciał się zareklamować na Świstaku. No cóż – nie szło mi najlepiej 🙂
(Świstakowi chyba także, bo dziś strona co prawda nadal stoi, ale zdaje się być martwa – ma 0 aukcji, i reklamuje w listopadzie ofertę wakacyjną…)
.

To była druga praca w sprzedaży, a pierwsza, w której uznałam, że sprzedaż to nie jest jednak moja bajka… Ale wyciągnęłam także i z tej pracy ważną lekcję przez te krótkie pół roku, kiedy tam pracowałam (listopad 2008 – kwiecień 2009).

Lekcja 25 – o ekspresowym tempie specjalizacji

Branża e-commerce była mi kompletnie obca, kiedy się tam zatrudniałam. Owszem, kupuję na Allegro (nie, nigdy nie kupiłam nic na Świstaku…), umiem włączyć Internet, umiem go nawet wyłączyć, wiem, czym się różni przeglądarka od wyszukiwarki, ale żeby znać liderów e-commerce, wiedzieć kto gdzie pracuje, jakie innowacje i kroki podejmuje konkurencja wobec wiodącej wtedy Fotki (wtedy królowały: Fotka.pl, Nasza Klasa, Grono, a Facebook dopiero wchodził w 2008 roku w polskiej wersji językowej) – nie miałam o tym wszystkim zielonego pojęcia.

projekt3030-praca-17-swistak-lekcja-25Ale musiałam to wiedzieć, musiałam się bardzo szybko wdrożyć. Mój bezpośredni przełożony Piotrek (wspominam go zresztą bardzo, bardzo dobrze) wymagał od nas, żebyśmy byli na bieżąco w tematyce naszego rynku. A że branża e-commerce – czy patrząc z perspektywy Grupy Fotka.pl branża serwisów społecznościowych – to dziedzina dynamiczna i zmienna, codziennie spędzaliśmy bardzo dużo czasu na lekturze newsów z kanałów RSS (wtedy w ogóle odkryłam, że coś takiego jest!). Byłam oniemiona, jak bardzo szybko jestem w stanie wdrożyć się w zupełnie nową branżę i stać się dobrze poinformowanym – czy nawet biegłym – specjalistą w danej dziedzinie. Kluczem do tego było rzeczywiście całkowite pochłonięcie się, śledzenie, czytanie wszystkich możliwych źródeł, czytanie, czytanie, jeszcze raz czytanie i otoczenie ludźmi, którzy także się na tym znają.

To naprawdę daje do myślenia. Nie wiesz nic, po czym zaczynasz zgłębiać wiedzę tylko o tym, i z czasem wiesz nieprawdopodobnie dużo, umiesz łączyć wątki, wyciągać wnioski, a nawet formułujesz swoje własne pomysły i przewidywania wobec sytuacji na rynku.

Ta refleksja o możliwości szybkiego stania się specjalistą w danej dziedzinie wraca do mnie także często teraz, ilekroć jestem pytana o moją historię, o to jak stałam się Ryślicielem®. Przełomowy był moment, kiedy rzuciłam moją 21., 22. i 23. pracę w call center i poświęciłam się tylko i wyłącznie myśleniu wizualnemu (jeszcze przez krótką chwilę od momentu rzucenia ostatniej pracy, był czas, kiedy dopuszczałam jakieś ścieżki poboczne: miałam przykładowo plan B, że jak nie będę miała za dużo szkoleń i zleceń, to będę się zajmować dziećmi). Jednak z czasem rezygnowałam ze wszystkiego, co nie dotyczyło stricte myślenia wizualnego: żadnych ścieżek pobocznych, żadnego dorabiania „przy okazji” na – nie wiem – myciu samochodów, sprzątaniu, opiece nad dziećmi czy nawet po prostu na szkoleniach z różnych miękkich kompetencji (typu komunikacja czy dawanie informacji zwrotnej). Odrzucałam wszystko, co nie było związane z moją główną dziedziną. Wszystko zaczynało się kręcić wokół tylko jednego. I właśnie to skupienie na jednej branży – niektórzy nazywają to specjalizacją – to według mnie szalenie ważny komponent, który bardzo ułatwia ścieżkę zawodową.

Tylko oczywiście warto wiedzieć, czemu konkretnie poświęcić tę swoją energię 🙂 Ja za czasów Świstaka wcale jeszcze nie wiedziałam. Social media i branża e-commerce były moją chwilową fascynacją. Ale także ważną lekcją: że można się dość szybko wyspecjalizować.


Praca nr 18

Handlowiec w BrainJuice Group

Mam 23 lata, pracuję przez 7 miesięcy (maj – listopad 2009) w BrainJuice Group, nazywanej też zamiennie Web Search Factory (WSF to był najbardziej popularny brand tej firmy). Grupa Soku z Mózgu niewiele zdradza na temat branży, ale Web Search Factory już mówi więcej: pracowałam w agencji interaktywnej (tutaj przeczytasz „interesujące” opinie na temat tej firmy). Moim zadaniem było sprzedawanie ich usług: badań w Internecie, stron internetowych, SEM, SEO, landing pages i wielu innych. Czego się tam nauczyłam poza oczywiście dalszym zdobywaniem wiedzy o Internecie?

Lekcja 26 – uśmiech nie zawsze oznacza dobrą intencję

Spotykamy czasem w życiu takich ludzi, którzy uczą nas wiele w sposób nieświadomy: na swoim złym przykładzie. Zachowują się tak, że w towarzystwie tych osób w naszej głowie słyszymy zapętlającą się mantrę: „żebym tylko nigdy taki nie był!”. Ja w tej firmie miałam do czynienia z człowiekiem, który od pierwszego momentu sprawiał wrażenie takiego misia-pysia. Takiego dobrego wujka, który cały czas się uśmiecha, zdaje się być gotowy do pomocy, słowem: dobry człowiek, którego aż się chce złapać za policzki i zrobić mu gu-gu-ga-ga. Z czasem nauczyłam się, że to tylko maska i pod tym wiecznym uśmiechem kryje się niestety sporo wręcz przeciwnych wartości… To było dla mnie ostrzeżenie. Niezwykle bolesne i rozczarowujące zresztą, bo w moim wgranym na początku życia systemie, w moich ustawieniach domyślnych była informacja „ludzie są z natury dobrzy, mają dobre intencje, nie chcą krzywdzić innych”. Jak ktoś się do mnie uśmiecha – mówił mi wewnętrzny algorytm – znaczy, że mnie lubi, ma wobec mnie dobre intencje.

projekt3030-praca-18-wsf-lekcja-26Od tamtej pory do mojego oprogramowania dołączyłam działającą już non stop wtyczkę alarmującą o fałszywym uśmiechu. Jeśli ktoś jest – jakby to ująć i uprościć? – zawsze nadmiernie wręcz uśmiechnięty, ponadprzeciętnie miły, sprawia wrażenie potulnego, kochającego cały świat, wszystkich i wszystko, taki wręcz uduchowiony, budzi to moje podejrzenia. I staję się ostrożna… Mam to do dziś. Wtyczka ostrzegawcza działa niemal niezawodnie (jest ona zresztą jakoś powiązana z intuicją, którą pomału zaczęłam się kierować). Kombinacja ostrożności na fałszywy uśmiech oraz intuicji pozwala mi bez pomyłki rozpoznawać ludzi o złych i nieszczerych intencjach, wobec których powinnam stosować zasadę ograniczonego zaufania. Przykładowo w ciągu pierwszych sekund uśmiechu Marty z odcinka Ugotowanych, w jakich wystąpiłam 5 lat później (w 2014 roku), od razu wiedziałam, że coś jest z nią nie tak. Nie będziecie mieli do tego żadnych wątpliwości, jak obejrzycie cały odcinek 🙂 Do dziś bardzo ufam mojemu radarowi, choć od czasu do czasu (nawet i teraz, w 2016) staję się trochę mniej czujna i znów ktoś mnie wyroluje na swój nieschodzący z twarzy uśmiech i słodkie obleczenie pozornej sympatyczności. Stało się to nawet całkiem niedawno. Najwyraźniej wtyczka na fałszywy uśmiech czasami się zawiesza i musi nastąpić brutalny restart systemu, żeby na nowo sobie o niej przypomnieć.

Lekcja 27 – nie nadaję się do sprzedaży

projekt3030-praca-18-wsf-lekcja-27-nie-sprzedawcaPraca w WSF to była moja 18 praca w życiu. Ale pierwsza, z której zostałam wywalona! Ze wszystkich dotychczasowych stanowisk to ja rezygnowałam, bo na horyzoncie pojawiała się zawsze lepsza praca. Zwolnienie z inicjatywy pracodawcy było więc dla mnie pewnym przełomem i zupełnie nowym doświadczeniem. Zwolniona byłam zresztą bardzo słusznie – przez cały ten czas w zasadzie niczego nie sprzedałam! To oczywiste, że musiałam – skorzystam z uroczego korpodialektu rodem z warszawskiego Mordoru – „piąć się po szczeblach kariery poza strukturami tej firmy”.

Lekcja jest wręcz oczywista: to była trzecia praca w charakterze handlowcy (nie liczę ‘sprzedaży’ w ramach MLM’ów) i jednocześnie ostatnia. Nauczyłam się, że sprzedaż to nie jest to. Nie jestem – i nie będę już nigdy – tak zwanym urodzonym sprzedawcą.

Jeszcze jedna uwaga, nieco na marginesie, ale bardzo ważna. Pierwotnie tytuł tej lekcji brzmiał:

Nie nadaję się do sprzedaży czegoś, czego nie czuję / w co nie wierzę.

Jak widać usunęłam fragment „czegoś, czego nie czuję / w co nie wierzę” (ze względu na zbyt długi tytuł Lekcji, ale zależy mi, żeby wyjaśnić znaczenie tych usuniętych słów). Posiadanie swojej firmy i działanie pod swoją marką jest nieuchronnie związane ze sprzedażą. Przecież ja – jako Klaudia Tolman – Ryślicielka, czy też jako współzałożycielka ExplainVisually.co – sprzedaję niemalże cały czas! Nie da się mieć firmy i nie sprzedawać. Sprzedawanie siebie pod swoją marką to jednak kompletnie inna wartość niż sprzedawanie dla samego sprzedawania (dla zarobku), czy też sprzedawanie na rzecz kogoś. To, co aktualnie robię (a pomału dochodzimy w projekcie 30:30 do tych czasów!) jest jednak czymś, w co wierzę każdą cząstką swojego ciała i sprzedawanie tego przychodzi mi tak bezboleśnie, że w zasadzie nie traktuję tego nawet jak sprzedaży.


Praca nr 19

Managerka ogólnopolskiego projektu

Przedsiębiorcza Kobieta w ramach Fundacji SFBCC

Zwolnienie z WSF w listopadzie 2009 było w mojej historii trudnym (choć na dłuższą metę przełomowym) momentem. Jak widzicie z lektury #projekt3030 – całe życie pracowałam, od najmłodszych lat. Umiałam pracować w ciężkich albo nieprzyjaznych warunkach, a potem po kilku miesiącach natrafiałam na kolejną pracę i żegnałam się z dotychczasowym towarzystwem i podejmowałam nowe wyzwanie, uczyłam się nowych rzeczy. I tak w kółko, bez przerwy… Praca zawsze mocno określała moją wartość i przydatność jako człowieka. Nie mówiąc o tym, że po prostu pozwalała mi normalnie funkcjonować, bo dawała mi środki do życia. Nie miałam tego komfortu, że mogłam przyjść do rodziców (albo – szerzej – do rodziny) i powiedzieć „nie mam pieniędzy, dajcie, bo nie mam za co żyć”. Po pierwsze, w mojej rodzinie nie było nadmiaru pieniędzy, nie miałabym nawet tupetu pójść i prosić. Po drugie – nikt mnie tego nie nauczył. Nauczono mnie pracować, ale nie nauczono mnie dawania sobie przyzwolenia na bycie spłukanym, słabym albo po prostu potrzebującym pomocy (w tym finansowej). Dlatego czas po zwolnieniu był ciężki. Przeżyłam swego rodzaju załamanie nerwowe. Przez 7 miesięcy byłam bez pracy… A musiałam przecież jej poszukiwać!

W tamtym czasie byłam w związku z Rafałem. Tak się jakoś stało, że nie mieliśmy w domu dostępu do internetu (brzmi kosmicznie, nie? :P), więc poszukiwania pracy odbywały się najczęściej po kawiarniach przy użyciu zasysanej od nich sieci WiFi. No ale przecież żeby usiąść w kawiarni, trzeba coś kupić prawda? Nie wypada tak na krzywy ryj… Miałam zatem sprawdzony system, że jak pójdę do piekarnio – kawiarni Vincent na Nowym Świecie (mieszkałam wtedy na ul. Ordynackiej), to tam jest co prawda gorąco i ciasno, ale mają tam taki ruch, że jak usiądę na górze, to obsługa nie zauważy, że siedzę już czwartą godzinę, i nie będzie mnie przepędzać. Co więcej – mogę tam zamówić jakiegoś rogalika (migdałowy croissant <3), a butelkę z wodą przynieść ze sobą w plecaku i podpijać ją w toalecie… Chodziłam też do Costy na Nowym Świecie, gdzie stać mnie było nawet na jedną małą butelkę wody i np. espresso. Najadałam się wtedy w domu przed wyjściem i siedziałam o tej kawie i wodzie tak długo, aż głód nie pozwalał mi siedzieć dalej.

A skąd miałam te oszałamiające kwoty na takie codzienne poszukiwania pracy w kawiarniach? Oczywiście od Rafała. Nawet nie wiecie, jak było mi trudno prosić wtedy o pieniądze… Zawsze byłam niezależną, samodzielną finansowo kobietą, dlatego przez gardło mi nie przechodziło codzienne: „Kochanie, możesz mi dać 10zł na dziś?”. Czasami po prostu podchodziłam do niego, rozklejałam się i zaczynałam płakać. Nie byłam w stanie prosić o pieniądze, nie przechodziło mi to przez gardło.

Na jakimś etapie poszukiwań natrafiłam na GoldenLine na ogłoszenie rekrutacyjne do Studenckiego Forum Business Centre Club (w skrócie SFBCC, albo nawet SF). Brzmiało super poważnie, a na rozmowie okazało się, że to wcale nie tak do końca praca, ale wolontariat w organizacji studenckiej… Mimo wszystko uznałam, że lepiej robić cokolwiek, nawet jeśli za darmo, niż nic.

I tak w SFBCC w okresie luty – kwiecień 2010 najpierw pomagałam przy organizacji festiwalu BOSS (aż użyję pełnej nazwy, te stanowiska zawsze tak poważnie brzmią – moje 3 miesięczne stanowisko to: Pełnomocnik ds. Sponsorskich i Artystycznych Festiwalu BOSS), a potem przez rok (od kwietnia 2010 do kwietnia 2011) byłam ogólnopolskim Menedżerem Projektu Przedsiębiorcza Kobieta. Moim zadaniem było nie dość, że organizowanie w Warszawie comiesięcznych spotkań inspirujących dla kobiet (z pomocą mojego warszawskiego zespołu), to jeszcze centralne nadzorowanie działań regionalnych Przedsiębiorczych Kobiet w całej Polsce.
Ciekawe jest też historia, jak w ogóle dowiedziałam się o tym projekcie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to pierwotnie pokazałam się na jakimś spotkaniu Przedsiębiorczej Kobiety jako „Pani z Mary Kay” (o tym, że się tym zajmowałam mogliście już przeczytać przy okazji prac MLM’owych, czyli tutaj). Nakładałyśmy sobie różne smarowidła na dłonie i bawiłyśmy się po babsku. Zachwycała mnie jednak energia tego spotkania i zainteresowałam się tym, o co właściwie chodzi w tej całej Przedsiębiorczej Kobiecie. I tak – w wielkim „american dream’owym” stylu – z Pani, co to smarowała uczestniczki spotkania kremami, stałam się managerką tego projektu 😛

klaudia-tolman-konsultantka-mary-kay-na-spotkaniu-pkPanie Losie, jak to dobrze, że ja się w to zaangażowałam…! Sami zobaczcie czemu!

Tak na marginesie: kiedy przeglądałam do tego wpisu archiwalne zdjęcia ze spotkań Przedsiębiorczej Kobiety, odkryłam, że początkowo ubierałam się na nie w smutne, brązowe czy też szarobure kolory, i miałam na sobie spodnie (co teraz, zarówno wielu osobom, które mnie znają, jak i mnie samej, nie mieści się w głowie!). Na szczęście w trakcie spotkań PK były także organizowane takie atrakcje jak fryzjerzy, stylistki i inne typowo babskie aktywności, i dzięki temu rzeczywiście moja kobieca strona się mocno rozwinęła. Widzę to wyraźnie dopiero teraz 🙂

To był szalenie inspirujący i potrzebny mi czas. Byłam zaangażowana, miałam co robić (a Klaudia, jak widać, nic-nieróbstwa „nie umie”) a do tego wyciągnęłam tyle nauk…! Zapraszam do lektury, to będzie jeden z dłuższych fragmentów, bo choć nie była to do końca „praca” (tylko działalność wolontariacka), to jest ona niezwykle bogata w doświadczenia i warte wspomnienia przeżycia.

Lekcja Dwudziesta Ósma – kontakty to podstawa!

jestem-otwarta-na-kontaktW SF-ie trąbiło się o kontaktach i networkingu non stop. Co spotkanie, to networking, networking, networking… I choć to oklepany i banalny frazes, no słuchajcie… to prawda 🙂 Kontakty – mówiąc po biznesowemu – czy też po prostu ludzie – mówiąc po ludzku – to podstawa naszego funkcjonowania. Nie da się istnieć na tym świecie samemu, potrzebujemy do tego innych ludzi…!

Te kontakty z czasów SF-u (a były to lata 2010-2011) niesamowicie mi zaowocowały, na przykład w 2013. Gorliwi czytelnicy mojego bloga powinni znać historię związaną z moim występem na TEDxWroclaw 2013 (historia w całości dostępna tutaj). W oryginalnym wpisie jednak nie wspominam skąd znam się z Karoliną, dzięki której moje marzenie się spełniło… Otóż znamy się właśnie z czasów SFBCC! Karolina zajmowała się Przedsiębiorczą Kobietą w Łodzi! 🙂 A tu się nawet obściskujemy na pierwszym planie przy jakieś naszej Fundacyjnej okazji:

klaudia-tolman-i-karolina-tomczyk-z-czasow-sfbcc-2010

Przywołuję poniżej główny fragment oryginalnego wpisu:

PIERWSZE MIESIĄCE FREELANCERKI

Pierwszy miesiąc, grudzień 2012. Daję bez problemu radę, przychodzi kilka zleceń, a i ostatnia wypłata z pracy stałej siedzi sobie bezpiecznie na koncie.

Styczeń 2012 jeszcze jak Cię mogę. Idzie przeżyć, ale konto pustoszeje. Niemniej plany i pomysły mam bezkresne. Na prywatnym FB publikuję np. zdjęcie swojej Mapy Marzeń i Planów:

myślenie wizualne ryślenie ryśliciel

Luty 2012 (trzeci miesiąc freelancerki) nie jest już tak różowy. Wręcz był czerwony. Na wszystkich kontach zera albo minusy. Koszmar. Coś, czego nie znoszę – zmuszona jestem prosić znajomych o pożyczenie pieniędzy… Nadzieję daje mi chyba tylko to, że oto nagle 27 stycznia 2013 znajoma poleca mnie jako potencjalnego prelegenta do wystąpienia na TEDxWroclaw

serendypia_na_facebooku

Mija miesiąc, zanim Michał Kasprzyk, organizator TEDxWroclaw dzwoni do mnie z propozycją, a dzwoni – och, wspaniała serendypio! – w dzień moich 27. urodzin, czyli 20 lutego 2013.

Z kolei 21 marca 2013 (dzień po moich imieninach) Michał Kasprzyk potwierdza moją obecność jako prelegentki. Nie mogę uwierzyć w moje szczęście!

