Projekt 30:30, czyli życiowe lekcje z 30 prac w ciągu 30 lat życia

Podziel się tym postem z innymi!
Share on facebook
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on twitter

Tak, tak, 30 prac w 30 lat


To nie jest pomył­ka. W moim 30-let­nim życiu, jak ostat­nio pod­li­czy­łam, pod­ję­łam się aż 30 zajęć, któ­rych celem było zara­bia­nie pie­nię­dzy.

Część z Was może w myślach powie­dzeć:

„Jak 30? Na TEDxWar­sa­wU­ni­ver­si­ty­ofTech­no­lo­gy mówi­łaś, że mia­łaś 11 prac!”.

To praw­da. Mia­łam 11 prac – prac rozu­mia­nych jako legal­ny i sfor­ma­li­zo­wa­ny spo­sób zarob­ku oso­by peł­no­let­niej w opar­ciu o umo­wę o dzie­ło /​ umo­wę o pra­cę /​ albo umo­wę-zle­ce­nie. Ale jeśli zli­czyć wszyst­kie pozo­sta­łe „a, tu sobie doro­bię”, „tu jesz­cze może się coś tra­fi z bra­ku laku”, „a, co mi szko­dzi, tu też spró­bu­ję”… to wycho­dzi tego dokład­nie 30 zajęć. Nie­źle, nie?

klaudia-tolman-2016-zdjecie-daniel-tuliszka

A ponie­waż jesz­cze przez kil­ka mie­się­cy mam 30 lat na kar­ku, to aż szko­da było­by pogar­dzić tak okrą­glut­kim, pysz­nym zesta­wie­niem jak 30 prac w 30 lat życia i podzie­lić się aż 50 lek­cja­mi, jakie z tego wycią­gnę­łam 🙂

Z sen­ty­men­tal­nych powo­dów publi­ku­ję ten wpis tak­że 14 paź­dzier­ni­ka 2016, czy­li dokład­nie w 3 lata od momen­tu zało­że­nia mojej dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej.


Historia powstania zestawienia 30:30

I tutaj waż­ny detal logi­stycz­ny z histo­rii powsta­nia pomy­słu na zesta­wie­nie 30:30. Wpa­dłam na taki pomysł już jakiś czas temu, a dokład­nie 31.08.2016 w trak­cie szko­le­nia WKT (War­szaw­ski Klub Tre­ne­ra) na temat pro­duk­tyw­no­ści, kie­dy to mie­li­śmy przy­go­to­wać sobie mapę myśli z naszy­mi aktu­al­ny­mi pro­jek­ta­mi. Jakimś cudem moje myśli powę­dro­wa­ły w kie­run­ku:

„O.… losie, ja ich prze­cież mam teraz tak dużo… Ale zawsze mia­łam dużo! No wła­śnie, ile ja mia­łam tych takich pro­jek­tów pobocz­nych…?

I zaczę­łam je spi­sy­wać po kolei, co widać na frag­men­cie mojej notat­ki z tego spo­tka­nia:

notatka-fragment-z-wkt-2016-08-31

Do pomy­słu powró­ci­łam po ponad mie­sięcz­nym inku­bo­wa­niu pomy­słu. Wzmo­żo­ne pra­ce nad zesta­wie­niem zaczę­ły się w ponie­dzia­łek 10.10.2016, kie­dy to w przy­pły­wie bez­sen­no­ści o jakiejś 3:00 w nocy i zbyt dużej ener­gii, żeby zasnąć, posta­no­wi­łam to wyrzu­cić z gło­wy i spi­sa­łam to na brud­no. Tak powsta­ła ta oto notat­ka:

notatka-klaudii-na-brudno-3030-30

Następ­ne­go dnia, czy­li 11 paź­dzier­ni­ka 2016 w pocią­gu rela­cji War­sza­wa – Wro­cław zaczę­łam pisa­nie tego zesta­wie­nia. W ponad 3 godzi­ny stwo­rzy­łam jakieś 10 stron tek­stu. Jak doje­cha­łam do wro­cław­skie­go hoste­lu, nadal roz­no­si­ła mnie ener­gia i dopi­sy­wa­łam po nocy kolej­ne histo­rie. Spi­sy­wa­ła­bym je spo­koj­nie nawet i do 4 w nocy, ale roz­są­dek mówił „szko­lisz następ­ne­go dnia, musisz się choć mini­mal­nie wyspać”. A po zga­sze­niu świa­tła i poło­że­niu się w łóż­ku co? Nadal goni­twa myśli! Mnó­stwo pomy­słów, mnó­stwo myśli:

Prze­cież kil­ka­na­ście stron tek­stu A4 to za dużo na wpis na blo­gu, kto to prze­czy­ta? A ja nawet nie jestem w poło­wie zesta­wie­nia, tyl­ko led­wo w 1÷3…! To może jakie­goś e‑booka wydać? A póź­niej książ­kę nawet jakąś? Może w self-publi­shin­gu i po pro­stu jako pre­zent Klien­tom dawać? Ale zale­ży mi na pusz­cze­niu tego w świat dokład­nie 14 paź­dzier­ni­ka, w 3 lata od otwar­cia dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej… to jak to zro­bić? Nie znaj­dę cza­su przez te 2 dni na opi­sa­nie wszyst­kich 30 prac i wszyst­kich 50 lek­cji… Nie zdą­żę tym bar­dziej zro­bić ilu­stra­cji do tego! A może tyl­ko ruszyć pierw­szym wpi­sem tego 14-tego, a kolej­ne histo­rie (z kolej­nych prac) dopi­sy­wać każ­de­go dnia? I tak przez mie­siąc? 14-tego wstęp o wszyst­kich 30 pra­cach… 15-tego pierw­sza pra­ca i lek­cje z niej, 16-tego dru­ga pra­ca z lek­cja­mi…? A może jakieś kon­kur­sy na ilu­stra­cje wyko­nać – może tam wca­le nie będzie moich rysun­ków, tyl­ko czy­jeś…?