Te znajomości z czasów SF-u (ale i wszystkie inne) nadal zresztą procentują (przydatne jest do tego proszenie o referencje na przykład na GoldenLine). Bez kontaktów – szerokich, przyjaznych i podszytych dobrą intencją – ani rusz!

Lekcja Dwudziesta Dziewiąta – o namacalności pracy

moje-3-manualne-pasje-z-dziecinstwaOd dziecka byłam „macantem”. Mam na myśli pracę rękami i namacalność tego, co robię, dosłownie – fizyczne – widzenie rezultatów moich działań. Jak byłam dzieckiem i nastolatką lubowałam się w różnych manualnych czynnościach (jakich? – zobacz najnowszy film na moim kanale na YouTube na temat moich 3 pasji z dzieciństwa). Bycie Ryślicielem perfekcyjnie tę potrzebę namacalności pracy spełnia. Natomiast to właśnie za czasów Przedsiębiorczej Kobiety doświadczyłam, że bardzo tego potrzebuję. Potrzebuję WIDZIEĆ efekty mojej pracy. Zdjęcia ze zorganizowanego spotkania, rozmowy z zachwyconymi uczestniczkami po spotkaniu, czy wreszcie otrzymanie nagrody za PROjekt Roku 2010 to bardzo uchwytny przejaw tego, co robię.

Robienie czegoś, co jest niewidoczne i umyka między palcami jak piasek na plaży w Chałupach, uznałam za bezsensowne i bezcelowe (od tamtego etapu mojego rozwoju aż do dziś). Działania przy Przedsiębiorczej Kobiecie (a miałam wtedy 24-25 lat), były do bólu konkretne i zauważalne. Bardzo to sobie cenię.

Lekcja Trzydziesta – da się wiele uzyskać za darmo

W Lekcji Trzeciej mogliście przeczytać, że:

Pracuj. Nikt nie da Ci pieniędzy „ot tak”, za darmo.

Minęło 28 lekcji od tamtego czasu, a ja nauczyłam się dzięki SFBCC, że są pewne sytuacje, w których da się wiele uzyskać „za darmo”. Przedsiębiorcza Kobieta to projekt, który gromadził się wokół idei uczenia się od innych kobiet, być może bardziej od nas doświadczonych, być może starszych, być może z innych środowisk. PK z założenia nie była projektem komercyjnym, nie miała zarabiać. Uczestniczki spotkań płaciły symboliczną składkę, która często wystarczała na pokrycie podstawowych kosztów organizacji spotkania, a jak coś zostało, kasa ta wędrowała dla Managerów projektów (rząd wielkości: maksymalnie jakieś 100-150zł miesięcznie). Musiałyśmy zatem umieć stanąć na głowie i załatwiać sponsorów i partnerów, którzy a to dadzą jakieś prezenty uczestniczkom, a to jakieś kody rabatowe, albo po prostu będzie dla nich interesujące pokazać się z ich marką w ramach wymiany barterowej u nas na spotkaniu. I to się udawało! Jak zobaczycie na zdjęciach – to był naprawdę ekscytujący czas!

Lekcja Trzydziesta Pierwsza – lubię spinać, organizować, trzymać wszystko w kupie

Organizowanie comiesięcznych spotkań i koordynowanie działań całego projektu w całej Polsce to nie lada wyzwanie (że o motywowaniu rozsianego po całym kraju zespołu pracującemu ZA DARMO – nie wspomnę). Świetnie się jednak w tym odnajdowałam. Odkryłam, że organizowanie, spinanie wielu rzeczy naraz i czuwanie nad większą całością jest czymś, co absolutnie uwielbiam. Od dziecka uwielbiam porządek (8 lat pracy jako sprzątaczka też robi swoje ;P). Zarówno moja mama jak i kiedyś Agnieszka z Porto Praga (ta z historii o wulgaryzmach w mailu) twierdzą, że jak myślą Klaudia, to widzą „markery, zakładki, kolorowe zakreślacze, wszędzie kolorowe karteczki, ale wszystko uporządkowane, podpisane, jakieś segregatory, notesy itp.”.

Przy okazji działań w SFBCC miałam także okazję kiedyś poprowadzić w roli konferansjera Galę Młodych Liderów (8 października 2010). Cóż to było za epickie wydarzenie! Czemu? O tym, że mam zacięcie aktorskie oraz że nie boję się występów publicznych to wiedziałam, ale że mam taki dar do improwizacji i rozśmieszania ponad 100 osób na sali ubranych niemalże w smokingi i wieczorowe kiecki, to nie miałam pojęcia… 🙂 Osoby obecne na tej Gali wspominają to do dziś. A Marek Goliszewski, Prezes BCC, pytał się potem ludzi z niedowierzaniem i podziwem (co odbieram jako olbrzymi komplement):

goliszewski-gratuluje-i-wskazuje-kierunek

Tu znajdziecie minutową zajawkę z wydarzenia, a tu 13-minutową relację (widać mnie więcej). Jednak najsmakowitszych kawałków niestety tam nie ma. Co to są te smakowite kawałki?

Otóż jak zawsze w trakcie przeróżnych wydarzeń, sporo rzeczy idzie niezgodnie z planem: a to jakaś Ważna Persona nie przyszła, a to coś się nie udało, a to nastąpiło jakieś przejęzyczenie, a to trzeba było improwizować i szyć na bieżąco… Przy okazji tego wpisu wrzuciłam na YouTube tyci fragment pokazujący choć urywek tego, jakim tam byłam konferensjerskim One Woman Show 😛 Zobaczycie go poniżej. Udanej zabawy (choć wierzcie mi, to nie jest jeszcze najlepszy fragment, ale tylko taki udało mi się odnaleźć :P)

 

Lekcja GRATIS

Co najważniejszego się stało za czasów mojej bytności w SFBCC? Poznałam tam Michała Trochimczyka. Michał dziś jest moim Narzeczonym 🙂 Poznaliśmy się dokładnie na tym spotkaniu w marcu 2010. Ale o tym, że Michał będzie moim facetem nie mam jeszcze wtedy bladego pojęcia, będzie nam jeszcze dane poczekać do 2012 roku…

kiedy-michal-poznal-klaudie


Praca nr 20

trener wewnętrzny w Teleperformance Polska

projekt3030-praca-20-tp-trener
W powyższym „polaroidzie” znajduje się fragment moich ilustracji z autentycznego slajdu prezentacji, z jakich korzystałam przy szkoleniu w Teleperformance

W czasie gdy działałam już sobie w SFBCC przy Przedsiębiorczej Kobiecie napisał do mnie mój znajomy (poznaliśmy się w jednej z poprzednich firm) z informacją, że w firmie, w której teraz pracuje, szukają człowieka do pracy. Wiedziałam, że pracuje w call center, więc na rozmowę o pracę szłam z bardzo małym entuzjazmem. Moja pierwsza myśl była taka, że skoro to call center, to pewnie szukają ludzi do pracy na słuchawkach… Ponieważ bez pracy byłam już prawie 7 miesięcy (jest połowa roku 2010, mam 24 lata), poszłam mimo wszystko, myśląc, że przecież nie mogę już dłużej czekać. Byłam zdesperowana. Nie mogłam pozwolić sobie na życie przez kolejne miesiące bez stałych zarobków. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na spotkaniu rekrutacyjnym z Anią (moją przyszłą szefową) i Kasią okazało się, że wcale nie szukają osoby do pracy w roli konsultanta, ale szukają osoby, która będzie… wewnętrznym trenerem!

Pomyślałam, że wygrałam los na loterii! Miałam oczywiście poważne wątpliwości: komunikowałam Ani i Kasi, że przecież ja o trenerstwie nie mam zielonego pojęcia, nie mam w tym doświadczenia, w życiu nie przeprowadziłam ani jednego szkolenia! Dziewczyny jednak uwierzyły we mnie, twierdziły, że sobie poradzę, że widzą mój potencjał i wiedzą, że to praca dla mnie, bo osobowościowo do tego pasuję, poza tym korporacja zapewnia mi duży know how, daje gotowe programy szkoleniowe z umiejętności miękkich, wszystkiego się nauczę pomalutku i będziemy w domu. Byłam wniebowzięta!

being-happy-begins-with-me
Zdjęcia do jakiejś wewnętrznej HR-owej akcji korporacyjnej (nieustannie szokują mnie kolory, w jakie się wtedy ubierałam :P)

Co ciekawe, i o czym niewiele osób wie (bo kiedy opowiadam tę historię osobiście, jest za dużo pytań od słuchaczy albo inne elementy historii wchodzą na pierwszy plan) – stanowisko „trenera” obiło mi się o uszy kilka lat wcześniej za czasów mojej pracy w kancelarii prawniczej. Było to jakoś na przełomie lat 2006-2007, czyli jednocześnie za czasów, gdy studiowałam zaocznie na drugim podejmowanym przeze mnie kierunku – na socjologii na UW (wcześniej – tj. 2005-2006 – studiowałam zaocznie kulturoznawstwo na SWPS. Zarówno kulturoznawstwo, jak i socjologię rzuciłam po roku studiów, ale o tym jeszcze będzie nieco później). O tym, że istnieje ktoś taki jak trener dowiedziałam się od Eli, jednej z sekretarek z kancelarii, której mąż pracował jako trener na SWPS-ie. Wydało mi się to wtedy arcyciekawym zajęciem, ale uznałam „gdzie mi tam do trenera, przecież do tego to trzeba mieć miliard doświadczeń i być na maksa obytym w świecie biznesu” i zapomniałam o trenerstwie jako o planie na życie.

Dlatego kiedy Ania i Kasia oświadczyły mi w trakcie rozmowy rekrutacyjnej, że w Teleperformance otwiera się nowe stanowisko i polski oddział olbrzymiego światowego call center musi wprowadzić wewnętrznego trenera, byłam zachwycona.

Los ewidentnie zaczął mi sprzyjać! Coś się zaczęło w moim matrixie zmieniać… W lipcu 2010 zaczęłam pracę w Teleperformance, a już po jakichś 2-3 miesiącach dostałam na GoldenLine maila z informacją o starcie rekrutacji na dofinansowaną przez Unię Europejską Szkołę Trenerów („Europejska Szkoła Trenerów Grupy SET”). narysuj-swoje-mysli-jak-skutecznie-prezentowac-i-sprzedawac-pomysly-na-kartce-papieru-Dan-RoamZ donosów rekrutacyjnych w Szkole Trenerów wynikało, że jest jakieś 300 osób na jedno miejsce na tym 9-miesięcznym kursie, więc konkurencja była duża… Starałam się nie napalać za bardzo, trzymałam mój entuzjazm na wodzy, ale no cóż… Jak powiedziałam, coś się zaczęło przeprogramować w moim matrixie i dostałam się do SET-u! W okresie październik 2010 – maj 2011 uczęszczałam na tamtejsze zajęcia i nie dość, że pracowałam już wewnątrz firmy jako trener, to jeszcze równolegle się tego uczyłam w wiodącej polskiej szkole trenerów. Co więcej – w ramach dalszego przychylnego mi kosmosu – na którychś zajęciach Szkoły Trenerów, Bartek, jeden z uczestników, pokazał mi książkę „Narysuj swoje myśli” Dana Roama uświadamiając mi tym samym, że to co ja robię na swoich notatkach i flipchartach, ma swoją nazwę („myślenie wizualne”). I że warto, abym się zainteresowała tematem, skoro to jakiś większy, światowy trend. O samym spotkaniu z książką Dana Roama i tym, jakie to miało konsekwencje na moje życie, możecie przeczytać szerzej w wywiadzie ze mną w magazynie psychologicznym Tu i Teraz.

Jednocześnie praca w Teleperformance (czy też Tele-Pere albo TP, jak zwykliśmy to nazywać w skrótach) była pracą, w której zabawiłam najdłużej, bo pracowałam tam prawie 2,5 roku…! A jak widzieliście z przytaczanych często statystyk, moje dotychczasowe doświadczenia trwały a to 4 miesiące, a to 7 miesięcy, a to 10 miesięcy (dotychczasowy rekordzista: przedszkole)… Lekcji z czasów Teleperformance, ponieważ pracowałam tam długo, także będzie sporo (dokładnie 5). Rozbiłam je także na 3 osobne prace – pracę nr 20 (trener), 21 (e-learning) i 22 (audytor), ponieważ z czasem zaczęłam w TP pełnić równolegle 3 funkcje naraz (co było wycieńczające i finalnie mocno przyczyniło się też do decyzji o odejściu).

Czego się nauczyłam dzięki pracy jako trener wewnętrzny w korporacji?

Lekcja Trzydziesta Druga – korporacja sporo uczy i stwarza okazje

Dziś, ponieważ jestem samozatrudniona i w dodatku sama zatrudniam zespół współpracowników przy kilkunastoosobowym ExplainVisually.co, wydawać by się mogło, że jestem wielkim przeciwnikiem korporacji, twierdzącym, że korpo jest odpowiedzialne za całe zło tego świata, nikomu do niczego nie potrzebne… Nie jest tak! Gdyby nie Tele-Pere, to cała masa rzeczy by się nie wydarzyła. Gdyby Kasia i Ania nie obdarzyły mnie wtedy zaufaniem, możliwe, że nie byłabym teraz tu, gdzie jestem.

acting-to-fulfill-dreams-begins-with-me-2Dla mnie wejście w świat trenerstwa pod skrzydłami czuwającej nade mną korporacji było bardzo bezpieczną metodą wystartowania z nowym życiowym rozdziałem, w którym byłam zieloniutka jak delikatna błonka okalająca świeże orzechy włoskie. Moja szefowa, Ania, świetna kobieta, i wielka fanka moich wizualnych metod uczenia, dawała mi dużo wolności, zachęcała do własnych inicjatyw i bardzo mi kibicowała. Dała mi także kopniaka i finalnie zachęciła do tego, żebym wystartowała w naszym wewnętrznym korporacyjnym „Idolu”, czyli Teleperformance Poland For Fun Festival” w kategorii Art, dzięki któremu prawie poleciałam do Brazylii (prawie, bo okazało się – na moim bardzo bolesnym przykładzie – że paszport w trakcie wyprawy do Brazylii musi być ważny minimum pół roku do przodu, a mój na tydzień przed wylotem okazał się być ważny tylko 5 miesięcy… ;/). Zaangażowanie się w działania przy naszym korpo-Idolu stworzyło mi mi z kolei okazję do chociażby do dwóch rzeczy:

  1. nakręcenia z pomocą Michała Artura Pieńkowskiego tego szalonego filmiku, który wisi na YouTubie do dziś i jest takim “bardzo moim” materiałem marketingowym, którego oglądanie niezmiennie sprawia mi frajdę (screen z niego poniżej) 🙂
  2. Pobawienia się montażu filmów w iMovie (montowałam filmy dla Magdy, Basi, Patrycji i Andrzeja)

klaudia-chodzi-tylem

Zatem nawet jeśli pracujesz w korporacji, a gdzieś podskórnie czujesz, że nie jest to Twoja finalna droga – nie przejmuj się. Wykorzystaj ten czas na maksa. Możesz się tam naprawdę dużo nauczyć i skorzystać na tym! Korporacje nie bez powodu są wielkimi korporacjami: mają wiele rzeczy, które działają świetnie (gdyby było inaczej, nie urosłyby do takich rozmiarów). To w dużej mierze od Twojej otwartości i gotowości do uczenia się zależy, czy wykorzystasz ten czas sumiennie i wartościowo, czy będziesz bluźnić pod nosem, że jest to najgorsze miejsce na świecie i co ty tam właściwie robisz. Obserwuj, ucz się, i korzystaj ile wlezie. I bądź tam do momentu, kiedy uznasz, że nauczyłeś się wszystkiego, czego mogłeś. Mi to zajęło 2 lata i 5 miesięcy, innym zajmuje 5 lat, innym 20… Ja po tych dwóch latach wiedziałam już, że więcej skorzystam z życia poza firmą, niż w jej strukturach.

Ale pomalutku. Czekają nas jeszcze 4 lekcje z Teleperformance. Gotowi? 🙂


Praca nr 21

specjalista ds. e-learningu

w Teleperformance Polska

Kiedy pracowałam w Teleperformance jako trener wewnętrzny, byłam także odpowiedzialna za e-learning (czyli szkolenia na odległość). Korporacja dostarczała nam gotowe materiały, cały program e-learningowy, a moim zadaniem było to koordynować, pilnować zapisów, motywować pracowników do tego, żeby przez ten e-learning przechodzili itd. Szło to – mówiąc dyplomatycznie – jak po grudzie… Ten, kto kiedykolwiek zarządzał narzuconym odgórnie systemem korporacyjnego uczenia się na odległość pewnie to zna…

Przy okazji mówieniu o elearningu mam dwie lekcje, którymi chcę się podzielić. Obie nie są tak bardzo powiązane z nauką przez Internet. Niemniej – gdzieś chciałam je umieścić ;P

Lekcja Trzydziesta Trzecia – o porzekadle ludowym: słuchaj swojego serca

Za czasów mojej pracy w Tele-Pere wiele się też działo w moim życiu prywatnym. Zakończyłam związek się z Rafałem, z którym byłam 4 lata, przeprowadziłam się z Centrum na Bemowo, mieszkałam z szalonymi współlokatorkami, z którymi przesiadywałyśmy dużo w kuchni bazgrząc po ścianach i przegadywałyśmy nieskończone godziny na wspólnym biesiadowaniu, a w moich relacjach damsko-męskich toczyło się coś, co nazywam rozczulająco i bardzo adekwatnie „wścieklizną macicy”. Jakieś pomysły, co to może znaczyć? 🙂

Wiecie z lektury Projektu 30:30, że miałam w swoim życiu 30 prac. Do tego także trzykrotnie zmieniałam kierunek studiów, a skoro taki ze mnie zmieniacz i poszukiwacz, to możecie się domyślać, że w kategorii damsko-męskiej także nie próżnowałam. Poszukiwałam swojego miejsca w świecie na wszystkich polach. Ilustruje to zresztą fragment mojego – jeszcze nie skończonego, dopiero na etapie tuszerowania – komiksu na temat mojej zawiłej ścieżki zawodowej:

ryslicielska-serendypia-fragment-tuszerowany-700x417

 

Za czasów TP miała miejsce historia rodem z brazylijskich telenowel. Związałam się w pewnym momencie z Michałem (nazwijmy go dla ułatwienia „Michał Pracowy”, bo Michałów będzie w tej historii dwóch), który także pracował w tej samej firmie. Był to związek burzliwy: rozpoczął się szybko i tak samo szybko się zakończył – spotykaliśmy się jakieś 3 miesiące. Niedługo po Michale Pracowym zaczęłam się spotykać z innym Michałem, Michałem Trochimczykiem, którego poznałam nieco wcześniej już w Fundacji SFBCC, i z którym się bardzo lubiłam, bardzo go szanowałam i uwielbiałam z nim rozmawiać na przeróżne tematy, w tym na tematy duchowe, ale na początku naszej znajomości (w marcu 2010) nie przyszło mi kompletnie do głowy, że jest to – mówiąc kolokwialnie – „materiał na faceta”.

szkolenie-z-aureliuszem-gorskim-na-ktorym-sie-poznalismy
szkolenie Aureliusza Górskiego, na którym się poznaliśmy z Michałem Trochimczykiem (czasy SFBCC)

Stała się wtedy ciekawa rzecz, rzecz z gatunku zachowań społecznych, czy nawet stadnych. Większość moich znajomych, przyjaciół i osób z pracy (nazywam tych ludzi umownie członkami plemienia Jawiemlepiej), stukali się w głowę i raczyli mnie swoimi błyskotliwymi radami w stylu: „Z kim Ty się spotykasz? Kto to w ogóle jest?! Nasz Michał – Michał Pracowy – to jest porządny chłopak, a nie jakiś taki Michał Trochimczyk…! Nasz jeździ Tym-a-tym, a ten ledwie Twój Tym-a-Tamtym…! Nasz Michał to do Ciebie pasuje, a nie jakiś taki Trochimczyk…! Co to w ogóle za pomysł! W ogóle do siebie nie pasujecie…!”.

Znacie takie porzekadło ludowe?

Jeśli jedna osoba mówi ci, że jesteś koniem, wyśmiej ją.

Jeśli druga osoba mówi ci, że jesteś koniem, olej ją.

Ale jeśli trzecia osoba mówi ci, że jesteś koniem, to zacznij zbierać na siodło.

nasz-pierwszyspacer
Nasz pierwszy spacer 24 marca 2012 (za czasów tzw. Pierwszej Rundy, czyli zanim posłuchałam plemienia Jawiemlepiej)

No więc ja, właśnie pod wpływem presji społecznej i uwierzenia, że jestem koniem, posłuchałam plemienia Jawiemlepiej i rzuciłam Michała Trochimczyka. Podejmowałam jeszcze desperacką (i oczywiście nieskuteczną) próbę zbudowania raz jeszcze czegoś z Michałem Pracowym, ale nic z tego nie wyszło (nie miało prawa – jesteśmy jak ogień i woda, i różnimy się absolutnie we wszystkim).

Musiał minąć rok, żeby poukładało mi się w głowie i żebym zrozumiała, że słuchanie zawsze omylnych doradców z plemienia Jawiemlepiej jest najgorszą z możliwych strategii, i że powinnam była od początku słuchać swojego serca.

Po około roku zeszliśmy się z Michałem Trochimczykiem po raz drugi, i teraz jesteśmy nie dość, że narzeczeństwem, to jeszcze wspólnie prowadzimy wiodące w Polsce studio filmów whiteboardowych ExplainVisually.co  🙂

Nieco więcej o naszej historii (w tym o pamiętnym roku 2012, kiedy to rzuciłam Michała Trochimczyka, co było jednym z elementów składających się na najgorszy rok w Jego życiu), i o tym, jak budujemy biznes w oparciu o pasję i miłość, możecie zobaczyć w naszym wspólnym wystąpieniu na TEDxWarsawUniversityofTechnology.

 

Ponieważ w Projekcie 30:30 mamy nagromadzenie liczby trzy, a omawiamy właśnie Lekcję Trzydziestą Trzecią, to dlaczego by i tutaj nie zgromadzić pewnej uroczej trójki? Mamy w tej lekcji już dwa porzekadła:

1. Porzekadło będące główną lekcją, czyli: słuchaj swojego serca.

2. Porzekadło o koniu: żebyś kupił siodło, jeśli już trzecia osoba Ci mówi, żeś koń. 

Dodam do tego trzecie porzekadło. Oczywiście będzie, jak to porzekadła, wypełnione wartością edukacyjną, a nawet – kto nam zabroni, to nie telewizja Trwam! – wulgaryzmem.

Trzecie porzekadło, bardzo spójne z cała Lekcją Trzydziestą Trzecią, brzmi (i zostawiam je bez komentarza):

3.  Tam, gdzie mieszkasz i pracujesz, tam kutasem nie wojujesz.

…lub w alternatywnej wersji „light”:

3. Tam, gdzie mieszkasz i pracujesz, tam swym kroczem nie wojujesz.

Lekcja Trzydziesta Czwarta – o zjawisku „ale u nas się nie da”

W samym programie e-learningowym nie miałam za bardzo możliwości „grzebać” celem modyfikacji, ale nie omieszkałam swoich już wtedy bardzo rysunkowo napalonych rąk powstrzymywać przed tym, by uatrakcyjniać prezentacje Power Point, które stanowiły często trzon szkoleń, które miałam prowadzić. Dziś z kolei, kiedy mam do czynienia z ludźmi pracującymi obecnie w korporacjach często słyszę:

…ale u nas to to całe ryślenie na flipchartach albo rysunkowe slajdy to nie przejdą, bo my mamy szablony i musimy ich przestrzegać!

Słowem – panuje wszechobecny niedasięizm. Zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście w niektórych firmach wymogi mogą popadać w takie skrajności, że jak użyjesz w jednym słowie na slajdzie niewłaściwej – Panie Losie, zmiłuj, wręcz „zakazanej”! – czcionki, to grozi Ci zabranie karty Multisportu i ban na robienie kawy z firmowego ekspresu… Ale jest też sporo firm, w których ludzie w dużej mierze sami sobie w głowach narzucają ograniczenia. Kiedy dopytuję głębiej i cisnę ich bezlitośnie pytaniami typu: kto i kiedy sprawdza przestrzeganie tych zasad? / jak często to robią? / co się najgorszego stanie, jak nie zastosujesz się do tych reguł? / jakie są wyjątki, w których można by złamać zasady, a nikt by się nie zorientował? / czy zależy Ci bardziej na skuteczności przekazu i osiągnięciu celu, jaki masz do osiągnięcia, czy na użyciu czcionki Helvetica, bo tak trzeba?… a więc kiedy ich tak magluję na wszystkie strony, okazuje się, że… kurczę, no nie ma w firmie policji dającej kary za nie umieszczenie numeru strony na slajdzie…

(Powyższe książki znacząco zmienią sposób myślenia na temat prezentacji Power Point – kolejność nieprzypadkowa, w kolejności od najbardziej polecanej)

Naprawdę wierzcie mi – jak brzmi kolejne zasłyszane porzekadło – nie ma takiego wagonika, którego nie dałoby się odczepić… Zawsze da się znaleźć pewien system (mniej lub bardziej idący „na około” / przyzwoity / na granicy „legalności”), dzięki któremu Twój slajd zamiast wyglądać nudno i sztampowo, może wyglądać tak, że nie dość, że przyjemnie się na niego patrzy, to jeszcze ludzie zupełnie zwyczajnie chcą Cię słuchać. Jak ja to robię? Kiedy mam wystąpić na jakieś wielkiej konferencji i dostaję od organizatorów szablon do użycia w trakcie to jest kilka opcji:

  1. albo piszę organizatorowi, że nie potrzebuję szablonu, bo nie będę używała Power Pointa i poproszę flipchart (tak wiem, to rewolucyjna i niebezpieczna myśl, wiem, że część z Was już się nieco spociła na czołach na samą myśl);
  2. albo piszę, że moja klauzula sumienia / poczucie estetyki / mój wewnętrzny głos (wybierzcie sobie) nie pozwala mi używać szablonów slajdów, ponieważ ja z założenia łamię schematy i uprzejmie informuję, że go nie użyję (myślicie, że ktoś kiedyś napisał „o nie, to jak Pani nie użyje szablonu, to przepraszamy, ale musimy odwołać Pani wystąpienie…?”);
  3. albo piszę, że bardzo dziękuję za szablon, ale tak się składa, że ponieważ uczę ludzi, że szablony to zło i sposób, w jaki szablon slajdu narzuca prezentowanie informacji jest nieskuteczny z powodów naukowych, to ja owszem, użyję szablonu, ale zakryję każdy slajd pełnowymiarowym zdjęciem, ponieważ… każdy mój slajd to zdjęcie 🙂 Czasem też wyświetlam slajd tytułowy, na którym zawsze im bardzo zależy (jest tam często tytuł mojego wystąpienia, miejsce, data, logo i różne inne dane), po czym klikam na MÓJ slajd tytułowy i jest on zrobiony po mojemu, zgodnie z przykazaniami Nancy Duarte i Garra Reynoldsa… Miałam użyć szablonu? Użyłam. Cała prezentacja jest zrobiona w tym właśnie szablonie. Nie mówili nic o tym, że „ma być widać szablon” 🙂 Poniżej – ku inspiracji – przykład z mojego SlideShare’a.

przyklad-alternatywnego-wizualnego-slajdu-tytulowego

Powtarzam: jak Ci bardzo na czymś zależy, znajdziesz na to obejście. Jak nie drzwiami, to oknem. Jedna światowa korporacja, dla której jako ExplainVisually.co zrobiliśmy już 8 filmów (a do końca 2016 roku zrobimy jeszcze 8) ma na nas tzw. bana z działu komunikacji korporacyjnej. Dlaczego mają bana? Dlatego, że styl naszych ręcznie rysowanych filmów eksplanacyjnych łamie absolutnie wszystkie zapisy z brand booka, ale jak widać nie przeszkadza to im w wielkiej determinacji tworzyć filmy, których pracownicy po prostu łakną! W jednym z maili Klientka napisała do nas:

W dodatku mój szef zabronił mi się tym zajmować, więc ‘potajemnie’ współpracuję z ekipą 😉

Czy to nie jest urocze? 😀


Praca nr 22

audytor procesu operacyjnego

w Teleperformance Polska

Jak już wiemy w Tele-Pere miałam już na koncie pełnione jednocześnie dwie role: zajmowałam się szkoleniami dla średniej i wyższej kadry managerskiej w Warszawie i w Siedlcach jako trener wewnętrzny, a do tego jeszcze zajmowałam się e-learningiem. To już były w zasadzie dwa pełne etaty pełnione przez jedną osobę. Jakby tego było mało, to potem jeszcze dorzucono mi trzeci etat – zajmowanie się procesem operacyjnym, który funkcjonował w naszym call center (robiłam to przez rok w okresie grudzień 2011 – listopad 2012) i pełniłam funkcję Koordynatora ds. TOPS (TOPS to nazwa tego procesu). Wyciągnęłam dwie ważne lekcje z bycia audytorem:

Lekcja Trzydziesta Piąta – o osobowości „groźnej Pani audytor”

Robienie audytów sprowadzało się w wielkim uproszczeniu do tego, że sprawdzałam, czy wszystkie projekty, jakie obsługujemy w call center, mają poprawnie wdrożony proces i czy przestrzegają jego bardzo szczegółowych zasad. A co to były za przejawy wdrożenia procesu? A czy na przykład managerowie projektów wpisują jedynkę w odpowiednią komórkę na jednym z wielu formularzy. Czy wypełniają jakieś papiery, które muszą wypełniać, i czy trzymają je w odpowiedniej kolejności w segregatorach…

Dzięki robieniu tego, czego nie znosimy dużo dowiadujemy się o sobie. Ja dzięki byciu „groźną

[Zdjęcie: 2016.10.13, by: Daniel Tuliszka, www.tuliszka.com]
Panią audytor” (cudzysłów próbuje oddać powagę zawartego tu sarkazmu) dowiedziałam się, że nie mam do tego osobowości. Owszem, jestem na przykład bardzo sumienna, co wydaje się być konieczną cechą dla drobiazgowego audytora (w Wielkiej Piątce badanej w psychologicznym teście NEO-FFI poziom mojej sumienności to 94%), ale jednocześnie mam bardzo wysoką otwartość na doświadczenia (na poziomie 76%), a moja ekstrawersja jest na równie skandalicznie wysokim poziomie, bo 97%… Ja miałabym patrzeć w papiery bez słowa, bez rozmawiania z ludźmi, uzupełniać w kółko te same tabelki, tak do znudzenia, w kółko i w kółko…? Bycie audytorem to była dla mnie katorga psychiczna. Coś tak nieadekwatnego i niezgodnego ze mną, że na samą myśl swędzi i boli mnie całe ciało.

 

Lekcja Trzydziesta Szósta – o papierologii…

Mówiąc najkrócej jak tylko się da: mam świadomość, że pewna ilość papierów jest absolutnie niezbędna. Naprawdę wierzę w procesy, w schematy, w ułożenie kolejnych elementów w następujące po sobie kroki, sama je wprowadzam u nas w firmie, i sama ich przestrzegam. Ale są pewne rzeczy, których pojąć nie potrafię. Proces operacyjny, który audytowałam, wcale nie istniał w realu – istniał jedynie na papierze, był w dużej mierze markowany, żeby w papierach się zgadzało i żeby „góra” widziała, że wszystko bangla… Ja wiedziałam o bezsensie papierologii, ludzie o tym wiedzieli, no ale trzeba było robić, żeby a) było zrobione i b) żeby się zgadzało w papierach. Nigdy w życiu nie uczestniczyłam w tak bezsensownej procedurze malowania trawy na zielono…

Choć – z pozytywów – nauczyłam się robić wyśmienite wykresy Gantta w Excellu! Do dziś jestem z nich dumna… (poniżej przykładowy, częściowo ocenzurowany) 🙂

 

tops-blur-czesciowy-700x263

Pracowałam w sumie w Tele-Pere 2 lata i 5 miesięcy. Dorobiłam się przy tym olbrzymich problemów z jelitami (witaj zespole jelita drażliwego!). Nie dość, że robiłam tam za trzy osoby (trzy etaty), to jeszcze 2 z tych 3 etatów były walką z wiatrakami (w trenerstwie na szczęście niezmiennie się spełniałam). Zwleczenie się rano z łóżka było dla mnie gigantycznym trudem… Mało co mnie już wtedy po tych 2 latach motywowało do pracy.

Dlatego dzień, w którym położyłam mojej szefowej, Ani, wypowiedzenie na biurko (a było to 5 października 2012) był jednym z piękniejszych dni mojego życia. Od tamtej pory unoszę się jakieś 5 cm nad ziemią (co widać najbardziej na szkoleniach – wtedy dochodzę do jakichś 27 cm). Nieco więcej o tym dniu możecie przeczytać w moim wpisie, w którym podsumowywałam 2 pierwsze lata mojego życia jako freelancera. Bo – uwaga, uwaga! – wkraczamy właśnie w tę erę mojego życia! Rzuciłam korporację, jestem sama sobie Panią! Brawo ja!

[Z tej okazji trochę uśmiechniętych zdjęć autorstwa Zdolnej Bestii – Pauliny Łyczkowskiej, listopad 2015]


Praca nr 23

Człowiek od Wszystkiego w SurprisePlanner.pl

Mam 26 lat, jestem już po rzuceniu pracy w korporacji po prawie 2,5 roku. Same początki mojego freelencerstwa (dość szczegółowo opisane tutaj) naznaczone są jeszcze pewnym rozdwojeniem. Na osi czasu jestem już bowiem freelancerką, ale jeszcze zapobiegawczo zajmuję się przez chwilę całkiem pobocznym projektem pewnej szalonej i niesamowicie pozytywnej Julii – SurprisePlanner.pl. Daje mi to pewne zabezpieczenie finansowe i poczucie bezpieczeństwa przed otwarciem działalności gospodarczej (co stało się 14 października 2013).

surpriseplanner-linia-czasu-2013

Czym dokładnie się zajmuję? Jestem człowiekiem od wszystkiego, kimś na kształt prawej ręki właścicielki. Pomagam obsługiwać bieżące zlecenia niespodziankowe (jak np. te urodziny dla ośmiolatki), zdobywałam partnerów, zajmowałam się szeroko pojętym marketingiem (Facebook) i współtworzyłam treści na bloga (np. o laurce dla ojca). Z czasem jednak (możecie to prześledzić na powyżsej rysunkowej osi czasu) uznałam, że moja własna działalność rozwinęła się zbyt mocno, żeby ciągnąć i SurprisePlannera, i własne ryślicielskie freelancerstwo, więc rozstaję się z Julią i oddaję się już w 117% swojej działalności. Zanim to się jednak stanie, dwie lekcje:

Lekcja Trzydziesta Siódma – Inspirująca szefowa z masą pomysłów to jest to!

Julia to niesamowita osoba. Zakręcona, szalona, taka trochę jak ja, albo nawet bardziej. Pracując jako człowiek od wszystkiego i jej prawa ręka czułam, że Julia ma do mnie olbrzymie zaufanie i jest gotowa na przyjęcie moich kreatywnych pomysłów. Miałyśmy naprawdę super relację. Byłam jak by nie patrzeć jej pracownikiem (Surprise Planner to jej autorski projekt), natomiast czułam się w naszej relacji bardzo partnersko. Uwielbiałam też nasz luzacki i swobodny sposób komunikacji – choć czytanie Juliowych maili i smsów bywało niekiedy wyzwaniem z racji jej wiecznego pośpiechu, literówek i nie używania polskich liter 🙂 Czułam się znakomicie wiedząc, że współpracuję z kimś, kto jest gotowy na kosmicznie odjechane pomysły i że nie muszę hamować mojej inwencji twórczej. Julia może nie zdawać sobie nawet z tego sprawy, ale jest dla mnie dobrym wzorem tzw. „Szefowej”. Dążę do tego, żebym w relacji ja – moja asystentka była podobną osobą i stwarzała mojej Marcie podobne warunki do rozwoju.

Lekcja Trzydzista Ósma – o tym, czego potrzebujemy w pracy

Jak już wspominałam przy poprzedniej lekcji (Lekcja Trzydziesta Piąta o osobowości „groźnej Pani audytor”) moja osobowość zupełnie nie nadawała się do powtarzalnej, nudnej, poukładanej, schematycznej (a z mojego punktu widzenia także bezsensownej) pracy jaką jest markowanie papierologii. Odniosłam się wtedy do badań wielkiej piątki, czyli 5 cech osobowości, które są niezmienne, uniwersalne (czyli niezależne od rasy, płci czy kultury) i biologicznie uwarunkowane. Tutaj zobaczycie ich pełną, rysunkową wersję (moje wyniki testu wykonanego poprzez stronę http://www.outofservice.com/bigfive/):

wyniki-neo-ffi-rozrysowane

gallup-wywieszkaCoś, co jeszcze mocno określa mnie i moje potrzeby w pracy to wyniki Talentów Gallupa (można za zaledwie 15$ wykonać test na stronie https://www.gallupstrengthscenter.com/ – polecam każdemu!).

Wykonałam je całkiem niedawno, bo w maju 2015 roku, natomiast i bez tej wiedzy wiedziałam za czasów współpracy przy SurprisePlanner.pl, że potrzebuję nowości, zmienności, pozytywności, kontaktu z ludźmi, kreatywności i tworzenia w pracy. Mogłam się tam spełniać do woli.

Jakie są zatem moje talenty wg Gallupa? Posłużę się opisem wziętym ze strony http://potencjalosobowosci.com/gallup/

Mój pierwszy dominujący talent to: Czar – Woo:

Masz niezwykły wdzięk i urok osobisty. Dzięki temu dysponujesz nieprawdopodobną łatwością poznawania nowych ludzi i nawiązywania różnych kontaktów. Dla Ciebie nie ma nieznajomych. To tylko tacy, których jeszcze nie spotkałeś na swojej drodze. Możesz czerpać satysfakcję z przełamywania lodów i nawiązywania nowych relacji z innymi.

Drugi to: Osiąganie – Achiever:

Bez przerwy chcesz coraz więcej robić i osiągać. Masz w sobie taki wewnętrzny ogień, który motywuje Cię do nieustannych działań podczas pracy, urlopu i w każdym innym miejscu i czasie. Czerpiesz dużą satysfakcję z bycia zajętym i produktywnym.

Trzeci to: Optymista – Positivity:

Masz przekonanie, że życie jest piękne i potrafisz się nim cieszyć. Niejako przy okazji, rozdajesz na prawo i lewo uśmiechy. Twój optymizm może zarażać, a to co robisz i jak robisz dla innych może wydawać się bardzo ekscytujące.

Czwarty to: Empatia – Empathy:

Dzięki intuicji widzisz świat oczami innych ludzi, bo wyczuwasz ich emocje. Jeśli jakaś sytuacja wywołuje u kogoś silne emocje, to Ty „słyszysz” niewypowiedziane jeszcze „słowa” – ich uczucia.

A ostatni to: Strateg – Strategic:

Umiesz dostrzec, co kryje się „za zakrętem”. Wyobrażasz sobie różne sposoby rozwiązania danego problemu, a potem odrzucasz te, które wiodą donikąd. Dlatego potrafisz zaplanować i poprowadzić nawet trudne i długotrwałe projekty. Możesz mieć łatwość przygotowania alternatywnych rozwiązań. W zderzeniu się z trudnościami czy nowymi wyzwaniami możesz łatwo odnajdywać nowe schematy i kluczowe elementy.

(Jeśli zainteresowały Was talenty wg Gallupa, to polecam też grupę trenerów w TaisjaLaudy & Co., którzy zajmują się tym w Polsce).