Lista 30 prac 30-letniej Klaudii Tolman

To kim byłam? Jak zara­bia­łam? Jak sobie dora­bia­łam? I co robi­łam za dzie­cia­ka, żeby dostać kie­szon­ko­we?

Wymie­nia­jąc je mniej wię­cej w kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej:

  1. (10−12 lat?) dziew­czyn­ka z Bazar­ku, czy­li sprze­daw­ca warzyw i owo­ców na sto­isku moje­go ojca
  2. (12−16 lat?) Mycie samo­cho­dów na naszym pry­wat­nym, małym przy­do­mo­wym par­kin­gu miesz­czą­cym 5 aut… (nie, chło­pa­ki, to nie wyglą­da tak jak na fil­mach i tele­dy­skach…!)
  3. (12−20 lat) Sprzą­tacz­ka w małej jed­no­oso­bo­wej dzia­łal­no­ści mojej Mamy

Mam na swo­im kon­cie tak­że nasto­let­nią erę „ale MLM jest super!” (15−20 lat?), co zaowo­co­wa­ło zaan­ga­żo­wa­niem się w bycie nastę­pu­ją­cy­mi:

  1. kon­sul­tant­ka Avon
  2. kon­sul­tant­ka Ori­fla­me
  3. Kon­sul­tant­ka Mary Kay
  4. Kon­sul­tant­ka Vor­werk (Ther­mo­mix)
  5. Kon­sul­tant­ka Aku­ny

A potem już poszłam po rozum do gło­wy, toć doro­sła ze mnie była dziew­czy­na, i zaczę­łam róż­ne „praw­dzi­we pra­ce”:

  1. (18−19 lat?) Szop Pracz  w pral­ni w hote­lu Mar­riott w War­sza­wie
  2. (19−20 lat?)  Hostes­sa w restau­ra­cji Lila Vene­da w war­szaw­skim Mar­riot­cie
  3. (19−20 lat?) Hostes­sa  w restau­ra­cji Parmizzano’s w Hote­lu Mar­riott
  4. (20 lat) Sekre­tar­ka w pry­wat­nym przed­szko­lu anglo­ję­zycz­nym na ul. Żoł­ny
  5. (20−21 lat) Sekre­tar­ka w kan­ce­la­rii praw­ni­czej Baryl­ski Olszew­ski Brzo­zow­ski
  6. (21 lat) Asy­stent­ka Mana­ge­ra w Ope­ra Club
  7. (21−22 lata) Event Mana­ger w restau­ra­cji Por­to Pra­ga
  8. (22 lata) Han­dlo­wiec w Nowy Adres S.A.
  9. (22−23 lata) Han­dlo­wiec w Świstak.pl (Gru­pa Fotka.pl)
  10. (23 lata) Han­dlo­wiec w agen­cji inte­rak­tyw­nej Bra­in­Ju­ice Gro­up
  11. (24−25 lat) Mana­ger­ka ogól­no­pol­skie­go pro­jek­tu Przed­się­bior­cza Kobie­ta w ramach Fun­da­cji Stu­denc­kie Forum Busi­ness Cen­ter Club (SFBCC)
  12. (24−26 lat) Tele­per­for­man­ce Pol­ska (czy­li trwa­ją­ce ponad 2 lata cza­sy, w któ­rych byłam tzw. Kor­po-szczu­rzy­cą, nawet się wte­dy ubie­ra­łam na sza­ro-buro-brą­zo­wo…!), gdzie peł­ni­łam trzy role naraz, pierw­sza z nich to Tre­ner Wewnętrz­ny
  13. …dru­ga to Spe­cja­li­sta ds. e‑learningu w całej orga­ni­za­cji
  14. …trze­cia to Audy­tor pro­ce­su ope­ra­cyj­ne­go, któ­ry funk­cjo­no­wał w call cen­ter
  15. (27 lat) Czło­wiek od Wszyst­kie­go (pra­wa ręka wła­ści­ciel­ki?) w SurprisePlanner.pl

Po rzu­ce­niu pra­cy w kor­po zaczę­łam pra­co­wać tyl­ko i wyłącz­nie na swój rachu­nek (wszyst­kie pozy­cje poni­żej „nadal trwa­ją”):

  1. (26 lat) Ryśli­ciel­ka® – Fre­elan­cer­ka – co trak­tu­ję jako wiel­ki, osob­ny i od 2012 roku trwa­ją­cy roz­dział w życiu, gdzie pra­cu­ję nad poję­ciem „Jestem Biz­ne­sem”, bo rzu­ci­łam pra­cę i zara­biam na swój rachu­nek, czy­li poję­cia „pra­co­daw­ca” i „idę do pra­cy” są na sta­łe usu­nię­te z moje­go słow­ni­ka
  2. (26 lat) Tre­ner Myśle­nia Wizu­al­ne­go
  3. (26 lat) Ilu­stra­tor 
  4. (27 lat) Gra­phic Recor­der (skry­ba wizu­al­ny)
  5. (27 lat) Gra­phic Faci­li­ta­tor (facy­li­ta­tor wizu­al­ny)
  6. (28 lat) Aktor­ka Rysu­ją­cej Ręki ExplainVisually.co
  7. (30 lat) Dyrek­tor Kre­atyw­ny w mar­ce wła­snej, czy­li ExplainVisually.co

No to jedzie­my po kolei. Kil­ka słów o każ­dym ze sta­no­wisk i o tym, cze­go się dzię­ki temu nauczy­łam. Nazwy i opi­sy­wa­ne prze­ze mnie miej­sca będą bliż­sze na pew­no oso­bom zna­ją­cym War­sza­wę, bowiem war­sza­wiak ze mnie z dzia­da pra­dzia­da i wszyst­kie moje pra­ce były wła­śnie tutaj. Przy­go­tuj się na nie­złą podróż w zamierz­chłe i jak­że cie­ka­we cza­sy oraz lek­cje od życia, jaki­mi chcę się z Tobą podzie­lić, ponie­waż – jak gło­si mój ulu­bio­ny cytat z ksią­żek z serii „Nagro­dy Dar­wi­na”:

„Ucz się na błę­dach innych. Nie będziesz żyć dosta­tecz­nie dłu­go, by popeł­nić je wszyst­kie.”


Praca nr 1:

Dziewczynka z Bazarku

„Dziew­czyn­ka” dla­te­go, że rze­czy­wi­ście byłam wte­dy nie­wia­stą, moż­li­we nawet, że ze szczer­ba­tym uzę­bie­niem i jesz­cze wte­dy bez podej­rzeń o posia­da­nie pier­si. „Z Bazar­ku”, bo mój ojciec miał na bazar­ku pod Halą Tar­go­wą Wola na Jelon­kach (oraz przez jakiś czas na bazar­ku na Gór­czew­skiej) sto­isko z warzy­wa­mi, a ja ocho­czo i rado­śnie sobie na nim pra­co­wa­łam (Mama tak­że han­dlo­wa­ła pod tą samą Halą mię­sem). Nie mam dokład­nie wspo­mnie­nia w jakim byłam wie­ku, czy mia­łam wte­dy 7 lat, czy 10, czy 12, ale na pew­no byłam dziec­kiem. Z pra­cy na bazar­ku wynio­słam 2 waż­ne lek­cje:

Lekcja Pierwsza – o preferencjach pokarmowych

Kocham owo­ce i warzy­wa.

Naj­więk­szą mor­dę­gą było dla mnie w dzie­ciń­stwie sły­szeć od Mamy pra­cu­ją­cej w skle­pie mię­snym „Cho­ciaż mię­so zjedz” (o, poko­le­nie uro­dzo­ne w latach 80, zna­cie to, praw­da? Jest nawet taki fan­pa­ge – Zjedz cho­ciaż mię­so. A ziem­nia­ki zostaw). Nigdy nie prze­pa­da­łam za mię­sem. Jadłam, ale nie­chęt­nie, do momen­tu, kie­dy czu­łam, że jak zjem choć­by kęsa wię­cej, to ele­ganc­ko się zha­ftu­ję (co też nie­ste­ty się nigdy nie wyda­rzy­ło, bo uro­dzi­łam się bez funk­cji wymio­tów, mam tyl­ko 4 zwro­ty akcji pokar­mo­wej na swo­im 30-let­nim kon­cie. A żału­ję. To był­by tak osten­ta­cyj­ny nie­pod­wa­żal­ny argu­ment prze­ciw­ko jedze­niu mię­sa!).

Lekcja Druga - na temat zawiłej relacji: usta – brzoskwinie

Nie wol­no jeść przez cały dzień tyl­ko nie­my­tych brzo­skwiń ze sto­iska na bazar­ku.

projekt3030-praca-1-warzywniara

Z jed­nym wyjąt­kiem (o któ­rym zaraz). Pamię­tam, jak moje­mu ojcu tra­fi­ła się kie­dyś jakaś dobra dosta­wa brzo­skwiń. Dosta­wa na tyle dobra, i na tyle dobrych brzo­skwiń, że przez dzień cały sprze­da­wa­li­śmy (i jedli­śmy) tyl­ko te owo­ce. Skoń­czy­ło się na tym, że wnę­trze moich warg spu­chło tak okrut­nie, że prak­tycz­nie nie byłam w sta­nie zamknąć ust. Gdy­bym była zidio­cia­łą fan­ką ope­ra­cji pla­stycz­nych i mia­ła kry­zys wie­ku śred­nie­go, to pew­nie taki kaczy zestaw roz­war­tych warg (czy­li duck­fa­ce) był­by moim marze­niem (co cza­sem obser­wu­je na uli­cach war­szaw­skich miast z prze­ra­że­niem i nie mogę prze­stać się nadzi­wić, że one to robią za kil­ka tysię­cy zło­tych zamiast za rów­no­war­tość 3 kg brzo­skwiń), ale ja wte­dy byłam nie­win­nym dziec­kiem, któ­re chcia­ło móc zamknąć pasz­czę. Mat­ko, jak to swę­dzia­ło!