W moim życiu (jak to mówię – w moim matrixie) od jakiegoś czasu coś się zmieniało… Najpierw stałam się trenerem w korporacji, dostałam się na szkolę trenerów Grupy SET, odkryłam swoją niszę trenerską (myślenie wizualne)… Wreszcie zdecydowałam się rzucić pracę i przejść na swoje. Zajęcie się Surprise Plannerem tylko utwierdziło mnie w tym, że po pierwsze potrzebuję odpowiednich warunków do rozwoju (jak np. wspierająca szefowa i projekt kreatywny sam w sobie), a po drugie, że żeby ten rozwój był rzeczywiście pełnym rozkwitem, potrzebuję poświęcić się temu (i tylko temu) pełnoetatowo. Co też uczyniłam 🙂


Praca nr 24

Ryślicielka® – Freelancerka

Od 26 roku życia, a dokładnie od 1 grudnia 2012 jestem freelancerem. Jestem wolnym strzelcem, Panią Samej Siebie. Jestem biznesem. Jestem przedsiębiorcą. Jestem samozatrudniona. Jestem – mój faworyt! – ‘prywaciarzem’. Jak zwał tak zwał. JESTEM.

Jak widać z mojego życiorysu zawodowego to była cholernie dłuuuuuuuuga droga. Naprawdę sporo się naszukałam… Jeśli opis pracy 24-tej to nie jest pierwszy opis, jaki czytasz w ramach Projektu 30:30, to wiesz doskonale, że to się nie stało „ot tak”. Ktoś, to obserwuje moje poczynania (w sieci albo w realu) od czasów, kiedy działam jako Ryślicielka®, mógłby ulec złudzeniu i pomyśleć:

„Och, bo Tobie tak wszystko łatwo poszło, byłaś trenerem, trafiłaś na książkę i – bam! – stało się! Łatwizna. Teraz tylko ja muszę trafić na jakąś książkę albo inny znak, który tak mi pomoże znaleźć swoje miejsce w życiu zawodowym…”

No błagam…! Zaliczenie 23 prac w wieku 26 lat to naprawdę nie jest łatwizna! To była długa i nie zawsze przyjemna wycieczka urozmaicona w takie atrakcje jak:

  • ciężka fizycznie praca (bazarek, pralnia, sprzątaczka),
  • brud i zniszczone chemikaliami dłonie (mycie samochodów, nadal sprzątaczka),
  • opór klientów i klepanie w kółko tego samego (MLM),
  • bolące, odparzone stopy z odciskami i opuchnięte nogi (hostessa),
  • głośny i całodniowy krzyk dzieci, w tym użeranie się z niektórymi z nich o naprawdę potwornych charakterach (przedszkole),
  • ciągłe kserowanie, kawy podawanie i telefonów odbieranie (kancelaria prawnicza),
  • upokorzenia, praca w ciemnościach, w nieludzkich systemach wynagradzania z dramatycznie złym szefostwem (gastronomia),
  • wiszenie godzinami na telefonie (branża nieruchomości / wydawnicza)
  • sprzedawanie ciekawych usług, do których nie miało się serca i przekonania (ubogi krewny Allegro, agencja interaktywna)
  • poganianie i motywowanie osób, które były często dla mnie tylko „duszą” mailową albo telefoniczną i pracowały za darmo (ogólnopolski projekt w fundacji studenckiej)
  • walka z korporacyjnymi wiatrakami (trener wewnętrzny, e-learning)
  • udawanie, że sprawdzam papiery, które inni udają, że regularnie tworzą w ramach procesu, który udajemy, że istnieje (audytor)
  • próba ogarnięcia wszystkiego, czyli w efekcie niczego (niespodzianki na życzenie)

Czy patrząc z perspektywy czasu na moją długą historię zawodową, zrobiłabym dziś to samo? Pewnie! Albo jeszcze więcej 🙂 To samo doradzam wszystkim i to samo będę doradzać naszym dzieciom. Idź, testuj, próbuj, baw się, wściekaj się, wyciągaj nauki, przewracaj się, podnoś, poznawaj ludzi, zdobywaj kontakty, zagryzaj zęby, zaciskaj dupę, ucz się o sobie i o innych. Nie rób za długo tego, co Ci psuje krew, ale pamiętaj jednocześnie, że ze wszystkiego możesz się czegoś nauczyć (ba! – nawet od wroga albo napotkanego na swej drodzy idioty). Zresztą Projekt 30:30 jest żywym wcieleniem tej prawdy.

Zmiana jest nieunikniona, ciągła i zapętlona (jak systematyczność pór roku), i jeśli myślisz, że raz na całe życie znajdziesz jakieś jedno miejsce, w którym zagościsz już na lata – według mnie jesteś w błędzie. Ja sama wiem, że moje ryślicielstwo może kiedyś się skończyć. Nie czekam na to, nie odliczam dni, nie śni mi się to koszmarnie po nocach – ale po prostu dopuszczam taką myśl. Jak to się stanie: przyjmę to i będę szukała dalej. Bo przerabiałam to już 30 razy, naprawdę nic mnie w tym zakresie nie zdziwi 🙂

Jak długo można szukać? – rozmowa z Terrym

Nie zapomnę, jak kiedyś za czasów pracy w przedszkolu (praca nr 11, a cóż to jest, to zaledwie 1/3 mojej wędrówki!) rozmawiałam z Terrym, właścicielem sieci, do którego należało nasze przedszkole. Terry był Kanadyjczykiem, miał zdecydowanie ponad 50 lat i przyjechał nas odwiedzić w Polsce i spytać jak nam się pracuje w jego przedszkolu. Zadał to pytanie także mnie. To musiało być jakoś pod koniec mojej pracy w przedszkolu, bo byłam wtedy na etapie pierwszej (z trzech) zmian kierunku studiów. Miotały więc mną wątpliwości… Byłam zrezygnowana: wiedziałam, że nie chcę studiować kulturoznawstwa i chciałam zmienić kierunek, ale w domu rodzinnym słyszałam sprzeczny komunikat: „A co tam będziesz zmieniać, przecież już zaczęłaś, dokończ, bez sensu tak nie kończyć, co teraz z tymi pieniędzmi, które zainwestowałaś w te studia…!”.

Kiedy więc Terry spytał mnie, jak mi się pracuje w przedszkolu powiedziałam zgodnie z prawdą:

– Pracuje mi się dobrze, lubię to pracę… Ale już sama nie wiem. Niby mi się podoba, ale nie wiem, czy to jest TO. Czy chcę to robić latami…? Cieszę się z tej współpracy, lubię ludzi, z jakimi pracuję, lubię dzieciaki, dzieciaki lubią mnie, lubię Grega, Monikę (właściciele przedszkola). Ale teraz studia też zmieniam, i to moja trzecia praca, od kiedy jestem pełnoletnia… i znów miałabym zmieniać…? Co mam zrobić? Nie wiem, co mam zrobić…

klaudia-tolman-rysuje-swoja-historie-na-flipcharcie

Terry wysłuchał mnie z takim stoickim, rozumiejącym, ojcowskim wręcz spokojem, i powiedział:

– Klaudia, zupełnie jakbym słyszał siebie!

Siebie – dopytywałam – jak miałeś tyle lat, co ja?

– Nie. Siebie dziś. Ty myślisz, że ja wiem, co chcę robić w życiu? Że ja wiem, czy to, co teraz robię, jest TYM? Wiesz ile razy ja już zmieniałem pracę i myślałem, że to TO? Ile razy miałem wątpliwości, nie wiedziałem, wahałem się, byłem zagubiony? Nadal jestem!

Pamiętam tą rozmowę do dziś, jest dla mnie tak ważna. A odbyłam ją mając 20 lat, czyli 10 lat temu… Było dla mnie odkryciem, że pięćdziesięcioleni facet, właściciel sieci przedszkoli, też może mieć wątpliwości, że może wciąż szukać i wcale nie być jeszcze znudzonym tymi poszukiwaniami! To była jedna z tych rozmów zmieniająca sposób myślenie, albo – wznosząc się na malutkiej, puchatej chmurce o delikatnym zapachu patetyzmu – nawet: zmieniająca życie.

Tymczasem jakie dwie lekcje wyciągam z pracy o szerokiej kategorii „freelancing”, czyli pracy na rzecz samego siebie pod swoją marką?

Lekcja Trzydziesta Dziewiąta – nigdzie się tyle nie nauczysz tyle, co u siebie!

Gdy na początku października 2016 wpadłam na pomysł Projektu 30:30, spisałam najpierw wszystkie prace w kolejności chronologicznej i od razu w jednym zdaniu wszystkie lekcje z każdej pracy (żebym wiedziała ile jest lekcji w całym projekcie). Kiedy dotarłam właśnie do „ery współczesnej” czyli do przełomu lat 2012/ 2013 i zaczęłam spisywać lekcje młodego przedsiębiorcy, pomyślałam:

Cholera, samych lekcji z samego tylko freelancerstwa mogłoby być spokojnie ze 30!

projekt3030-praca-24-ryslicielka-freelancerkaMogłabym codziennie spisywać lekcje… Lekcje z każdego sukcesu, z każdego fakapu (a ich ilość jest bardzo podobna!), z każdego Klienta, a nawet z wielu niedoszłych Klientów… Tempo, w jakim uczysz się prowadząc firmę, jest po prostu zastraszająco-galopujące, nie do porównania z niczym innym (może to tempa, w jakim dziecko niezauważalnie się uczy ojczystego języka…?). I niby o tym słyszałam, czytałam, coś tam wiedziałam, bo się nasłuchałam od innych Przedsiębiorczych Kobiet (za czasów fundacji SFBCC), ale w życiu nie podejrzewałam, że to jest aż TAKIE tempo! Jeszcze przy mojej hiper-aktywności, ekstrawertyzmie i otwartości na doświadczenia to tempo jest jeszcze podwojone albo potrojone…! Krótko mówiąc (i mówiąc w dodatku w rytm znanego wszystkim szlagieru polskiej muzyki disco):

Nie da Ci tego ojciec,

Nie da Ci tego matka,

Co dać Ci może Twa własna… Firma…tka!

Jeśli lubisz się uczyć, masz wystarczająco dużo pokory, by codziennie popełniać błędy, mówić „przepraszam” za każdy razem gdy dasz ciała, jeśli nie straszne Ci przyznanie się do tego, że czegoś nie umiesz, nie wiesz, albo czegoż nigdy nie robiłeś – zapraszam do gry. To naprawdę niezła szkoła. I z pewnością nie dla wszystkich, oj nie.

Lekcja Czterdziesta – zawęź, a będzie Ci rozszerzone

 

zawez-a-bedzie-ci-rozszerzone-1-700x467

Kiedy uczyłam się w Szkole Trenerów Grupy SET, było dla mnie oczywiste, że muszę się w czymś wyspecjalizować. Nie chciałam być trenerem od wszystkiego i od niczego. Odkrycie przyszło dość szybko – to była właśnie wspominana już (przy okazji pracy 20) książka Dana Roama. Uprzytomniłam sobie, że to, co robiłam latami (prosty odręczny rysunek pomagający w myśleniu i zapamiętywaniu), ma nazwę, są ludzie, którzy się tym profesjonalnie zajmują na całym świecie i że skoro to jest dla mnie takie naturalne, dlaczego by się tym nie zacząć zajmować? Zawęziłam więc moje pola działania. Działo się to pomalutku, krok po kroku. Na początku mojego freelancerstwa (jak chociażby w grudniu 2012) miałam jeszcze zlecenia szkoleniowe z obsługi Klienta w niedużym call center w Łomży. Przyjmowałam wtedy zlecenia jak leciało, bez przebierania: jest hajs, bierzemy. To był dopiero początek, każdy grosz się liczył.

klaudia-tolman-inspiruje-do-rysleniaAle potem stopniowo odmawiałam zleceniom pobocznym; przykładowo miałam okazję kiedyś współpracować z Bogusiem i Asią Michalakami przy kilkumiesięcznym projekcie dla fabryki IKEA w Goleniowie. Prowadziliśmy szkolenia dla kierowników i dyrektorów fabryk z umiejętności managerskich, z komunikatu „ja”, z wyznaczania granic, i z szeroko pojętych umiejętności interpersonalnych. Było to niesamowicie cenne doświadczenie i oczywiście w trakcie jego wykonywania miałam flow, świetnie mi się pracowało z Bogusiem na sali, dużo się nauczyłam i tak dalej… Teraz jednak analogicznego zlecenia nie przyjmę: nie ma na nie miejsca w moim kalendarzu. Wiem – stało się to już kilkanaście albo kilkadziesiąt razy – że z chwilą, kiedy zabookuję sobie kalendarz inicjatywami pobocznymi, nie tak bardzo związanymi z myśleniem wizualnym, to dokładnie w te zarezerwowane daty przyjdą zapytania, którym odmawianie będzie bolesne jak niejedne skutki działania maszyn w Muzeum Tortur…

Ale dlaczego zawężać?

 

Ważna i nieco przydługawa dygresja, manifest-ryslicielki-700x1002która pomoże Wam zrozumieć dlaczego „zawężenie swojej działalności” spowoduje – jak napisałam w tytule – że będzie Ci rozszerzone. Czyli dane 🙂

Od 18 stycznia 2015 przedstawiam się na niemal każdym szkoleniu następującym flipchartem (obok). Za każdym razem rysuję go od początku, na oczach uczestników, wprowadzając interakcję z uczestnikami (w dodatku potem przeprowadzam mały eksperyment sprawdzający, ile z tego zapamiętali, ale nie o tym teraz), a na samym końcu w tzw. międzyczasie nanoszę na niego kolor (choć nie robię tego za każdym razem). Jest to bardzo spójna, uporządkowana opowieść, którą można by było skrócić na potrzeby Projektu 30:30 tak:

Nazywam się Klaudia i jestem Ryślicielem®, czy też Ryślicielką®. Doczekałam się nawet znaku ®, bo jestem znakiem towarowym zastrzeżonym, jak Volvo®, Apple® czy IKEA®. Co to znaczy, że jestem Ryślicielem? To znaczy, że rysuję myśli i myślę rysunkami. Mam na co dzień do czynienia z ludźmi. Są to w 95% dorośli ludzie, których ja inspiruję do ryślenia, zachęcam ich do tego, aby na nowo rysowali. „Na nowo” dlatego, że każdy z Was, wszyscy jak tu siedzicie, kiedyś rysował.

Dlatego to robię? Bo wierzę, że cały świat, że absolutnie każdy może rysować. I celowo używam określenia, że każdy może rysować, a nie np. każdy umie, bo wiecie jak jest z tym „umieniem”? Dorośli twierdzą, że nie umieją rysować. Co jest niezwykle ciekawe, bo jakbym Was zapytała naście czy dziesiąt lat temu, jak byliście dziećmi, czy umiecie rysować, to wszystkie ręce byłyby w górze… A ja twierdzę, że każdy może. Bo z rysowaniem jest jak ze śpiewaniem… „Śpiewać każdy może…” Rysować też każdy może, trochę lepiej, lub… jeszcze lepiej! 

Jak to robię? Robię to pewną częścią mojej osobowości… Ta część mojej osobowości jest widoczna niemal gołym okiem. Co to jest? Tak, dziecko, moje wewnętrzne dziecko. Ja pracuję dzieckiem. Na takiej energii dziecka, twórczej, radosnej energii, w której nie ma cenzora, krytyka. Tam nie ma, że czegoś nie wypada, że coś jest obciachem. Pracuję dzieckiem i budzę to dziecko w dorosłych ludziach. 

A co dokładnie robię? Zajmuję się trzema dziedzinami:

  1. Po pierwsze jestem trenerem. Od 2010 jestem trenerem (po Grupie SET), a od 2012 jestem trenerem wyspecjalizowanym w myśleniu wizualnym. Prowadzę szkolenia i warsztaty zawsze związane z myśleniem wizualnym: które albo w treści i w formie są z myślenia wizualnego, albo tylko w formie. Jeśli tylko forma jest wizualna (a treść czy cel inny) wówczas nazywam to graficzną facylitacją i pomagam grupom dotrzeć do jakiegoś punktu albo znaleźć rozwiązanie poprzez proste wizualizacje.

  2. Po drugie od 2013 jestem graphic recorderem. W trakcie różnych konferencji wychwytuję absolutną esencję z przedstawianej treści, słucham, analizuję i w tym samym czasie rysuję wielkoformatową notatkę wizualną, po to, żeby ludzie więcej zapamiętali i więcej wynieśli z wydarzenia.

  3.  A od 2014 roku wspólnie z moim Narzeczonym – i już teraz kilkunastoosobowym zespołem – robimy filmy rysunkowe pod marką ExplainVisually.co. Mamy studio animacji whiteboardowej i wyjaśniamy skomplikowane treści w prosty sposób dla firm i instytucji, które chcą myśleć nieszablonowo i mają już dość zjawiska death by power point.

I teraz czemu „odegrałam tę scenę” przed Wami w narracji tekstowej? I co oznaczają te różowe wyboldowania? Otóż jeśli przychodzi do mnie zapytanie o wykonanie jakiegoś zlecenia, i to zlecenie nie wpisuje się w któryś z boldów – nie przyjmuję go. Ten opis mojej działalności (swego rodzaju „manifest Ryślicielki®”) jest dla mnie bardzo jasnym drogowskazem, pomaga mi podejmować decyzje w biznesie. Jeśli coś nie leży w zakresie moich działań, nie przyjmuję tego.

Co przykładowo odrzucam?

  • Szkolenia dla dzieci i młodzieży – ponieważ ja szkolę dorosłych;
  • Zlecenie, w którym czuję / widzę / wiem, że element twórczej zabawy i uwalniania energii dziecięcej jest niedopuszczalny i nie będę mogła obudzić w ludziach dzieci (bo będzie to jakieś śmiertelnie poważne spotkanie managementu i nie dopuszczają elementy zabawy);
  • Szkolenia, w których nie mogę wpleść myślenia wizualnego (no i oczywiście szkolenia, w których tematy są mi obce – z BHP, metod wiązania krawatów czy inwestowanie na giełdzie);
  • Zlecenia na graphic recording (GR) na konferencji prowadzonej w nieznanym mi języku (śmiejcie się śmiejcie, kiedyś miałam rysować rosyjskojęzyczną konferencję bez udziału tłumacza…) lub gdy graphic recording miałby nie być widoczny wielkoformatowo (np. miałabym rysować na A4 a potem organizator przesłałby uczestnikom skany) albo wykonane przeze mnie wielkoformatowe zapisy nie byłyby później nigdzie eksponowane (jeśli nie mają być eksponowanie, jaki jest sens robienia GR?);
  • Filmy rysunkowe, w których użyczyłabym tylko swojej ręki, ale zrobione byłyby pod czyjąś marką – przecież mamy swoją;
  • Zlecenia na ilustracje (do książek, publikacji, artykułów, na strony itd.) – w moim „manifeście” nie ma (już!) w dziale co robię informacji o tym, że wykonuje ilustracje. Nie przyjmuję już tych zleceń, podzlecam je innym, świetnym ilustratorom, z którymi współpracujemy.

Co mi dało zawężenie swojej działalności?

Od pewnego etapu mojej działalności (kiedy była już wystarczająco rozwinięta) nie opłaciło mi się bawić się w zlecenia nie leżące w moim głównym nurcie. One niepotrzebnie odciągają moją uwagę (i zabierają mój czas!) od tego, co jest dla mnie najważniejsze. Co ciekawe: kiedy asertywnie odmawiałam tych niechcianych zleceń, z czasem miałam poczucie, że tych pożądanych zaczęło się pojawiać więcej. Nie spuszczanie z oka kierunku, w jakim płyniemy, znacznie ułatwia płynięcie.

O tym skupieniu się na jednym nurcie (u mnie: myślenie wizualne) oraz kilku fundamentalnych działach (u mnie: szkolenia, GF, GR i filmy) opowiadam także w tym krótkim wywiadzie w ramach projektu Zmiana (w) pracy:

(a tutaj znajdziecie też „wpadki” z nagrywania wywiadu, są doprawdy wyborne, polecam ;P)


Praca nr 25

Trener Myślenia Wizualnego

Pierwszą rolą, w jaką naturalnie weszłam „na swoim” było oczywiście trenerstwo. Pracowałam jako trener już dwa lata, ukończyłam szkołę trenerów, więc po uświadomieniu sobie, że będę trenerem myślenia wizualnego, przystąpiłam migusiem do roboty!