Praca nr 2:

PucyAut

projekt3030-praca-2-pucyautOso­ba od mycia i pasto­wa­nia butów nazy­wa się pucy­but, to oso­ba od mycia samo­cho­dów nazy­wa się… Pucy­Aut? 🙂

Jak moż­na się domy­ślać po mojej pierw­szej roli Dziew­czyn­ki z Bazar­ku, w mojej rodzi­nie cze­ka­ły na mnie licz­ne atrak­cje zawo­do­we. Ścież­ka karie­ry, jakiej nie stwo­rzy­ła­by żad­na kor­po­ra­cja! U mnie w rodzi­nie nie było nigdy pie­nię­dzy w nad­mia­rze, wręcz zawsze ich bra­ko­wa­ło. Dla­te­go też od naj­młod­szych lat byłam uczo­na, że nale­ży pra­co­wać. Wie­dzia­łam, że pie­nią­dze nie spa­da­ją z nie­ba, ani nie leżą na uli­cy. Poza jed­nym, jedy­nym razem (i to dość dzi­wacz­nym, kie­dy ojciec dał mi 50zł bo „ład­nie wyglą­da­łam”), moi rodzi­ce nie dawa­li mi kie­szon­ko­we­go „ot tak”. Zawsze musia­łam sobie na nie zaro­bić. Wte­dy się na to wku­rza­łam i fru­stro­wa­łam, bo moi rówie­śni­cy po pro­stu dosta­wa­li pie­nią­dze od rodzi­ców, a ja musia­łam się naj­pierw napo­cić i umę­czyć (a nawet zapła­cić sobie z wła­snych pie­nię­dzy za jed­ną z dwóch plomb, jak mia­łam 14 lat!). Dziś jed­nak za ten etos pra­cy jestem moim rodzi­com sza­le­nie wdzięcz­na, bo tą pra­co­wi­tość i goto­wość do cięż­kiej pra­cy mam do dziś. Znam mało osób goto­wych do tak wytrwa­łe­go zapier­dzie­la­nia, jak ja 🙂

Mój ojciec wybe­to­no­wał nasze przy­do­mo­we podwór­ko two­rząc tym samym pry­wat­ny mini-par­king dla kil­ku osób z pobli­skie­go osie­dla na ul. Anie­li Krzy­woń. Par­ko­wa­ły u nas róż­ne fury – i napraw­dę mam na myśli nie­złe fury, bo jed­nym z naszych Klien­tów był ówcze­sny redak­tor naczel­ny dodat­ku do gaze­ty Wybor­czej Wyso­kie Obro­ty, któ­ry testo­wał naj­now­sze mode­le aut i je recen­zo­wał. Fur dziel­nie bro­nił nasz owcza­rek kau­ka­ski Aaron, a mi (i moje­mu star­sze­mu o pół­to­ra roku bra­tu) przy­pa­da­ła czę­sto rola oso­by myją­cej samo­cho­dy (z zewnątrz i w środ­ku).

I to, jako całość, wzię­ła­bym w szer­szą naukę i nazwa­ła tę lek­cję tak:

Lekcja Trzecia - o źródle pieniędzy

Pra­cuj. Nikt nie da Ci pie­nię­dzy „ot tak”, za dar­mo.


Praca nr 3:

Sprzątaczka

Przez dobre 8 lat moje­go życia (mię­dzy 12 a 20 rokiem życia) poma­ga­łam mojej Mamie w jej jed­no­oso­bo­wej dzia­łal­no­ści. Moja mama sprzą­ta­ła miesz­ka­nia, domy, biu­ra, a ja jeź­dzi­łam na te zle­ce­nia razem z nią. Z wiel­ką czu­ło­ścią i lek­ką iro­nią mówię też cza­sem, że po pro­stu „jeź­dzi­łam na mopie”. Pamię­tam też cza­sy liceum, kie­dy to moje kole­żan­ki i kole­dzy z kla­sy cho­dzi­li na impre­zy i korzy­sta­li z wol­ne­go cza­su (choć w kla­sie teatral­nej nie mie­li­śmy go za dużo), a mnie wszyst­kie te atrak­cje omi­ja­ły, bo musia­łam iść sprzą­tać biu­ra kil­ka razy w tygo­dniu… To jest jed­no z tych bar­dziej szo­ku­ją­cych zajęć, w któ­re ludziom trud­no uwie­rzyć. „Klau­dia? Sprzą­tacz­ką?!?”. I tutaj też wycią­gnę­łam waż­ne lek­cje, a jak zoba­czysz lek­cji jest spo­ro (aż 6!), bo i na mopie jeź­dzi­łam z 8 lat swo­je­go mło­do­cia­ne­go życia…

Lekcja Czwarta – Szanuj Sprzątaczkę Swoją („SSS”)