Swoje pierwsze (trzygodzinne) szkolenie z myślenia wizualnego przeprowadziłam jeszcze za czasów pracy w korporacji, a dokładnie 24 maja 2012 dzięki uprzejmości Grupy SET i w ramach inicjatywy Klub Trenera Akademii SET (zobacz stronę spotkania na GoldenLine). Jego organizatorem była Gosia Leduchowska. Gosia zresztą zresztą odgrywa znaczącą rolę w mojej historii (o tym mogliście już przeczytać we wpisie na temat serendypii), bo to dzięki Niej (i Jej coachingom) poczułam w sobie gotowość do rzucenia pracy.

Tak jak już wspominałam w Projekcie 30:30, tych lekcji z każdej „odnogi” mojej działalności freelancerskiej (1: szkolenia, 2: graphic facilitation, 3: graphic recording, 4: filmy) jest tak dużo, że one same mogłyby stanowić osobny projekt z kiludziesięcioma lekcjami… Dlatego z trenerstwa podzielę się tylko najważniejszymi trzema: 

Lekcja Czterdziesta Pierwsza – o niszy

przygotowania-do-pierwszego-szkolenia-z-myslenia-wizualnego
Przygotowania do mojego pierwszego wolnorynkowego, otwartego szkolenia. Na ścianie resztki po domowych kalamburach 🙂

Trenerem jestem od 2010 (czyli od momentu rozpoczęcia pracy w Teleperformance) a trenerem wyspecjalizowanym w myśleniu wizualnego od 2012. Moje fundamenty pracy trenerskiej były budowane w trwającej 8 miesięcy Europejskiej Szkole Trenerów Grupy SET (październik 2010 – maj 2011), dzięki czemu wyrobiłam w sobie przeświadczenie, że muszę się w czymś wyspecjalizować. Od samego początku nie chciałam być trenerem od wszystkiego, czyli od niczego. Trenerów na rynku było (i nadal jest!) jak psów – istne zatrzęsienie! Wiedziałam, że żeby stworzyć sobie miejsce na rynku szkoleniowym, potrzebuję czegoś swojego. Przyświecała mi idea wyspecjalizowania się… Ba, nie tylko przyświecała – ona mnie wręcz prześladowała! W trakcie szkoły trenerów umartwiałam się, jakim trenerem będę, od czego… Z czego będę szkolić? Przez kilka miesięcy nie znajdowałam odpowiedzi. Aż do momentu, w którym Bartek, jeden z uczestników tego kursu, pokazał mi książkę Dana Roama „Narysuj swoje myśli”. To było jak objawienie. Z chwilą zobaczenia tej książki wiedziałam, że to jest to! Dlaczego?

Ja całe życie myślałam rękami. Lepiłam, szyłam, dłubałam, wielbiłam wszelkiego rodzaju handmade’y i DIY, ozdabiałam swój pokój (z nastoletnich uniesień: połowa pokoju była w plakatach Leonardo di Caprio a druga w Michaelu Jacksonie), sama sobie „zbudowałam” garderobę, krótko mówiąc – byłam takim kobiecym Pomysłowym Dobromirem. Lubiłam też pisać: prowadziłam przez lata pamiętniki (zarzekałam się w nich, że kiedyś napiszę książkę, co nadal podtrzymuję!) i pisywałam z moją przyjaciółką Agaty listy (a największą frajdę dawało mi zdobienie kopert, o czym możecie posłuchać tutaj). Lubiłam też oczywiście rysować i kolorować. Rysowanie nie było jakąś moją dominującą pasją, ono było „jedną z wielu”, działo się gdzieś w tzw. międzyczasie, w tle.

moje-rysunkowe-notatki-ze-studiow-700x525
Moje notatki ze studiów (2010-2011), przedmiot: pomoc psychologiczna. 1 strona A4 to esencja z 50 slajdów od wykładowczyni. Tutaj znajdziesz więcej moich notatek.

W sposób absolutnie naturalny tak właśnie prowadziłam notatki na studiach (zobacz zanimowaną ewolucję moich notatek rysunkowych). Czy robiłam to w podstawówce, gimnazjum i liceum? Co do tego nie mam pewności (nie mam żadnych zeszytów z tamtych czasów). Dlatego odkrycie, że to całe proste rysowanie ma nazwę (myślenie wizualne), że ludzie to robią i na tym zarabiają, było oszałamiające. Chciałam koniecznie pokazać to światu! Dobra, nie światu – bardziej Polsce, bo kiedy na początku 2011 wpisywało się hasło myślenie wizualne w polski Internet, można było natrafić na raptem trzy linki. Pamiętam, że każdy z nich był wpisem na ogólnych blogach osób, które pisywały o rzeczach różnych, co oznaczało, że nie było w Polsce osób zajmujących się tym profesjonalnie… Żadna z tych osób nie była kimś w rodzaju Dana Roama na polskim rynku. Idealnie się więc wpasowałam ze swoimi poszukiwaniami specjalizacji! Nie dość, że znalazłam specjalizację bliską mojemu sercu, to jeszcze była to w tamtym czasie nisza w Polsce!

O tym, żeby się wyspecjalizować pisałam już w Lekcji Czterdziestej. Ale specjalizacja i nisza to nie to samo. Można się przecież wyspecjalizować w czymś, czego jest bardzo dużo na rynku: w szkoleniach ze sprzedaży (1.430.000 wyników w Google), zarządzania (1.020.000 wyników) czy negocjacji (507.000 wyników). Można robić szkolenia integracyjne (737.000 wyników – dla porównania: na hasło „szkolenie z myślenia wizualnego” dostajemy 82.600 wyników). Ale można się też wyspecjalizować w czymś, co jest niszą. Słyszeliście o Felgarzu z Woli? Ja usłyszałam o nim dopiero niedawno od Michała, mojego Narzeczonego, który jest jego Klientem od lat. Pan Józef jest najprawdopodobniej jedyną osobą w Warszawie wykonującą aktualnie zawód felgarza. Telewizja Planette uznała to za na tyle interesujące, że zrobiła o nim film dokumentalny 🙂

 

 

Bądź jak Pan Felgarz z Woli – znajdź swoją niszę. I – daj Losie! – niech Cię to jeszcze kręci! Bo jak mówi Pan Józef – który zanim założył zakład był sportowcem zawodowym – lubienie swojej pracy jest ważne:

Lecz jako niespokojna dusza, mimo usilnych starań władz sportowych, żebym trenował, ja się wziąłem za rzemiosło. Zrezygnowałem ze sportu. Uznałem, że to nie jest moje miejsce. Wziąłem się za brudną, ciężką robotę, która mi w zupełności odpowiada. Czym gorsza, tym lepsza!

Lekcja Czterdziesta Druga – o docenianiu i wycenianiu siebie

Pamiętam, jak bardzo niepewnie wyceniałam swoją pracę na początku swojej freelancerskiej pracy. Miałam pojęcie o tym, jakie panują na rynku trenerskim stawki szkoleniowe za godzinę, ale oczywiście w mojej głowie dźwięczały słowa niepewności mówiące „ja mam prosić o tyle kasy? Ale dlaczego? Przecież jestem jeszcze niedoświadczona, są lepsi, gdzie tam tyle kasy, nie zasługuję…”.

klatka-z-filmu-parp-o-segmentach-trenerow
Klatka z filmu który zrobiliśmy na rzecz PARP (Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości) w listopadzie 2014 roku (film z podsumowaniem badań rynku trenerów w Polsce; jest to jednocześnie nasz najdłuższy, bo ponad 11-minutowy film!). Widzimy tu przyjętą przez PARP segmentację trenerów w zależności od stawki oraz ilości godzin szkoleniowych w miesiącu. W tej segmentacji jestem krukiem. I to takim… wypasionym krukiem, może nawet białym 🙂 Moja stawka za godzinę jest zdecydowanie większa niż 200zł netto, a i godzin szkoleniowych mam w miesiącu dużo więcej niż 32 (ok. 56-64 h / mies).

Wcześniej, kiedy pracowałam całe życie dla kogoś, to nie miałam przecież zbyt częstych okazji do rozmawiania o pieniądzach i moim wynagrodzeniu. Ustalało się to na początku pracy i tyle (rozmów o podwyżki najczęściej nie doczekiwałam, skoro pracowałam po 4, 6, 7 czy 10 miesięcy w jednym miejscu). A we freelancerstwie codziennie rozmawiasz o swoich stawkach, negocjujesz, tłumaczysz, ile jest warta Twoja praca i dlaczego aż tyle. Na początku czułam się bardzo niepewnie. Przyjęłam jednak konsekwentną zasadę, że z każdym zleceniem podwyższam swoją stawkę, żeby dojść do górnej „granicy”, którą rynek jest w stanie znieść. Pamiętam, że jakieś początkowe zlecenia wyceniałam na 100-150zł za godzinę pracy netto. Potem przyszedł wielki światowy Klient (z dużym budżetem!) i potraktowałam to jako okazję, żeby nauczyć się siebie doceniać i godnie wyceniać. Pamiętam, że krzyknęłam (bez wiary w powodzenie tej akcji) 600zł za godzinę (przy 2 godzinnym warsztacie), licząc na to, że będą negocjować, i że finalnie trochę zejdziemy z tej kwoty… Klient powiedział krótko: spoko, dobra cena, bierzemy. Żadnych negocjacji! Jakaż byłam zdziwiona! I w dwie godziny zarobiłam 1200zł netto (na rękę) 🙂 To było wtedy dla mnie niepojęte! I jednocześnie pozwoliło mi zrozumieć, że:

  1. Negocjacjowanie swoich stawek to nic strasznego (straszny jest np.  kurcz toniczny mięśni kręgosłupa, nie polecam).
  2. Muszę sama siebie cenić, żeby i inni mnie doceniali.

Lekcja Czterdziesta Trzecia – o błogości delegowania

W marcu 2015 roku doznałam wglądu i dojrzałam do stwierdzenia, że… mam za dużo pracy 🙂 I nie jestem w stanie wszystkiego robić sama. Zatrudniłam asystentkę, Martę Staroń-Młot, z którą współpracuję do tej pory (w marcu 2017 stukną nam 2 lata razem!). Marta była pierwszą osobą, której obecność w moim życiu tak mocno wpłynęła na odciążenie mnie w sprawach zawodowych. Kiedy ją zatrudniałam, byłam bowiem już nie tylko trenerem (od 2012), ale i graphic recorderem (od 2013) i prowadziłam z moim – jeszcze wtedy – Facetem, Michałem, studio whiteboardowe produkujące filmy rysunkowe (od 2014). Nie ogarniałam tej kuwety…

A pokusa Zosio-samosiowania jest mocna, szczególnie u tak silnej i samodzielnej kobiety jak ja… „Co – ja nie dam rady?! Poradzę sobie! Nie potrzebuję pomocy!”. Znacie to, prawda? Idę o zakład, że duża część (większość?) młodych przedsiębiorców przez długi czas bierze wszystko na siebie i robi niemal wszystko samodzielnie: począwszy od spraw biurowych (wysyłanie listów tradycyjnych, odpowiadanie na maili, organizacja swoich aktywności), sprzedażowych (tworzenie ofert, kontakt z Klientem), księgowości (na to się na szczęście nawet nie porywałam, mam księgową od samego początku działalności gospodarczej, czyli od 14.10.2013), marketingu (ogarnianie strony internetowej i kanałów społecznościowych) i wielu, wielu innych… Przedsiębiorcze Zosio-samosiowanie na starcie jest zrozumiałe: przecież nie mamy środków na to, żeby płacić ludziom wynagrodzenie na początku rozwijania biznesu. Jednak w pewnym momencie warto odpuścić i zdjąć sobie z barków tak dużo, ile tylko można. Nadmierna samodzielność ani nie jest zdrowa, ani higieniczna, a już w szczególności: jest po prostu bardzo samolubna i egocentryczna. Dajmy, do cholery, zarobić innym na tym, że się dorobiliśmy 🙂 To całkiem nowa jakość, której się nie ma w pracy na etat. Świadomość, że dzięki Tobie ktoś może zarobić.

projekt3030-praca-25-trener-myslenia-wizualnegoDelegowanie jest naprawdę błogosławieństwem. Pomaga, odciąża, daje ulgę, daje odetchnąć, utwierdza, że idziemy w dobrym kierunku (i to jeszcze nie w pojedynkę!). To także duża praca na zaufaniu. Ktoś, kto ma „nieprzepracowane” zaufanie do ludzi, pewnie będzie się delegowaniem zadań niezwykle utrudzał… No bo – witaj ponownie Zosiu Samosiu – przecież „nikt nie zrobi tak dobrze jak ja!”… Czy to prawda? Że nikt nie zrobi tak dobrze jak Ty? Możliwe. Na tym etapie mojej działalności (zima 2016) także uważam, że nikt z moich wszystkich współpracowników tak dobrze nie zaprojektuje szkolenia czy warsztatu dla Klienta. Ale czy nikt tak dobrze jak ja nie odpisze na maila? Nikt tak dobrze jak ja nie wyśle listu na poczcie? Nikt tak dobrze jak ja nie zleci wydruku zeszytów ćwiczeń na szkolenie? Albo nikt tak dobrze jak ja nie będzie się komunikował z Klientem? Litości, oczywiście, że nie.

Wszystko co tylko możesz, deleguj. Nie jesteś od robienia wszystkiego. Nie możesz być. I nie będziesz. A na pewno nie będziesz na długo – bo padniesz na twarz z wycieńczenia. Jak i ja nie raz padałam (i padam do tej pory pomimo – o ironio! – kilkunastoosobowego zespołu).


Praca nr 26

Ilustrator

Z chwilą odkrycia, że Myślenie wizualne „jest mi pisane” założyłam na Facebooku Fanpage o nazwie (uwaga, zaszokuję Was) Myślenie Wizualne. Do dziś jest to najpopularniejszy polski Fanpage związany stricte z myśleniem wizualnym (stan lubisiów na 10.11.2016: 6285 osób). Początkowo nie miałam na niego absolutnie żadnego pomysłu… Pamiętam nawet pierwszy poczyniony tam post (jest mi go trudno znaleźć mając na uwadze, że Facebook zlikwidował możliwość przeszukiwania postów po dacie publikacji). Szczerze mówiąc nijak się on miał do tematyki fanpage’a… To było zdjęcie pizzy odgrzewanej w piekarniku bezpośrednio na „kratce”, więc środek pizzy spłynął na niższy poziom w piekarniku… Wyglądało to trochę jak chmura atomowa… Jak widać – działałam po omacku, testowałam, bawiłam się 🙂

klaudia-tolman-nie-taki-ilustrator-jak-ja-malujaZ czasem wpadłam na pomysł, żeby publikować na nim dość odjechane i wcale nie takie proste kalambury. Dziś podobny sposób myślenia i humor można znaleźć na fanpage’ach: Jaroński czy Pasjonaci Ubogiego Żartu, z tą różnicą, że tam rysunki nie są kalamburami. Mają już rozwiązania. U mnie ludzie godzinami komentowali rysunki zastanawiając się, o co do cholery chodzi z tą Panią wychodzącą z toalety, czy jeszcze z czymś innym. Naprawdę się wkręcali w zabawę! Moje facebookowe kalambury cieszyły się olbrzymią popularnością. Działało to tak, że użytkownicy w ramach nagrody za zgadnięcie danego kalambura mogli podsyłać także nowe hasło do narysowania przeze mnie. Mogli też wysyłać do publikacji przez fanpage swoje własne zgadywanki. Wszystkie te kalambury są oczywiście skrupulatnie zarchiwizowane na Fanpage’u – tutaj znajdziesz kalambury mojego autorstwa (364 rysunki), a tutaj kalambury podsyłane przez użytkowników (101 rysunków). W sumie jest tego aż 465 rysunków! Mieliśmy naprawdę niezły ubaw 🙂 Poniżej wybór kilku kalamburów.

Część kalamburów znajduje się także na tyłach moich wizytówek: mam 10 różnych wizytówek z dziesięcioma różnymi przodami i różnymi tyłami, co stanowi świetną zabawę na szkoleniach, jak i w każdej sytuacji networkingowej. Bawimy się niemal za każdym razem 🙂 Czego się nauczyłam na skutek „pracy” jako „ilustrator”? (ujmuję oba te słowa w cudzysłów, bo zarówno „pracowanie jako ilustrator” oraz ja w roli „ilustratora”, wydają mi się dość abstrakcyjnymi pojęciami).

 

Lekcja Czterdziesta Czwarta – praktyka czyni mistrza

Z rysunku na rysunek widzę, jak wielkie znaczenie ma praktykowanie i regularne rysowanie. Traktuję bowiem rysunek jako umiejętność, jak każdą inną: jak mówienie w obcym języku, jazdę konną, gotowanie, żonglowanie, szycie czy czytanie. Moglibyśmy w sposób bierny czytać o rysowaniu, chodzić na konferencje na temat rysowania, obserwować innych jak rysują, ale jeśli nie dołączymy to tego praktykowania, to nauka rysowania zajmie nam koszmarnie dużo czasu.

Nie zapomnę moich pierwszych ilustracji wykonanych do (fantastycznej!) książki „Trening Trenera” Adama Walerjańczyka. Dziś, jak na nie patrzę, dopada mnie malutkie zażenowanie… Myślę sobie „Serio? I Adam to zatwierdził? Jemu się to podobało…?!”. Bo dziś zrobiłabym te rysunki lepiej.

Potem miałam okazję robić ilustracje jeszcze do kilku pozycji książkowych (Kalendarz motywacyjny Debeściak 2016, książka Kalejdoskop Mocy Magdaleny Przybysz, Kalendarz motywacyjny Debeściak 2017), przez cały 2014 rok wykonywałam ilustrację podsumowującą cały numer magazynu Personel Plus oraz ilustrację okładkową i oczywiście wykonałam całą masę ilustracji statycznych dla Klientów wykorzystywane do celów przeróżnych (dużą część z nich znajdziecie w moim Portfolio). Im dłużej to robię, tym bardziej jestem z nich zadowolona. Mam coraz bardziej wyćwiczoną rękę, coraz lepsze pomysły, słowem: jestem coraz lepsza. I od tego nie ma wyjątków. Ćwiczysz – jest lepiej. Nie ćwiczysz – jest tak samo jak było, albo nawet gorzej. Żadna skomplikowana filozofia, proste jak siusianie (choć jak wiemy z historii o Jasiu z lekcji Osiemnastej, siusianie też może być wyzwaniem).

Lekcja Czterdziesta Piąta – nie kręci mnie robienie ilustracji

Tak! Brzmi to niewiarygodnie, ale powtórzę dla pewności: po kilkudziesięciu wykonanych ilustracjach na zlecenie stwierdzam, że mnie to nie kręci. Nie lubię tego procesu dziubdziania, poprawiania w kółko, ciągłych iteracji tego samego, no nie lubię. Męczy mnie to! Od zawsze używałam rysunku żeby szybko i jasno uchwycić albo przekazać myśl. Grzebanie w czymś, co już zrobiłam jest dla mnie niekomfortowe – po co miałabym to robić? Ileż można? Poza tym mając na uwadze mój tryb życia (często podróżuję po Polsce, potrafię nie być kilka dni pod mailem, bo mam serię szkoleń pod rząd) typowa praca ilustratorsko-graficzna jest dla mnie kulą u nogi. Dlatego też nie komunikuję marketingowo tego, że robię ilustracje, bo nie zależy mi już na takich zleceniach. Robię je niezwykle sporadycznie, np. wtedy, gdy rysunek jest jedynie małym elementem w większym zamówieniu (np. robimy dla firmy 4 filmy rysunkowe, a do tego chcą także spójny z kreską z filmu plakat czy ulotkę). Dlatego, jeśli chcesz mi zlecić ilustrację – najprawdopodobniej Ci odmówię ;] Ale – co ważne – polecę Ci jakiegoś świetnego, profesjonalnego ilustratora, z którym współpracujemy przy naszych projektach. Więc nie zostaniesz na lodzie, bez obaw 😉

Historia o słuchaniu papieru

Mam też szalenie ciekawą historię związaną z komunikowaniem światu faktu robienia / nierobienia ilustracji, która wydaje mi się wartym uwagi case study i często opowiadam o nim na moich szkoleniach. W listopadzie 2014 roku miałam okazję poprowadzić warsztat pod zadziornym tytułem „Nawet nie wiesz, ile jeszcze o mnie nie wiesz – wzmacnianie relacji w grupie poprzez improwizację rysunkową” dla pracowników Frito Lay. Na początku szkolenia przedstawiłam się grupie rysując na bieżąco na flipcharcie esencję tego, o czym mówiłam. Od tamtej pory praktycznie na każdy szkoleniu / warsztacie / wystąpieniu na konferencji przedstawiam się w ten sposób, czasem dodając kolor już po narysowaniu. Jeśli czytacie na bieżąco Lekcje z kolejnych prac, możliwe, że wydaje Wam się to znajome… Przyjrzyjcie się. Tak, tak – to jest ten mój „Manifest Ryślicielki”, o którym już pisałam w Lekcji Czterdziestej. Dla porównania przypominam jak wygląda ta wersja dzisiaj (kliknij aby zobaczyć).

Poniżej możecie zobaczyć pierwszych 7 flipchartów z moim przedstawieniem, wykonanych w trakcie różnych szkoleń na przełomie listopad 2014 – styczeń 2015. Fascynujący wydaje mi się proces wyraźnie obserwowalnej ewolucji tej planszy. Wiedziałam CO chcę przekazać ludziom, ale nie miałam za dobrze zaplanowanej struktury tego rysunki, co bardzo dobrze widać w ich chaosie i kiepskim zaplanowaniu. Przyjrzyj się szczególnie górnej części flipchartu, tej ponad rysunkową Klaudią, gdzie odpowiadam na pytanie „co” (czyli „co robię”). Wymieniam tam świadczone przeze mnie usługi. Szczególnie zwróć uwagę na to, co się dzieje na każdym flipcharcie z pozycją „ilustracje”.

 

Czy widzisz z jakim trudem i mozołem próbuję każdorazowo wcisnąć pozycję „ilustracje” na flipchart? Czy widzisz, jak ona skacze? Jak zmienia swoje miejsce, za każdym razem jest właściwie gdzie indziej, to tu, to tam…? Hula tam jak popcorn po garze! Wyraźnie widać, że nijak nie idzie mi wciskanie tego na planszę. I wiesz, co finalnie zrobiłam? Posłuchałam papieru. Doszłam do wniosku po tych siedmiu próbach, że – nosz w mordę! – chyba papier chce mi coś powiedzieć…? Papier swoim utrudzonym ściśnięciem daje mi znaki, że mam nie umieszczać tych nieszczęsnych „ilustracji” w moim Manifeście, kiedy opowiadam o swoich usługach. Że nie ma tam wystarczającej ilości miejsca na to! A że mam wielki szacunek do Instytucji Papieru i wierzę w jego mądrość, to zgodnie z jego podpowiedzią, przestałam pisać, że zajmuję się ilustracjami 🙂

Od połowy stycznia 2015, kiedy to poprowadziłam z kolei dwa całodniowe szkolenia w Poznaniu (jedno otwarte dla wszystkich, drugie dla nauczyciel, widzicie je powyżej) i wypracowałam tam finalnie dobrze zaplanowaną strukturę flipchartu, hasło „ilustracje” nie widnieje już na moim flipie z przedstawieniem. I nie sądzę, żeby kiedykolwiek się już pojawiło 🙂


Praca nr 27

Graphic Recorder (skryba wizualny)

Moją drugą – po trenerstwie – dziedziną, w której działam, jest graphic recording (w skrócie GR) – zajmuję się nim od 2013 roku. Czym jest graphic recording?

Tym:

Po co się go wykonuje? Żeby uczestnicy spotkania (które jest rysowane w taki sposób) mieli okazję głębiej przetworzyć najważniejsze informacje, a w efekcie więcej z niego wynieść.

Jak dokładnie przebiega GR? Wejdźcie minimalnie w moje buty i spróbujcie zrozumieć proces. Hasła klucze to: na żywo / szybko / esencjonalnie / na dużym formacie / w sposób widoczny dla uczestników. Opowiadam też o tym w tym wywiadzie, jakiego udzieliłam w trakcie konferencji Power of Content Marketing. Poniżej także kolejny poglębiający filmik naszego autorstwa:

Co można rysować w taki sposób? Wszelkie okazje, w których w jednym miejscu są dwa składniki naraz: ludzie oraz informacje. Czyli konferencje branżowe, konferencje typu TEDx, konferencje otwarte, zamknięte, spotkania strategiczne, off-cite’y, warsztaty, burze mózgów, prezentacje produktowe, zebrania, szkolenia, seminaria, wykłady itp. Tak jak wspomniałam: jeśli są tam ludzie i Ci ludzie wymieniają się jakimiś informacjami, jest tam też miejsce dla graphic recordera.

Lekcja Czterdziesta Szósta – klienci mają świetne pomysły

Dacie wiarę, że to Klient mnie oświecił, że jest coś takiego, jak graphic recording? Któregoś dnia dostałam maila z propozycją rysownia w czasie spotkania, w trakcie którego zaprezentują się społeczne startupy (nazywało się to: Pierwsze Laboratorium Innowacji Liderskich, więcej informacji o spotkaniu tutaj). A ponieważ mnie nie trzeba dwa razy zachęcać do podjęcia jakiegoś nowego wyzwania biznesowego (przypominam: otwartość na doświadczenie w NEO-FFI na poziomie 76%!), z wielkim entuzjazmem przyjęłam propozycję.

Uwaga, będzie żenująco – pokażę Wam mój pierwszy graphic recording! Taki pierwszy, pierwszy! 😀 Historia stojąca za kulisami jego powstawania jest urzekająca i stanowi naukę samą w sobie, dlatego śpieszę się już nią podzielić. Oto one, jedyne w swoim rodzaju, dowody na to, że każdy kiedyś zaczynał i robił tak jak umiał. Czyli… no, nie oszukujmy się, średnio na jeża, a nawet zwyczajnie ordynarnie – SŁABO.

Wyraźnie widać na tych planszach dokładnie tego dnia narodzoną fascynację nowym produktem, z którym zapoznał mnie mój Klient, a mianowicie: farbkami w sztyfcie. Do tej pory je uwielbiam, choć nie używam ich już tak często jak kiedyś (dziś właściwie nie używam ich wcale). Byłam tak podniecona ich konsystencją, kolorami i działaniem, że w sposób maniakalny (co widać na rysunkach) chciałam je wykorzystać wszędzie gdzie popadnie. Coś napisać farbkami? Proszę bardzo! Narysować? Ależ proszę! Zrobić granatowe tło w paski, które kompletnie odciągnie uwagę od całej merytoryki tych i tak trudnych do rozczytania zapisów wizualnych? No jaha!

Klasyczna sytuacja dziecka, które dostało nową zabawkę i chciało się nią nacieszyć i wybawić za te wszystkie lata nie posiadania tej zabawki 🙂 Poza wielką radością i chęcią eksploracji nowego gadżetu, co mam jeszcze wspólnego z dzieckiem? Tempo nauki. Dzieci uczą się przecież błyskawicznie. Filmik, który umieszczony jest na początku tej Pracy 27 (czyli ten) pokazuje wykonywanie mojego zapisu graficznego w czasie drugiego wydarzenia, na którym rysowałam, czyli można by przyjąć, że to moja drugi zapis w życiu. Czy widzisz, o ile lepszy jest w porównaniu z pierwszym eventem?

Plansza z mojego drugiego zlecenia graphic recordingowego
Plansza z mojego drugiego zlecenia graphic recordingowego

I żeby była jasność – temat tej lekcji brzmi „Klienci mają świetne pomysły”. Naprawdę tak uważam. Gdyby nie ten Klient, to być może moja przygoda z graphic recordingiem zaczęłaby się o wiele później (albo wcale). Gdyby nie ich inicjatywa, to nie miałabym okazji odkryć, że jest coś takiego jak farbki w sztyfcie, co jest bardzo fajnym narzędziem dla dzieci, młodzieży i dorosłych, jeśli chodzi o rysowanie na dużym formacie. Wielokrotnie to właśnie moi Klienci wpadali na świetne pomysły i przychodzili do mnie z pytaniem „da się zrobić?”.

To z inicjatywy i pomysłu Klienta zaczęłam robić graphic recording.

To z inicjatywy i pomysłu Klienta zaczęłam robić filmy rysunkowe (poniżej nasz pierwszy film w naszej historii), a tu znajdziecie dwa pozostałe dla tego samego Klienta):

 

 

To z inicjatywy i pomysłu Klienta kiedyś wykonywałam GR w trakcie pierwszych dnia otwarcia wystawy IDEE w Młynie Wiedzy w Toruniu, gdzie w życiu bym nie wpadła, żeby robić graphic recording z ludzkich interakcji z obiektami w muzeum (zobaczysz je poniżej):

To z inicjatywy i pomysłu Klienta robiłam kiedyś 6 razy graphic recording na lekcji matematyki oraz 6 razy na lekcji historii, żeby pokazać dzieciakom, że mogą sobie tak łatwo robić notatki w swoich zeszytach (możecie o tym przeczytać tutaj).

To z inicjatywy i pomysłu Klienta zrobiłam mój pierwszy GR w Unii Europejskiej poza Polską (w Amsterdamie):

graphic-recording-dla-polish-professional-women-in-the-netherlands

To z inicjatywy i pomysłu Klienta kiedyś robiłam GR smartpenem (to taki specjalny długopis firmy Livescribe), dzięki czemu to co ja rysowałam w notesie, było widoczne w zdigitalizowanej formie na ekranie projektora z zaledwie 1-2 sekundowym opóźnieniem.

To z inicjatywy i pomysłu Klienta byłam kiedyś jedną z „atrakcji” w trakcie serii wydarzeń związanych z premierą nowego katalogu IKEA 2016/2017.

Klienci mają świetne pomysły. A że wiedzą, że ja nie dość, że też takie mam, to jeszcze jestem gotowa do realizacji najbardziej szalonych inicjatyw, czy to związanych z graphic recordingiem, czy po prostu z szeroko pojętym myśleniem wizualnym, to często się spotykamy na kreatywnej drodze naszego wspólnego krejzolstwa. 

Lekcja Czterdziesta Siódma – o edukowaniu klientów

To, że Klienci mają niesamowite pomysły – to jedno. Ale to, że trzeba ich równolegle nieustannie edukować i uświadamiać na czym polega wartość graphic recordingu – to drugie. Graphic recording jako usługa wspierająca zapamiętywanie nie jest „hitem tego lata” czy wielką nowością: wzmianki o pierwszym zarejestrowanym graphic recordingu pojawiły się już w latach 70 w Stanach Zjednoczonych (uświadamiam: Power Point istnieje dopiero od 1987 roku). Natomiast w Polsce rzeczywiście jest to nadal dziedzina dość nowa – a przez to prężnie się rozwijająca. Na świecie osób, które się tym zajmują jest bardzo dużo – polecam obserwowanie międzynarodowej grupy Graphic Facilitation liczącej dziś (tj. 11.11.2016) prawie 9000 członków. Jak jest w Polsce? Mi wiadomo o kilkunastu osobach, które zajmują się tym zawodowo u nas w kraju.

Tak już z nowościami bywa, że gdy coś jest nowe i mamy niepełne informacje, łatwo jest to spłycać i upraszczać, tworząc wokół tego aurę banału. I tak, poprzez 3 letnią praktykę skryby wizualnego dopatrzyłam się już sporej ilości mitów, jakie funkcjonują wokół tej usługi. Jakie to są mity? Rozprawię się na razie z dwoma:

Mit 1 – to banalna praca, każdy może ją wykonywać.

W gronie naszych polskich skrybów delikatnie mówiąc zawrzało, gdy przeczytaliśmy artykuł w Inn Polska (tutaj całość), z którego tonu wynikało, że jeśli nie umiesz rysować – robienie GR-u to praca idealna dla Ciebie. Powtarzam to od zawsze i będę powtarzać do znudzenia: nie, graphic recording to nie jest zajęcie dla każdego! W Magazynie Tu i Teraz w ramach cyklu „alfabet zawodów” możecie przeczytać z jakimi cechami i umiejętnościami według mnie wiąże się zawód skryby wizualnego.

Mit 2 – graphic recording to fajna atrakcja na wydarzeniu. I tylko atrakcja.

Do obłędu doprowadza nas, graphic recorderów, nazywanie nas: atrakcją, urozmaiceniem, ciekawostką i innymi określeniami, które wskazującymi, że oto chcieliśmy, drodzy uczestnicy, jakoś Was zabawić, więc sprowadziliśmy takiego tu artystę, który sobie coś tam bazgrze. Owszem, ta usługa na pewno dodaje prestiżu i nietypowości wydarzeniu, ale to nie jest to jedyna korzyść, jaką zyskujemy. Ale najczęściej Klienci zaczynają to rozumieć, kiedy przynajmniej raz rzeczywiście zatrudnią graphic recordera i będą mieli okazję obserwować go przy pracy, efekty jego pracy i zobaczą, jak reagują na to uczestnicy wydarzenia i jak bardzo na tym korzystają. Przychodzą potem nieco jak psy z podkulonymi ogonami i oddają należyty szacunek i pokłony, którego wcześniej nie mieli możliwości z siebie wykrzesać, bo zwyczajnie nie przeżyli na własnej skórze.

Nie zapomnę też, jak fatalnie się poczułam, kiedy konferansjer zapowiedział mnie mniej więcej tymi słowy (słowa kluczowe podkreślam, gdyby Wam jakimś cudem umknęły):

„A tu po lewej, ta piękna kobieta to Klaudia Tolman, Ryślicielka, która będzie rysowała takie piękne rysunki z tego, co będziemy mówić”

(Od tego wydarzenia w moim Niezbędniku Zamawiającego GR jest dokładna instrukcja jak mam być przedstawiona).

Z całym szacunkiem, ale nie jestem zatrudniana po to, aby tam pachnieć, błyszczeć i być piękną kobietą, tylko jestem zatrudniona, żeby być najbardziej skupionym i najbardziej wielozadaniowym uczestnikiem wydarzenia, słuchać absolutnie wszystkiego, co mówią prelegenci (a niejednokrotnie mówią koszmarnie nudne albo sztampowe rzeczy, których nie da się wręcz słuchać i wiele osób w tym czasie wychodzi z sali – poza mną…), do tego analizować, to co mówią, wyciągać z tego absolutną esencję, rysować i pisać na wielkiej – czasem niedoświetlonej, mimo takiego wymagania – kartce papieru w sposób zrozumiały nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich, którzy będą tę planszę oglądać. A przy tym stoję przez ponad 8 godzin na nogach, bo tyle trwają te wydarzenia, jestem w toalecie może z raz albo dwa przez cały dzień, czasami też nie zdążę zjeść obiadu (albo – o zgrozo! – organizator pomimo wyraźnych próśb i instrukcji, mi go wcale nie zapewnił), więc pracuję na wysokich obrotach przez cały ten czas uwijając się jak mały króliczek Duracella, a na koniec wydarzenia, kiedy konferansjer albo organizator składa podziękowania wszystkim sponsorom, partnerom, partnerom medialnym, wszystkim przybyłym uczestnikom, wszystkim prelegentom, rodzinie prelegentów za ich szczęśliwe poczęcie a także miejscu (np. hotelowi) za sprawne zorganizowanie przestrzeni, to właśnie wtedy, kiedy w mojej głowie trwa samochwalna mantra ratująca mnie przed porzuceniem tego fachu, mantra powtarzająca „Well done, Klaudia!”, to właśnie wtedy ten konferansjer po trwających lekko licząc siedem minut podziękowaniach  zapomina podziękować mi, stojącej najbliżej sceny, najbardziej widocznej, najbardziej styranej na tym evencie osobie, która po powrocie do domu po przekroczeniu progu upada na twarz z wycieńczenia i mogłaby przespać 32 godziny pod rząd… Ale oczywiście tego nie robi, bo pewnie następnego dnia robi dokładnie to samo przez 8 godzin, następnego dnia to samo, i następnego dnia to samo… Każdego dnia przemieszcza się też między miastami tachając ze sobą 20 kilogramów mazaków. I nikt jej w tym czasie publicznie nie dziękuje… Ale nic to, przynajmniej na początku powiedział, że jestem piękna i będę pięknie rysować. Czyli właśnie to, co jest w mojej pracy najważniejsze… Eh.

A więc nie – GR to nie jest TYLKO atrakcja. I to niezależnie z jakiej perspektywy byśmy na to patrzyli:

  • Z perspektywy osoby go wykonującej cholernie ciężka fizycznie i psychicznie praca (ze wszystkich, które aktualnie wykonuję absolutnie najcięższa. Praca na stoisku z warzywami na bazarku, w pralni, jako sprzątaczka czy „pucyaut” to przy graphic recordingu pierdnięcie).
  • Z perspektywy organizatora konferencji jest to bardzo skuteczne wzmocnienie marketingowe. Dlaczego? Uczestnicy konferencji, zawsze ochoczo fotografują plansze, udostępniają je potem w Internecie, tagują się na zdjęciach, robią zdjęcia fragmentu rysunku, dyskutują o nim na swoich wallach). Wiedza oraz energia ze spotkania rozprzestrzenia się wirusowo po sieci. Jak kiedyś usłyszałam od kilku uczestników konferencji: taki graphic recording dodaje także prestiżu do konferencji, bo nadal jest to jednak usługa luksusowa.
  • Z perspektywy uczestników: obecność graphic recordera i jego prac pomaga bardziej zaangażować w temat (dzięki temu, że mają go w „namacalnej” formie), zbliżyć uczestników do ważnych wniosków (do których by nie doszli mając tylko łatwo umykającą treść werbalną, która jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi). Co więcej spotkanie / konferencja zyskują na produktywności – nie jest to kolejna sesja gadających głów, które dyskutują sobie w próżnię. Treści wizualne są przez ludzi zapamiętywane na dłużej – stąd konferencja i każde z wystąpień będzie żyło w głowach odbiorców nie tylko w dniu konferencji.

No ale żeby nie było tak śmiertelnie poważnie, to na koniec polecam obejrzeć dwa wystąpienia merytoryczne z lekką nutką stand-upu.

Pierwsze z zeszłorocznej konferencji organizacji International Forum of Visual Practitioners 2015 ze świetną Julie Gieseke, która w krzywym zwierciadle i z dużą dawką humoru opowiada o pracy graphic recordera (ta najgłośniej rechocząca i kudłata w kadrze to ja).

I drugie – wystąpienie ponownie Julie Gieseke ale tym razem w duecie z Emily Shepard, które w czasie tegorocznej konferencji organizacji International Forum of Visual Practitioners 2016 dały świetny występ: „The Ultimate Report Out: 432 unspoken truths about graphic recording”. Te dwa filmy to kolejne materiały, które pomogą Wam zrozumieć o co chodzi, i o co nie chodzi w graphic recordingu.


Praca nr 28

Graphic Facilitator (graficzny facylitator / GF)

Jestem graphic recorderem – to już wiecie. Ale kim jest graphic facilitator (GF)? Czy graphic facilitation (GF) to czasem nie to samo co graphic recording (GR)? Otóż nie. Najprostsza różnica do wychwycenia dla osób, dla których oba pojęcia są dość nowe, jest taka, że:

  1. GR nie mówi / GF mówi. Po pierwsze: graphic recorder się nie odzywa. Stoi z boku, nie wchodzi w żadną interakcję z prelegentem i z uczestnikami (oczywiście za wyłączeniem przerw, w trakcie których na nowo odzyskuje głos). Jego rolą jest tylko (i aż) słuchać, analizować to, co słyszy, wyciągać z tego esencję i rysować to na oczach uczestników wydarzenia. Z kolei facylitator graficzny wchodzi już w interakcję z ludźmi. Odzywa się. Gdyby się nie odzywał – nie mogłoby dojść do graficznej facylitacji.
  2. GR rysuje jednego / GF rysuje wielu. Po drugie: graphic recorder rysuje treści nadawane przez jednego nadawcę, czyli np. jednego prelegenta, który aktualnie wygłasza prelekcję czy wystąpienie. Facylitator wizualny pracuje z grupą i wychwytuje informacje „nadawane” przez wiele osób. Jego podstawową funkcją jest właśnie te informacje z grupy wydobyć, a po drugie zapisać je w jednym miejscu na planszy, pokazując grupie pełen obraz tego, co wypracowali.