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-4Zara­bia­nie na sprzą­ta­niu bru­du i syfu po innych ludziach jest pra­cą uczą­cą bar­dzo poko­ry, cier­pli­wo­ści i sza­cun­ku do osób, któ­rych pozy­cja spo­łecz­na i mate­rial­na nie jest spe­cjal­nie sexy, nie jest mod­na i nie jest powo­dem do chwa­le­nia się. To wstyd być sprzą­tacz­ką? Guzik praw­da, byłam nią przez 8 lat i jestem z tego pie­kiel­nie dum­na! Od tego cza­su darzę olbrzy­mim sza­cun­kiem wszyst­kie Panie sprzą­ta­ją­ce, cie­ciów, ludzi na kasie w Bie­dron­ce, ludzi jeż­dżą­cych maszy­na­mi myją­cy­mi po hiper­mar­ke­tach, Bab­cie i Dziad­ków klo­ze­to­wych i inne oso­by o podob­nie spo­łecz­nie „nie­chlub­nej” reno­mie. Do tej pory jestem w sta­nie wyco­fać się z wej­ścia do publicz­nej toa­le­ty, jeśli widzę, że kobie­ta (lub męż­czy­zna, choć ich tam widu­ję nie­ste­ty rza­dziej) wła­śnie umy­ła pod­ło­gę… A jeśli napraw­dę mnie ciśnie i nie jestem w sta­nie pocze­kać 5 minut, to obfi­cie się naj­pierw tłu­ma­czę, że sza­le­nie prze­pra­szam, że tak tego nie lubię, że sza­nu­ję, że sama tak zara­bia­łam i dosko­na­le znam to uczu­cie syzy­fo­wo­ści swo­jej pra­cy, po czym wcho­dzę na palusz­kach robiąc jak naj­mniej­sze śla­dy… Czę­sto upra­wiam poga­dusz­ki z taki­mi ludź­mi, uśmie­cham się do nich, trak­tu­ję po pro­stu jak rów­ne­go sobie (ele­men­tem tego jest np. patrze­nie w oczy, co stoi w sprzecz­no­ści z naj­bar­dziej powszech­nej stra­te­gii trak­to­wa­nia tych ludzi jak powie­trze), poświę­cam im choć­by 5 minut z moje­go zabie­ga­ne­go życia, pytam się jak im dzień mija, jak się mają (przy­kład z tego tygo­dnia: 12.10.2016 na dwor­cu we Wro­cła­wiu zaga­dy­wa­łam do zie­wa­ją­cej uro­czej Pani Klo­ze­to­wej i roz­ma­wia­ły­śmy o jej nad­cią­ga­ją­cej eme­ry­tu­rze i tru­dach pra­cy na noc­ną zmia­nę ;P), czę­sto też zapa­mię­tu­je ich twa­rze albo imio­na, żeby następ­nym razem wie­dzie­li, że o nich pamię­tam, że są dla mnie waż­ni i że doce­niam to, co robią.

To dla­te­go też pew­nie nie zno­szę wszel­kie­go syfu w miej­scach publicz­nych czy­nio­ne­go przez nie­sza­nu­ją­cych czy­jejś pra­cy gogu­siów (ale nie tyl­ko w miej­scach publicz­nych: w ogó­le nie lubię bała­ga­nu i bała­ga­niar­stwa w ludziach, takiej nie­dba­ło­ści i byle­jac­twa)… Mój oso­bi­sty „fawo­ryt”: widok obsra­nych toa­let… I to nie dla­te­go, że się brzy­dzę wido­ku kupy (oj naoglą­da­łam się tego jako sprzą­tacz­ka, naoglą­da­łam…!). Brzy­dzę się ludź­mi – a kon­kret­nie kobie­ta­mi, to ich doko­na­nia obser­wu­ję ze zgro­zą – któ­rzy nie kala­ją się taki­mi nie­go­dzi­wo­ścia­mi, jak rusze­nie po sobie szczo­tą do kibla… Serio dziew­czy­ny? Wasze szla­chec­kie ręce nie­god­ne są wytar­cia po sobie por­ce­la­ny? Co wy macie w gło­wach zosta­wia­jąc za sobą taki pier­dol­nik? „To nie ja tu jestem od sprzą­ta­nia”?!

I ten naszar­pa­ny w dzi­kich ilo­ściach papier toa­le­to­wy albo skraw­ki ręcz­ni­ków papie­ro­wych na pod­ło­dze… (7 ręcz­ni­ków do wytar­cia 2 dło­ni? A instruk­cję uży­cia ręcz­ni­ka papie­ro­we­go damy widzia­ły?). Widok zna­ne­go brą­zu w toa­le­cie publicz­nej mi nie strasz­ny: nie­jed­ną obcą kupę z musz­li klo­ze­to­wej wycie­ram szczo­tą PRZED sko­rzy­sta­niem z toa­le­ty, bo nie wyobra­żam sobie wejść do toa­le­ty już obsra­nej (no bo ciśnie, a tyl­ko taka jest), zastać tam zna­mio­na czy­je­goś wypróż­nie­nia, doło­żyć do tego swo­je 3 gro­sze, wyjść (oczy­wi­ście z peł­ną obrzy­dze­nia, teatral­ną twa­rzą), a kolej­nej kobie­cie odburk­nąć „to nie moja kupa, ona już tam była” albo „nie radzę, tam ktoś nasrał”… A mija­łam – i mijam do tej pory w moim doro­słym życiu! – ele­gant­ki z taki­mi hasła­mi na ustach…

No nie mam zro­zu­mie­nia, nie mam zro­zu­mie­nia dla takie­go zacho­wa­nia.

Lekcja Piąta – o żrących substancjach

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-5-prasowanieSprzą­ta­łam kie­dyś miesz­ka­nie takiej jed­nej pary na Wacie (czy­li Woj­sko­wej Aka­de­mii Tech­nicz­nej). Naj­pierw pary, a potem już tyl­ko porzu­co­ne­go kawa­le­ra, co jest rów­nież cie­ka­wym wąt­kiem, bo – już za dar­mo i bez napiw­ków – świad­czy­łam tak­że usłu­gi powier­ni­ka i słu­cha­cza jego umę­czo­nych i depre­syj­nych histo­rii. Jako oso­ba bar­dzo empa­tycz­na (empa­tia to jeden z moich talen­tów wg Gal­lup Stren­ght Cen­ter) bar­dzo mu rzecz jasna współ­czu­łam, ale w peł­nym współ­czu­ciu prze­szka­dza­ły mi moje płat­ne obo­wiąz­ki. Co do nich nale­ża­ło? Mię­dzy inny­mi pra­so­wa­nie koszul. To był naj­gor­szy ele­ment tej pra­cy… Koszu­le były rzecz jasna wypra­ne, ale spod pach uno­sił się nie­bo­tycz­ny i obrzy­dli­wy fetor, jesz­cze taki cie­pły, bo prze­cież roz­grza­ny żelaz­kiem… Nauka? Nie­któ­rych żrą­cych sub­stan­cji (jak np. pot nie­szczę­śli­we­go porzu­co­ne­go) nie da się naj­wy­raź­niej zmyć inny­mi żrą­cy­mi sub­stan­cja­mi (jak pro­szek do pra­nia)… Albo będąc bar­dziej bru­tal­ną: może po pro­stu moż­na nie umieć sku­tecz­nie wsta­wić pra­nia…? 😉

Lekcja Szósta – o whiteboardzie

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-6-whiteboardW oko­li­cy moje­go urzę­du skar­bo­we­go na uli­cy Bia­ło­brze­skiej jeź­dzi­ły­śmy też z mamą na kolej­ną „robo­tę”. Tam kie­dyś zoba­czy­łam na whi­te­bo­ar­dzie, czy­li bia­łej sucho­ście­ral­nej tabli­cy napis DUPA. Ktoś z pra­cow­ni­ków w lewym gór­nym rogu taki oto ślad po sobie zosta­wił. Nie chcia­łam być gor­sza. Jako żąd­na przy­gód i żar­tów-żar­ci­ków nasto­lat­ka poka­za­łam Mamie, „Zobacz, zobacz, ktoś napi­sał DUPA!”. Po czym wzię­łam maza­ka leżą­ce­go przy tabli­cy i dopi­sa­łam bez­wstyd­nie i odważ­nie: „I CHUJ!”. Znów zawo­ła­łam Mamę, poka­za­łam dum­na swo­je chu­li­gań­skie dzie­ło, mama powtó­ro­wa­ła śmie­chem, hehesz­ki, hehesz­ki, ale śmiesz­nie, ojej­ku. No i jak wia­do­mo – w końcu‑m sprzą­tacz­ka! – po każ­dej dobrej zaba­wie trze­ba posprzą­tać. Chwy­tam za wycie­racz­kę do tabli­cy, a mój „chuj” jak tam tkwił, tak tkwił. Ten pierw­szy zła­pa­ny mazak wca­le nie był sucho­ście­ral­ny… Był per­ma­nent­ny. BARDZO per­ma­nent­ny… Nie wiem, czy się kie­dyś tam ze wsty­du spo­ci­łam jak wte­dy… Poszedł w ruch i CIF, i Dome­stos, wszyst­ko, cośmy tam mia­ły w naszym sprzą­tacz­ko­wym przy­bor­ni­ku. Czym zeszło? Nie pamię­tam. Ale wiem już, i ta nauka jest nie­zwy­kle żywa wła­śnie teraz w tym, co robię: spraw­dzaj! Zawsze spraw­dzaj maza­ki. To, że leży przy whi­te­bo­ar­dzie, nie zna­czy, że do nie­go słu­ży.

Lekcja Siódma – o genitaliach w pracy

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-7-genitalia-w-pracyKoń­ców­ka lat 90-tych, mam jakieś 13 – 15 lat. W pew­nym miej­scu pod War­sza­wą w dość dużej fir­mie z bran­ży oko­ło-spor­to­wej, nauczy­łam się też, że jak ktoś zamy­ka drzwi, to zna­czy, że zamknął je nie bez powo­du. Nawet jeśli sekre­tar­ka da Ci klucz do tego zamknię­te­go pomiesz­cze­nia – czy­li wyra­zi zgo­dę na wej­ście w imie­niu wła­ści­cie­la gabi­ne­tu – to miej się na bacz­no­ści! Możesz tam się na przy­kład natknąć na otwar­ty kom­pu­ter, na ekra­nie któ­re­go zoba­czysz stro­nę por­no z zapau­zo­wa­nym fil­mem, oraz inny­mi zachę­ca­ją­cy­mi miga­ją­cy­mi rekla­ma­mi i zajaw­ka­mi fil­mów wokół głów­ne­go okna…