Tu możecie to samo zobaczyć na rysunku porównawczym:graphic-recording-a-graphic-facilitation-roznice

Idąc dalej: facylitacja wizualna – jest zobrazowaniem graficznym tego, co dzieje się w trakcie spotkań, seminariów, warsztatów, zgromadzeń. Facylitator – co szalenie istotne –  jest bezstronny. Jego zadaniem jest jedynie wspierać grupę w dojściu do celu, odpowiadać za przebieg spotkania i prowadzić grupę we właściwym kierunku. Czyli cokolwiek wypracuje grupa – facylitator wizualny umieści to na planszy bez oceniania i nadawania rangi.

Facylitator graficzny buduje porozumienie wokół celu czy tematu spotkania. Obserwuje proces oraz to, co dzieje się z grupą. Zaprasza do interakcji, wzmacnia więzi i graficznie przedstawia wyniki. Facylitacja wizualna pozwala grupie rzeczywiście dojść do celu, zamiast spędzić kolejne godziny na nieproduktywnym ustalania czegoś, co finalnie nie okaże się ustalone (a już tym bardziej zrealizowane po spotkaniu).

Czego się nauczyłam przy zleceniach facylitatorskich i zleceniach wykorzystujących elementy graficznej facylitacji?

Lekcja Czterdziesta Ósma – Wspólne + Olbrzymie + Wyrysowanie = WOW!

Ludzie dochodzą do nieprawdopodobnych wniosków dzięki grupowej wielkoformatowej wizualizacji. Mam na koncie kilka takich zleceń, gdzie częściowo grupy facylitowałam, a częściowo oddawałam im pałeczkę i samodzielnie rysowali różne treści. Obserwowanie tego, z jaką łatwością ludzie dochodzą do głębokich przecież wniosków, do jakich wcześniej zdawali się nie dochodzić, jest niesamowite. Podam kilka przykładów.

Facylitacja pierwsza – Karpacz

Pierwsze zlecenie z elementami facylitacji graficznej to było zlecenie na rzecz firmy produkującej opakowanie szklane (opisałam to kiedyś na moim blogu w formie dwuczęściowej opowieści z komentarzem To jest zdecydowanie najbardziej absurdalna i abstrakcyjna wyprawa trenerska, jaką dotychczas powzięłam!. Część pierwsza tutaj). Klient zgłosił się z następującą potrzebą szkoleniową: ich management (uczestnicy szkolenia), w dużej mierze pracujący już w firmie po 10, 15 czy nawet więcej lat, zwykł wpadać w swego rodzaju podziw i samozachwyt w stylu:

„Jak to my już dużo o tej firmie wiemy, jesteśmy kozakami, co to my nie wiemy, wszystko rozumiemy, nie trzeba nas szkolić, wszyscy moglibyśmy być prezesami tej firmy, bo my tak już wszystko wiemy i jesteśmy najlepsi”.

– Nie, to my, dział X jesteśmy najlepsi!

– Nieeee, my, dział Y!

– Nie, my, my jesteśmy najważniejsi, bez działu Z, bylibyśmy nikim!

– My, my… A właściwie – ja, ja! Moja racja jest najmojsza! Moja racja jest mojsza niż twojsza!”

Klient chciał nieco tę postawę ukrócić i stworzyć managerom okazję do refleksji, czy rzeczywiście tak jest, jak myślą… Chciał, aby zrozumieli, że każdy z nich jest częścią większej całości, i że nie ma ważniejszego albo mniej ważnego działu. Wszystkie są istotne, ale wszystkie muszą ze sobą współpracować.

flip-otwierajacy-karpaczCo zrobiliśmy zatem na szkoleniu mając tak postawiony cel szkoleniowy? Banalną rzecz. W podgrupkach 4-5-osobowych managerowie mieli do narysowania całą ich firmę. Wszystkie połączenia, zależności, działy, drogę Klienta. Nie chodziło jednak o narysowanie struktury firmy (tu zarząd, tam dyrektorzy, tu kierownictwo) – nie! Chodziło o rozrysowanie tego, jak funkcjonuje firma, z czego się składa. W efekcie dostaliśmy kilka rysunków tej samej firmy, które – chyba nie będzie niespodzianek? – różniły się między sobą merytorycznie. I zdarzały się takie kwiatki, że jakaś grupa zapomniała narysować dział księgowości, jakaś zapomniała o dziale reklamacji itd. Słowem: w bardzo namacalny sposób dostrzegli, że są w stanie zapomnieć o najprostszych rzeczach. A skoro tak: potrzebują siebie nawzajem: bo jak ja zapomnę, to może ktoś inny będzie pamiętał. Bo jesteśmy całością, potrzebujemy wszystkich małych kawałków, żeby firma działała.

Facylitacja druga – Off-site w Google Wrocław

drawing-tips-for-googleDrugim zleceniem z elementami graficznej facylitacji było szkolenie dla kadry managerskiej Google Poland z Europy Centralnej i Wschodniej (tutaj także inny wpis o serii moich szkoleń dla wrocławskiego Google). Grupa 18 osób spotykała się we Wrocławiu i w trakcie spotkania typu off-site, chcieli wypracować „co to znaczy zespół, być w jednej drużynie/teamie (…). Chciałam – napisała do mnie Klientka – żeby namalowali zespół, albo biuro, co to dla nich znaczy. Mógłby to być dobry start pewnej dyskusji. Po telefonicznej konsultacji, kiedy zrozumiałam, jaka jest intencja zwołania całego off-site’u, zaproponowałam moje aktywności na ok. 2 godziny (potem grupa pracowała już pod okien kogoś innego).

To co zrobiliśmy, to było indywidualne narysowanie serii rysunków na zadane pytania. Najpierw każda osoba rysowała co to dla nich znaczy być „managerem”, a potem na osobnej kartce, co to dla nich znaczy “zespół”. Każda osoba pokazała swój rysunek i patrzyliśmy sobie na nie z otwartością, bez oceniania „ładności” rysunku (zawsze bardzo to podkreślam na warsztatach), ale raczej przyglądając się różnorodnym wizualnym ujęciom tego samego pojęcia. Mogłoby się wydawać, że niby możemy mieć podobne skojarzenia na takie „sztampowe” hasła jak manager czy zespół, ale praktyka pokazała, że wcale tak nie jest. To rzeczywiście dało bardzo ciekawe podstawy do dalszej pracy.

Po rundzie rysowania managera i zespołu, każdy z uczestników rysował swój pomysł na to, jak widzi wrocławski oddział Google’a za 3 lata. Znów dzieliliśmy się rysunkami i tym jakie pomysły krążą wśród managementu na najbliższe 3 lata (co stanowiło podstawę do dalszego planowania kilkuletniej strategii oddziału). Głosy padające z sali komunikowały między innymi, że:

  • to bardzo ciekawe ćwiczenie, takie „zwykłe rysowanie”!
  • To zaskakujące, jak wiele można zobaczyć i wyciągnąć z rysunków dzięki przyjrzeniu się im z otwartymi głowami!
  • To jeszcze bardziej zaskakujące, jak różne pomysły mamy, jak różnie postrzegamy tę samą, wydawać by się mogło, rzeczywistość.

Facylitacja trzecia – off-site sklepu

2014-06-25-wesoly-autokar

Miałam także okazję towarzyszyć grupie 26 osób w trakcie szkolenia, gdzie podstawowym celem było wypracowanie wspólnego podejścia „Klient jest numerem 1 w sklepie” (branża wyposażenia wnętrz). Kierownicy oczywiście nie pierwszy raz o tym rozmawiali, natomiast tym razem Klientowi zależało na uwolnieniu nowej energii, takiej nieco bardziej emocjonalnej (stąd rozpoczęcie szkolenia już w autokarze, którym transportowaliśmy się na miejsce szkolenia, intensywna rysowana forma szkolenia oraz wchodzenie w rolę tajemniczego Klienta w centrum handlowym).

Chodziło – patrząc jeszcze szerzej – o zmianę postaw i myślenia oraz o to, żeby kierownicy zaszczepili te postawy jeszcze bardziej u swoich ludzi. Szkolenie było całodniowe i bardzo intensywne, więc nie będę go całego omawiać, ale wspomnę tylko o kilku rzeczach. W kilkuosobowych grupkach uczestnicy rysowali proces zakupowy w ich sklepie z możliwie najszerzej oglądanym procesem zakupowym „from Home to Home”. Ważne było to, żeby uwzględnić wszystkie perspektywy (Klienta, sklepu, managera sklepu, managerów liniowych konkretnych działów itd.). I tu znów, podobnie jak przy pierwszej omawianej facylitacji (w Karpaczu), zaobserwowaliśmy wiele ciekawych rzeczy.

Po pierwsze: mieliśmy narysowanych 5 dość różnych procesów. Nie były identyczne: były podobne – ale zdarzały się np. takie kwiatki jak to, że jedna czy dwie grupy zapomniały umieścić w procesie kartę lojalnościową sklepu (która jest dla firmy bardzo istotnym elementem, o którym nie wolno zapominać!).

Po drugie: grupa chwilę przed tym ćwiczeniem sama wcieliła się w rolę Klientów, dlatego byli w stanie bardzo empirycznie wejść w buty Klienta i popatrzeć na proces zakupowy właśnie z ich perspektywy. Było to o tyle cenne, że częściej jednak są w swoich firmowych rolach pełnych korporacyjnych połączeń i zależności i „gubią” w tym wszystkim Klienta. A jak wiemy – to właśnie o niego chodzi (patrz: cel szkolenia)!

projekt3030-praca-28-graphic-facilitationPo trzecie: na samym końcu grupa mapowała także już jeden finalny, zawierający wszystkie niezbędne elementy proces zakupowy. Potem patrzyli na niego i rysowali dokładnie potrzeby Klienta (Czego potrzebuję przy kasie? Czego w dziale obsługi Klienta? Czego przy punkcie z informacją? itd.), potem rysowali jak oni (jako pracownicy tej formy) te potrzeby zaspokajają. Kiedy przyszło im zmapować zaspokajanie tych potrzeb na kole wpływów (wpływ bezpośredni, pośredni, brak wpływu) zobaczyli, że w zasadzie wszystkie post-ity znajdują się w kołach wpływu pośredniego i bezpośredniego. Jak się więc okazało na znów bardzo namacalnym bo widocznym okiem przykładzie: kierownicy (oraz pracownicy) mają olbrzymi wpływ na możliwość zaspokajania potrzeb Klienta, niezależnie od tego, co to za potrzeby i gdzie – czyli na jakim etapie procesu zakupowego – są zaspokajane.

Cele szkolenia zostały zatem znów zrealizowane. Grupa samodzielnie narysowała i wypracowała wnioski, do jakich ja ich delikatnie doprowadziłam, bez narzucania, bez oceniania, tak jak to robi facylitator. I o to chodziło 🙂


Praca nr 29

Aktorka Rysującej Ręki w ExplainVisually.co

Opowiedzieć Wam bajeczkę? Posilę się naszymi materiałami marketingowymi i zacytuję je po prostu 🙂

Bajka o powstaniu ExplainVisually.co

Był ciepły majowy dzień 2014 roku, gdy Klaudia odebrała telefon. Nie wiedziała jeszcze, że to, co usłyszy w słuchawce, odmieni jej życie zawodowe. 

Klaudia już od paru lat prowadziła szkolenia z Myślenia Wizualnego, zajmowała się również wielkoformatowym zapisem graficznym (Graphic Recording) oraz facylitacją graficzną (Graphic Facilitaiton).

Michał, jej – już teraz Narzeczony, wtedy jeszcze po prostu – Facet, odkąd kilka lat wcześniej opuścił etat, zajmował się budową stron internetowych, landing page’y oraz marketingiem w Internecie. Jak to już bywa w związkach, kiedy trzeba było, pomagali sobie nawzajem w swoich skrajnie różnych biznesach. Teraz mieli spróbować czegoś nowego.

Gdy Klaudia podniosła słuchawkę, usłyszała głos Wioli.

– Nasz Klient, Carlsberg, potrzebuje kilku filmów rysunkowych. Taki jak ten, co wysłałam Ci na maila. Co Ty na to?

– Nigdy czegoś takiego nie robiłam, ale damy radę!

Po odłożeniu słuchawki jej ekscytacja mieszała się z obawą. Opowiedziała szybko o całej sprawie Michałowi. Michał, tak się złożyło, kilka tygodni wcześniej nauczył się kręcić i montować filmy (kręcone na dwie kamery) z tzw. gadającą głową dla jednego ze swoich klientów. Klaudia potrafiła rysować, więc cała sztuka polegała teraz na tym, aby połączyć te ich dwie umiejętności i wspólnie zrobić film rysunkowy.

Po około miesiącu od tego znamiennego telefonu pierwsze produkcje ujrzały światło dzienne. Bardzo się spodobały. Całe szczęście, bo Carlsberg zamówił aż 3 filmy na raz!

– Skoro zgłaszają się duzi klienci, a nikt inny tego w Polsce jeszcze tego nie robi, to czemu by nie być pierwszym? – pomyśleli.

Tak narodziło się pierwsze dziecko – ExplainVisually.co. Pierwsza w kraju firma skupiona na produkcji filmów typu whiteboard animation (znanych również jako video scribe). A skoro mieli już wypożyczony sprzęt oświetleniowy, to w środku nocy, po zakończeniu nagrań wszystkich 3 filmów dla Carlsberga, nagrali swój własny film autopomocyjny i udostępnili go za pośrednictwem social media.

Wraz z upływem miesięcy zleceń przybywało, a godzin mieszczących się w dobie niestety nie. Dlatego do firmy zaczęły dołączać kolejne osoby – pracownicy operacyjni, scenarzyści, montażyści, storyboardziści i rysownicy. Dziś choć ExplainVisually wciąż nie jest wielką organizacją z wielkim biurem w centrum Warszawy, sekretarkami, brygadą akantów i działem windykacji, każdego miesiąca wypuszcza kilka nowych produkcji. I tak dziś – 16 listopada 2016 – po 2,5 roku działalności mamy w swoim portfolio 93 filmy wykonane dla 46 Klientów, co nam daje produkcje ponad 3 filmów w miesiącu!

Koniec

Jaki morał płynie z tej bajki? Bardzo prosty.

Lekcja Czterdziesta Dziewiąta – chwytaj byka za rogi!

Zanim odebrałam telefon w maju 2014, wiedziałam, że na świecie są firmy robiące takie rzeczy. Moim niedoścignionym wzorem i obiektem westchnięć niespełnionego Ryśliciela były (i nadal są!) filmy z serii RSA Animate. Ale ani nie miałam specjalnie pojęcia jak to robią, ile to kosztuje, ile czasu zajmuje taka produkcja, jak się tego nauczyć, jak oświetlać te filmy itd. Nie wiedziałam nic, wzdychałam sobie tylko i myślałam, że kiedyś też tak będę. Nie wiedziałam kiedy to się stanie, ale wiedziałam, że kiedyś się to wydarzy na pewno.

No i któregoś dnia przyszło zlecenie… Jakie miałam opcje wtedy?

Opcja A: powiedzieć Wioli:

Wiesz co, nigdy tego nie robiłam, nie podejmę się, nie wiem jak to zrobić, więc poszukajcie kogoś innego…

Opcja B: powiedzieć Wioli to, co jej powiedziałam, czyli – przypominam:

Nigdy czegoś takiego nie robiłam, ale damy radę!

No bo ileż miesięcy czy lat miałabym czekać na dzień idealny, żeby zacząć to robić? Kiedy niby miałabym być gotowa? Jak wykonam 10 takich filmów? Ale jak wykonać ten pierwszy, skoro byłabym gotowa do jego zrobienia dopiero po 10 filmach…? Pewnie nigdy…!

I teraz uwaga, mało osób o tym wie (poza osobami zaangażowanymi, mną, Michałem i może moimi dawnymi współlokatorkami). Zanim wykonaliśmy nasze pierwsze filmy dla Carlsberga, miałam jednorazową „chałturkę” i zostałam zatrudniona jako rysownik przy produkcji filmu wykonanego podobną techniką na zlecenie firmy oferującej rozwiązania dla branży nieruchomości. To było hardkorowe zlecenie. Poza tym, że zakończyło się aferą i część ekipy filmowej nie dostała wynagrodzenia za swoją pracę (ja walczyłam jak lwica i dostałam swoje honorarium), to jeszcze kręciłam 3 filmy jednego dnia… Wiecie ile teraz u nas w Eksplejnie średnio trwa plan filmowy jednego filmu? Jeden film kręcimy w 1 dzień albo nawet 2 dni… A tam kręciłam 6 filmów jednego dnia…!! Jeszcze ze stojącą mi nad głową ekipą filmową, czyli kompletnie obcymi mi ludźmi, poganiającymi, przypominającymi, że szybko, że mamy jeszcze tylko 3 godziny… KOSZMAR!

Żebyście mieli okazję subtelnie obsmarkać się ze śmiechu, pokażę Wam kilka klatek z tych niezwykłych produkcji (nigdzie nie można ich zobaczyć, bo Klient ich finalnie nigdzie nie wykorzystał – zresztą nie dziwię się, dziś jak na nie patrzę, to nie wiem, czy powinnam śmiać się czy płakać ;P).

Wracając do morału i do lekcji. Chwyć byka za rogi, do cholery! Nie czekaj na TEN DZIEŃ. Namnożę jeszcze kilkanaście sformułowań ze strony synonim.net zaczynając od najmocniejszych, żebyście na pewno zrozumieli. Co to znaczy, że masz chwycić byka za rogi? To znaczy, że masz: stanąć na głowie, stanąć na rzęsach, stanąć na uszach, spiąć się, sprężyć się, dać z siebie wszystko, zebrać siły, zmobilizować się, dołożyć starań, postarać się, przyłożyć się, wziąć się do dzieła, zebrać się w sobie, czy też, jak lubię mówić: spiąć poślady – opcjonalnie po prostu spiąć dupala – i zacząć coś robić.

Podejmuj się wielkich planów i przedsięwzięć, nawet jeśli nie masz pojęcia jak się za to zabrać. Bo jak się zabierzesz: zaczniesz powoli mieć pojęcie 🙂 A potem powtarzaj i powtarzaj, i tak na przykład jakieś 90 razy… Za każdym razem będziesz mądrzejszy. A wiesz, jak przyjemnie będzie po latach popuścić w bryczesy ze śmiechu dzięki porównywaniu pierwszej klatki kiedykolwiek wykonanego filmu z ostatnią wykonaną klatką? No tylko spójrz:

Pierwsza klatka ever, jeszcze przed istnieniem ExplainVisually.co (chałtura – styczeń 2014):

klatka-z-pierwszej-filmowej-chaltury

Jedna z ostatnich (sierpień 2016, film dla LGD Ziemia Bielska, w całości do obejrzenia tutaj):

klatka-z-filmu-dla-lgd-ziemia-bielska

Kurtyna. Oklaski.


Praca nr 30

Dyrektor Kreatywny w ExplainVisually.co

Jak już wiadomo z poprzedniej pracy, jestem Aktorką Rysującej Ręki w ExplainVisually.co, czyli w brandzie współtworzonym przeze mnie i mojego Narzeczonego, Michała Trochimczyka. Jestem, choć teraz już raczej bywam – moja rola w naszej firmie się ostatnio zaczęła mocno zmieniać i rysowanie filmów jest jedną z ostatnich rzeczy, jakie teraz robię w Eksplejnie. Dlaczego? Pracy przy filmach mamy teraz zastraszająco dużo. Można to bardzo łatwo zobaczyć na danych, czyli po średniej ilości filmów kręconych w miesiącu na przestrzeni lat naszej działalności:

  • 2014 – 1,86 filmów / miesiąc
  • 2015 – 3,75 filmów / miesiąc
  • 2016 – 8,00 filmów / miesiąc (stan na 17.11.2016)

Krótko mówiąc teraz w miesiącu kręcimy prawie 4 razy tyle filmów, ile na początku naszej działalności, a w trakcie 5-minutowego spaceru po jakimkolwiek mieście mijamy na dowolnej ulicy w centrum miasta przynajmniej ze dwóch naszych Klientów („mijamy”, czyli widzimy ich placówkę / oddział / sklep / produkt / reklamę itp.). Zrobiliśmy już 97 filmów dla 46 Klientów, jest tego trochę…! Nie ma w Polsce drugiej firmy z tak obszernym portfolio zrealizowanych rysunkowych filmów whiteboardowych (i to jeszcze w niecałe 2,5 roku).