I ze sto­ic­kim spo­ko­jem, uda­jąc, że Cię to wca­le nie szo­ku­je (a jesteś doj­rze­wa­ją­cą nasto­lat­ką i jest to Twój pierw­szy histo­rycz­ny kon­takt z uży­wa­niem por­no­gra­fii w miej­scu pra­cy), masz obe­trzeć z kurzu biur­ko jego­mo­ścia i wyjść jak gdy­by nigdy nic, stą­pa­jąc cichut­ko jak przy śpią­cym nie­mow­la­ku, żeby się tyl­ko cza­sem nie natknąć na tego Fana Ero­tycz­nych Uciech Wizu­al­nych. Sprzą­ta­nie jego gabi­ne­tu po tym geni­tal­nym epi­zo­dzie już nigdy nie było takie samo. To była też waż­na lek­cja o tym, że są ludzie, kon­kret­nie męż­czyź­ni, któ­rzy oglą­da­ją sobie – jak gdy­by nigdy nic – por­no w pra­cy. Wow. No tego w moim sys­te­mie nie mia­łam.

Lekcja Ósma – o męskim polu widzenia

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-8-paznokcieJed­nych krę­ci oglą­da­nie por­no w robo­cie, innych obci­na­nie w robo­cie paznok­ci (moż­li­we, że z oby­dwu zesta­wu koń­czyn, wnio­sku­ję po kształ­cie i jako­ści). Na taką przy­pa­dłość cier­piał kolej­ny jego­mość z jesz­cze inne­go biu­ra, któ­re wspól­nie z mamą (i bra­tem) sprzą­ta­li­śmy. Skąd wiem, że męż­czy­zna? Trust me, byłam sprzą­tacz­ką przez 8 lat, wiem. Jego­mość obci­nał regu­lar­nie paznok­cie w pra­cy, a jego ska­czą­ce na wszyst­kie stro­ny obier­ki wbi­ja­ły się w wykła­dzi­nę dywa­no­wą. Usu­nię­cie ostrych kra­wę­dzi jego naskór­ka z dywa­nu przy pomo­cy odku­rza­cza gra­ni­czy­ło z cudem (bo paznok­cie były – Panie Losie, zmi­łuj się! – wbi­ja­ne jesz­cze głę­biej w wykła­dzi­nę przy pomo­cy jeż­dżą­ce­go na kół­kach fote­la biu­ro­we­go…). Dla­te­go też zbie­ra­łam to ścier­wo ręcz­nie, ale nie była to naj­przy­jem­niej­sza czyn­ność świa­ta, powie­dzia­ła­bym nawet, że była dość upa­dla­ją­ca… Paznok­cio­we zabie­gi higie­nicz­ne powta­rza­ły się z nie­by­wa­łą regu­lar­no­ścią. Któ­re­goś razu nie wytrzy­ma­łam i – zło­śli­wa, bez­czel­na sprzą­tacz­ka, jak ona śmie, zero wsty­du, hań­ba! – zebra­łam wszyst­kie skru­pu­lat­nie wydłu­ba­ne z pod­ło­gi obier­ki i uło­ży­łam je w gustow­ną kup­kę dokład­nie na środ­ku jego biur­ka, gdzie naj­praw­do­po­dob­niej kładł swo­je ręce zasia­da­jąc ocho­czo następ­ne­go dnia do pra­cy w biu­rze rachun­ko­wym. Wygra­łam. Epi­zo­dy skraw­ków paznok­cio­wych już nigdy się nie powtó­rzy­ły.

Cze­go się nauczy­łam? Że męż­czy­zna ma dość wąskie pole widze­nia, widzi kie­run­ko­wo. Nie widzi swo­ich paznok­ci na pod­ło­dze. Ale jak są na biur­ku, z pew­no­ścią je dostrze­że i nawet wycią­gnie z tego waż­ne lek­cje o życiu.

Że nie wspo­mnę o tym, że nauczy­łam się też, że – poza oglą­da­niem por­no w pra­cy – męż­czyź­ni mogą mieć zwy­czaj regu­lar­ne­go obci­na­nia paznok­ci w pra­cy. Tego tak­że nie mia­łam w sys­te­mie… Cze­mu nie robił tego w domu? Tra­pi mnie to do dziś.

A sko­ro o paznok­ciach mowa, to nie spo­sób nie wspo­mnieć tak­że o moim ulu­bio­nym ame­ry­kań­skim nie­ży­ją­cym już nie­ste­ty stand-upe­rze Geo­r­ge­’u Car­li­nie, któ­ry w poniż­szym stand-upie uro­czo opo­wia­da o obci­na­niu paznok­ci (od 3:27) – ale nie tyl­ko. Kto wie, może pomysł na roz­wią­za­nie spra­wy paznok­cio­wej zaczerp­nę­łam wła­śnie od nie­go…? :P]

Lekcja Dziewiąta – o wołaczu w języku polskim

W tym samym biu­rze co Paznok­cio­Fan, była sekre­tar­ka, któ­ra cza­sa­mi pisy­wa­ła do nas liści­ki i pro­si­ła nas o to, i tam­to. Każ­dy list zaczy­na­ła sło­wa­mi:

Pani Klau­diu!

To nie jest żart, powtó­rzę:

Pani Klau­diU!