Role w firmie

klaudia-tolman-w-explainvisuallyW 2014 i 2015 roku dotychczasowy podział ról był prosty: ja byłam tą kreatywną częścią naszego teamu, i moją rolą była przez długi czas ta twórcza, koncepcyjne część:

  1. napisać scenariusz na podstawie materiałów od Klienta (copywriting),
  2. wykonać storyboard (storyboarding),
  3. zgromadzić i / lub wykonać rekwizyty (rekwizyting) i nagrać film.

michal-trochimczyk-w-explainvisuallyRolą Michała, który lubi siebie nazywać Panem Technicznym, były wszystkie pozostałe rzeczy, takie twarde, techniczne i analityczne:

  1. ofertowanie i kontakt z Klientem, w tym negocjacje cen,
  2. umowy z Klientami (pośredniczenie między naszym prawnikiem a działem prawnym Klientów),
  3. montaż filmu i wszystkie sprawy techniczne (sprzęt).

Na przełomie 2015/2016 roku nasze 2 główne pary rąk już nie wystarczały i musieliśmy znacząco powiększy nasz zespół. Dobrze pamiętam dzień, w którym dobitnie uświadomiliśmy sobie, że ExplainVisually.co to już nie tylko Klaudia i Michał… W listopadzie 2015, czyli w okresie przedświątecznym Michał zapytał tęsknymi słowami „Kiedy zrobimy wreszcie naszą imprezę firmową?”. Kiedy zrobiliśmy listę współpracowników, których należałoby na tą imprezę zaprosić, bo bez nich Eksplejn nie istnieje, doliczyliśmy się 11 osób…! My, naszych dwóch marketingowców, moja asystentka, copywriterka (scenariusze), storyboardzistka, dodatkowy montażysta, prawnik, dwie księgowe i nasz doradca biznesowy (mentor). Byliśmy w ciężkim szoku!

Tu nasz zespól w okrojonym składzie (nie wszyscy mogli dojechać, nie wszyscy mieszkają w Warszawie, tak jak my) – styczeń 2016.

zespol-explainvisually-styczen-2016

Dziś – listopad 2016 – ta lista jest jeszcze dłuższa (18 osób!), ponieważ doszło nam dwóch aktorów rysujących rąk, który rysują filmy zamiast mnie, kolejny copywriter i trzech storyboardzistów.

I tak, jak pierwotnie mój tytuł w stopce mailowej, na naszej firmowej stronie filmowej i na wizytówce brzmiał Ryślicielka® / Scenarzysta / Storyboardzista / Aktorka Rysującej Ręki, tak teraz właściwie (poza nieśmiertelną Ryślicielką®) nie pełnię już tych ról… Mamy od tego ludzi i Czymś, co w korpodialekcie oddaje moją rolę, jest hasło Dyrektor Kreatywny (ponieważ koordynuję pracę 2 copywriterów, 4 storyboardzistów i 2 aktorów-rysowników i czuwam nad całą pracą koncepcyjną przy produkcji filmów), choć ja wolę mówić po prostu Ta Kreatywna. To dobry duet – Pani Kreatywna i Pan Techniczny.

Managerska i zarządcza rola Tej Kreatywnej jest dla mnie wciąż nowa i bezustannie się jej uczę… Wciąż się zadziwiam i zachwycam tym, co robię i jakie to wyzwania przynosi każdego dnia. Jakie wyzwania? Jakie nauki? No cóż, to już koniec Projektu 30:30, zatem pozostała nam już ostatnia lekcja… i jest to:

Lekcja Pięćdziesiąta – o odpuszczaniu poczucia kontroli, czyli o bezcennej wartości posiadania zespołu

Pamiętacie syndrom Zosi-Samosi, o którym pisałam w lekcji Czterdziestej Trzeciej przy okazji mojej pracy jako Trener Myślenia Wizualnego? Zatrudnienie Marty, asystentki, która odciążyła mnie w wielu kwestiach, o których nie musiałam już nawet myśleć było i nadal jest błogosławieństwem. Ale nadal w mojej pracy była cała masa rzeczy, które mogłam wykonać tylko ja. Kiedy zaczęliśmy robić filmy, byłam jedyną osobą od całej pracy koncepcyjnej (scenariusz, storyboard, rysowanie filmu). Teraz, kiedy tylko sam zespół kreatywny liczy 8 osób, ja już tego nie robię. Z naszych 97 filmów (stan na 16.11.2016) narysowałam zdecydowaną większość z nich, bo 86 filmów. Teraz „jedyne” co robię, to naprowadzam, koryguję, wspieram, dzielę się doświadczeniem i pomysłami, abyśmy mieli pewność, że nie odbiegamy od przyjętego i wypracowanego przez nas przez ponad 2 lata standardu tworzenia filmów. Oczywiście nie jest to łatwe: moja wewnętrzna Zosia Samosia niejednokrotnie falstartowała i chciała się wyrywać mówiąc „dobra, tam, będę zlecać, sama zrobię…”. Na szczęście łatwiej mi już odpuszczać. Wiem, że nie jest po prostu możliwe, aby jedna osoba udźwignęła to fizycznie.

Towarzyszę

Czerpię teraz dziką przyjemność z towarzyszenia naszemu zespołowi i nauczyłam się już, że ta przyjemność z bycia z nimi i dla nich może być porównywalna z przyjemnością samodzielnego tworzenia (a trza Wam wiedzieć, że jako demon kreatywności kocham tworzyć i wymyślać). Odbieram maila, a tam na przykład zrobiony przez naszego człowieka storyboard – czytam go, kopara opada mi niezliczoną ilość razy, zaśliniam się i myślę sobie „Rany julek, z jakimi fantastycznymi ludźmi mi przyszło współpracować…!”. Fantastycznymi i często zdolniejszymi ode mnie o jakieś galaktyki świetlne.

Co więcej, sama sobie ten zespół zdolniach w dużej mierze wybrałam w żmudnym procesie rekrutacyjnym (poniżej film zapowiadający rekrutację, a tu film po zakończeniu rekrutacji)

Zarządzam

Czego jeszcze się uczę dzięki mojemu zespołowi? Zarządzania. Oto nagle nie jestem już „tą, co rysuje”, ale tą, co przekazuje cały swój know how, robi to z otwartym serduchem, z wielkim poczuciem humoru i z przekonaniem, że nasi ludzie są w stanie to zrobić tak samo dobrze a nawet jeszcze lepiej niż ja (czasem jestem o tym bardziej przekonana, niż oni sami ;P).

Motywuję

Jestem też stawiana w roli tej, co np. zmotywuje. Zmotywuje aktora-rysownika, któremu zapałki włożone w oczy po kilku godzinach planu filmowego już połamały się czterokrotnie pod ciężarem powiek (ach, jak ja znam to uczucie, sama przecież zużyłam na to samo zgrzewkę pudełek z zapałkami, wykałaczek i spinaczy do bielizny, posyłając przy tym soczyste wiązki przekleństw z wycieńczenia i niewyspania). No i tańczę na planie, rozśmieszam, puszczam „Boobies, boobies, kitties, kitties”, żeby tylko aktor dokończył, bo przecież deadline goni deadline… Zmotywuje copywritera, który dzwoni i zwierza się, że ma kryzys, bo stoi w miejscu, nic wymyślić nie może, a w ogóle, to stracił serce do tego trwającego już strasznie długo projektu…

Nie wiem („nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem”)

Czego jeszcze się uczę? Uczę się na przykład nie wiedzieć. To znaczy pozwalać sobie, że nie wiem tyle o toczących się w firmie sprawach, ile wiedziałam kiedyś. Bo kiedyś wiedziałam niemal wszystko. Kiedy Eksplejn to byłam głównie ja i Michał, wspólnie siedzieliśmy nad projektami i ogarnialiśmy całą bieżączkę, wiedzieliśmy, co się dzieje z aktualnymi filmami, każdy szczegół, poczynając chociażby od imienia i nazwiska osoby, z którą się kontaktujemy w danej firmie, poprzez materiały, jakie już przesłali, cel i długość filmu, a na dedlajnie i budżecie skończywszy. Dziś, w połowie listopada, kiedy mamy 13 otwartych, toczących się projektów (co oznacza 25 filmów do nakręcenia do końca roku 2016) wiemy, że coś robimy dla jakiegoś Klienta, ale szczegóły…? Szczegóły umykają. My nie wiemy – ale wie np. Maciek, który się opiekuje projektami. To uczucie, że się nie wie, co dokładnie dzieje się w firmie, jest uczuciem całkiem mi dotąd nieznanym – do tej pory jako jednoosobowa firma przecież zawsze wiedziałam wszystko!

Nie wiedzieć o tym, co dokładnie się dzieje firmie jest ciekawie, choć jest to też dość ambiwalentne uczucie – bo z jednej strony mnie to nieco swędzi i niepokoi (jak to? Ja nie wiem, jaki jest status danego projektu?! Jestem współwłaścicielem firmy, kto ma wiedzieć, jak nie ja!) a z drugiej strony daje poczucie ulgi – że ja już nie muszę pamiętać o wszystkim. Pamiętają o tym inni i zrobią to, kiedy ja zajmuję się czymś innym, czymś, na co do tej pory nigdy nie miałam czasu, bo przecież tkwiłam w bieżączce (#projekt3030? ;P). Zrobi to Maciek, Michał, Marta, Zuza, Arek, Michał II, Adrian, Usamah, Ania, Bożena, Dorota I, Piotrek, Marta, Fredi, Kasia albo Dorota II.

Moja firma, moje dziecko

Ta ambiwalencja związana z uczuciem świadomej niewiedzy wydaje mi się być podobna do tego uczucia, kiedy posiadasz dziecko i z czasem uświadamiasz sobie, że ono jest coraz mniej od Ciebie zależne, bo rośnie i jest coraz bardziej samodzielne. Kiedy masz noworodka, chuchasz wokół niego i dmuchasz, wiesz wszystko. Wiesz ile i o której zjadł, wiesz jakie miało rano ubranko, ile ubranek w ciągu dnia ufajdało, (a ponieważ żart fekalny zawsze aktualny, to pójdźmy w to głębiej) wiesz, w jakim kolorze była kupa, no po prostu nieomalże j e s t e ś tym dzieckiem, nawet bardziej, niż ono samo. Wiesz o nim z pewnością więcej, niż ono samo. Potem dziecko zaczyna się usamodzielniać: na przykład uczyć samodzielnie załatwiać i tracisz tę jakże cenną, ale – umówmy się – wcale nie niezbędną do życia wiedzę… No bo czy to źle, że nie wiesz, ile kup danego dnia zrobił twój pięciolatek? Twój dziesięciolatek? A potem piętnastolatek i dwudziestolatek…? Powiem więcej – jeśli Twoje nastoletnie dziecko jest zdrowym, samodzielnie funkcjonującym człowiekiem (czyli żyje bez choroby, która przykułaby go do łóżka i wymagałby przez to Twojej ciągłej opieki), a Ty jako rodzic posiadasz wiedzę o tym, ile razy danego dnia był w toalecie i jakim koloreme mieniła się po nim muszla, to uważam to za wybitnie niezdrowe i niehigieniczne. Nie powinieneś tego wiedzieć, ta wiedza nie służy ani Tobie, ani tym bardziej jemu. Tak samo jak rozwojowi firmy nie służy syndrom Zosi-samosi i myślenie, że wszystko musisz zrobić sam i dasz sobie radę bez zespołu.

Na początku, kiedy to dziecko rośnie i samodzielnieje, możesz myśleć „O jejku, czy jestem wyrodną matką czy ojcem, bo już nie wiem o moim dziecku tyle, co kiedyś?”, tak samo jak ja myślałam o mojej firmie „O losie, co ze mnie za właścicielka firmy, która nie wie o czym będzie film dla jednego z Klientów!”. Ale odpuść! Nie możesz wiedzieć wszystkiego. I lepiej, żebyś nie wiedział. Jeśli nie pozwolisz sobie nie wiedzieć, to ani Ty się nie rozwiniesz (nieodcięta pępowina), ani Twoje dziecko (czy Twoja firma) się nie rozwinie. I będziesz nadal tą ubabraną w kupie (lub bieżączce) matką (lub freelancerką), która nadgorliwie wierzy, że wszystko musi sama, że nikt tak jak mamusia nie zapakuje kanapeczki do szkoły (lub nie przygotuje rekwizytów do filmu), nikt tak nie założy czapeczki (lub nie odegra sceny do filmu), nikt tak dobrze jak mamusia nie doradzi dziecku w sprawach damsko-męskich (lub nie wymyśli storyboardu), nikt tak jak mamusia nie dobierze Ci zasłonek w Twoim mieszkaniu (lub dobierze słowa w scenariuszu)…

Jeśli wierzysz, że wszystko musisz robić sama – to pewnie pozostaniesz w swojej firmie SAMA… Jeśli odpuścisz i pozwolisz sobie nie robić wszystkiego, a do tego pozwolisz sobie NIE WIEDZIEĆ, zobaczysz, jakim uskrzydlającym i rozwijającym doświadczeniem jest mieć zespół.

Pewnie podobnie uskrzydlającym i rozwijającym jak posiadać dziecko i towarzyszyć mu w jego rozwoju… Ale co ja tam wiem o dzieciach, przecież ja jeszcze nie mam dzieci…! Mam firmę i kilkunastoosobowy zespół, to na pewno „całkiem co innego”… Choć jak widać poniżej, nie jestem pierwszą osobą, której analogia posiadania firmy do posiadania dzieci wydała się trafna. Zobaczcie sami to bardzo dobre wystąpienie z TEDxBydgoszcz 2015 (z ciekawych zbiegów okoliczności – kiedy piszę te słowa jestem właśnie w drodze do Bydgoszczy na Festiwal CamerImage 2016)!

 

 

Na pytanie „Jak to jest prowadzić własną firmę?” odpowiadamy dokładnie tak samo jak przedsiębiorcy, o których opowiada Justyna:

Kiedy zapytacie rodziców, czy łatwo jest wychowywać dzieci, to jaką dostaniecie odpowiedź? (…) Że to jest trudne, że to się nie da! Ale zwykle za tym słowem NIE, pojawia się drugie słowo, też trzyliterowe – „ale”. I tutaj rodzice wkładają mnóstwo argumentów, żeby pokazać nam, że ich dzieci są całym światem dla tych rodziców, że to była najlepsza decyzja w ich życiu. (…) Gdy zapytacie przedsiębiorców, czy łatwo jest prowadzić firmę, zgadnijcie, jaką dostaniecie odpowiedź…. (…) Dostaniecie odpowiedź „Oczywiście, że nie!”. Ale też za tym słówkiem „nie”, tak samo jak w przypadku rodziców, pojawia się słówko „ale”. I tutaj przedsiębiorcy często przekonują, że prowadzenie firmy to jest całe ich życie, i że to jest najlepsza decyzja, jaką mogli podjąć. Że nie było nic lepszego. Na początku cieszymy się z każdego nowego Klienta. Cieszymy się z tego, że możemy opowiedzieć o własnej firmie w większym gronie, cieszymy się z tego, że dostajemy zaproszenia na konferencje, na spotkania networkingowe… Później, nasi Klienci polecają nas kolejnym klientom, zatrudniamy kolejnych i kolejnych pracowników. Aż w końcu nasza firma nas nie potrzebuje. Okazuje się, że nasza firma radzi sobie całkiem dobrze bez naszej obecności. I to jest ten sam moment, kiedy dorosłe dzieci opuszczają dom rodzinny. Wtedy przedsiębiorcy prawdopodobnie czują się dumni, czują się spełnieni, i liczy się to, gdzie jest ich firma dzisiaj. Co robi, co oni o niej myślą, i co myśli o niej otoczenie.

Ale spokojnie. To nie jest jeszcze ten moment, że firma mnie nie potrzebuje, że już samodzielna i mogę sobie wyjechać na 3 miesiące na wakacje, a kiedy wrócę, będzie tak samo dobrze. W metaforze posiadania dziecka, o czym świetnie opowiada w swoim wystąpieniu Justyna Broniecka – Klim na TEDxBydgoszcz, nadal nasze 2,5 letnie dziecko jest oczkiem w naszej głowie. Umie już więcej niż rok czy dwa lata temu, ale nadal wymaga naszej stałej opieki. Spędzamy z naszym dzieckiem 24 godziny na dobę. Pracujemy od rana do wieczora, jesteśmy – cytując Justynę – „zmęczeni, sfrustrowani, często nie mamy już siły, (…) musimy pracować cały czas i non stop”. Jesteśmy niewyspani, obolali z nieruszania się i siedzenia przy komputerach (a ja jeszcze od tachania 35 kilogramów na każde szkolenie), a na hasło „życie towarzyskie” przekrzywiamy głowę niczym pies nasłuchujący nieznanego dźwięku i pytamy „A co to…?”

ALE…! 🙂

…to jest całe moje życie.

To jest najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Nie było nic lepszego.

W całym Projekcie 30:30 i w moich wszystkich 30 pracach nie było nic lepszego niż posiadanie własnej firmy 🙂


DWA GRATISY

No dobra, skłamałam. Tych prac nie było 30… Były w sumie 32 🙂

Praca nr 31

Dorabiałam sobie też przez chwilę na opiece nad dziećmi. Mam dowody w postaci zdjęć, ale wiadomo, jak to jest z umieszczaniem zdjęć dzieci w sieci. Nie wolno.

Praca nr 32

I robiłam poprawki krawieckie. Nie żartuję! Poniżej wizualizacja, która wisiała na moim starym blogu (miałam nawet cennik – cennik-poprawek-klaudia-tolman2). Na blogu miałam nawet 7 komentarzy od zadowolonych Klientów 😀

poprawki-krawieckie-klaudia-tolman-m


Codziennie w okresie 14 października – 16 listopada 2016 dodaję kolejne prace i lekcje do tego wpisu. Wypatruj „zajawek” z hasztagiem #projekt3030 na moim oficjalnym kanale na Facebooku: Klaudia Tolman – Ryślicielka, żeby wiedzieć, kiedy dokładnie tu zajrzeć – proces dopisywania odbywa się manualnie, nie ma na to żadnego automatu 🙂


Dziękuję Wam, że byliście ze mną przez ten cały miesiąc. Projekt 30:30 to moje kolejne „dziecko”, z którego jestem bardzo dumna. Wypatrujcie na moim blogu i moich kanałach społecznościowych informacji o e-booku, który powstanie na podstawie tego wpisu.

Jestem ciekawa, co o nim myślicie? 🙂 Czekam na Wasze komentarze 🙂


Zapraszam do zostawiania swoich uwag, przemyśleń i pytań w komentarzach poniżej!

Najciekawsze komentarze (pisane poniżej, a nie pod osobnymi postami na Facebooku) mogą zostać dołączone do e-booka, który powstanie na podstawie całego projektu 30:30 🙂

Komentarze

komentarze

CLOSE
CLOSE

No nie żartuj! Już uciekasz? Zostań jeszcze chwilkę



Klaudia Tolman tańcząca z blachą do pieczenia

Mój banan na twarzy marnieje, gdy opuszczasz moją stronę! Zatrzymam Cię filmikiem, czy prezentami? ☺

Zapisz się na newsletter, będę Cię radośnie obdarowywać:

  • Informacjami o najbliższych szkoleniach i warsztatach,
  • Wiedzą ryślicielską, którą uwielbiam się dzielić,
  • Moimi nowymi pomysłami, projektami i inspiracjami,
  • Poradami jak rysować, gdzie szukać informacji, jakich sztuczek używać.