Na imię jej było Mał­go­rza­ta.

projekt3030-praca-3-sprzataczka-lekcja-9-wolaczJa byłam jed­nak skrom­ną, zna­ją­cą swo­je miej­sce sprzą­tacz­ką i moja ilość aser­tyw­nych prze­wi­nień w tym biu­rze (kup­ka paznok­cio­wych obie­rek – patrz poprzed­nia Lek­cja Ósma) został już wyczer­pa­ny, stąd moja fan­ta­zja o edu­ko­wa­niu na temat języ­ka pol­skie­go zosta­ła nie­ste­ty już tyl­ko w stre­fie fan­ta­zji… Gdzież bym śmia­ła, ja, o, zwy­kła sprzą­tacz­ka, zwra­cać uwa­gę sekre­tar­ce, że źle woła do mnie w woła­czu?

A ja marzy­łam każ­do­ra­zo­wo o tym, aby odpi­sać jej na te listy w podob­nie żenu­ją­cym woła­czu, czy­li: Pani Mał­go­rza­tu!

Moi dro­dzy, imię Klau­dia odmie­nia się w woła­czu Klau­dio, czy­li z „o” na koń­cu. Zapa­mię­taj­cie pro­szę i nie rób­cie wsty­du przed sprzą­tacz­ka­mi.


Praca nr 4, 5, 6, 7, 8:

konsultantka w MLM’ach

W okre­sie nasto­let­nim i wcze­snej doro­sło­ści (15−20 lat?) ima­łam się prze­róż­nych firm, co to obie­cy­wa­ły zło­te góry, życie na peł­nych obro­tach, dia­men­ty, wyciecz­ki zagra­nicz­ne, sło­wem: ren­tier­stwo. Byłam kon­sul­tant­ką Avo­nu, Oriflame’u, Mary Kay, sprze­da­wa­łam Ther­mo­mi­xy (sprze­da­łam dokład­nie jeden!) a nawet jakieś magicz­ne napo­je Aku­ny. Cze­go się nauczy­łam?

Lekcja Dziesiąta – z (przeważnie babskich) MLMów

projekt3030-praca-45678-konsultantka-mlmPo pierw­sze nie da się na tym zaro­bić, jeśli chce się na tym tyl­ko DOROBIĆ.

Podej­rze­wam nawet, że nie da się na tym też po pro­stu porząd­nie ZAROBIĆ.

A po dru­gie, że nie chcę zara­biać na czymś tak próż­nym i bez­ce­lo­wym jak sprze­da­wa­nie kobie­tom narzę­dzi do utwier­dza­nia się w prze­ko­na­niu, że wygląd jest naj­waż­niej­szą (albo nawet jedy­ną!) war­to­ścią kobie­ty. Brzy­dzę się tym i jest to nie­zgod­ne z moim świa­to­po­glą­dem, któ­ry pew­nie ufor­mo­wał się tro­chę tak­że dzię­ki temu.

Nie­co liczb:

  • 1 pra­ca sprzą­tacz­ki = 6 lek­cji.
  • 5 prac w MLMach = 1 lek­cja.

Jest to wska­zów­ka i pro­sta mate­ma­tycz­na odpo­wiedź na to, co jest bar­dziej war­to­ścio­wym – w mojej oce­nie – dla życia zaję­ciem: dys­try­bu­cja pro­duk­tów w sprze­da­ży bez­po­śred­niej czy taniec wokół mopa. Dro­gi mopie, przy­ja­cie­lu, nauczy­cie­lu, tre­ne­rze i mędr­cu: dzię­ku­ję Ci za wszyst­kie nauki. Dro­gie «eMe­Le­My»: dzie­ku­ję Wam, że były­ście w moim życiu, żeby uświa­do­mić mi, cze­go nie chcę robić. Bo uzna­ję, że to waż­ne wie­dzieć, cze­go nie chce­my. To zna­czą­co uła­twia dal­sze poszu­ki­wa­nia. Choć­by nawet tak dłu­gie jak te moje… Bo to dopie­ro pierw­sza dzie­siąt­ka moich trzy­dzie­stu prac (a ja mam dopie­ro 20 lat) 🙂 Jeste­ście goto­wi na dal­szą podróż? 🙂

A żeby jesz­cze wzmoc­nić prze­kaz MLMo­wy, posłu­żę się mate­ria­ła­mi ludzi mądrzej­szych ode mnie:


Praca nr 9:

pracownik pralni

projekt3030-praca-9-pralniaMoją kolej­ną pra­cą za cza­sów posia­da­nia 18 – 19 lat, była pra­ca w pral­ni. Kto był kie­dyś w pral­ni w Mar­riot­cie, albo ma choć odro­bi­nę wyobraź­ni co do tego, jak może wyglą­dać pral­nia w naj­więk­szym (na tam­te cza­sy) hote­lu w War­sza­wie, te wie, że jest to olbrzy­mie, gło­śne, dusz­ne, wil­got­ne i par­ne pomiesz­cze­nie w pod­zie­miach hote­lu bez dostę­pu do świa­tła dzien­ne­go. Jak mawia­ła Ire­na Kwiat­kow­ska w kul­to­wym „Czter­dzie­sto­lat­ku”: „Ja jestem kobie­ta pra­cu­ją­ca, żad­nej pra­cy się nie boję”, więc i takiej wła­śnie cięż­kiej fizycz­nie, mono­ton­nej i śmier­tel­nie nud­nej pra­cy tak­że się pod­ję­łam jakoś w kla­sie matu­ral­nej. Co wię­cej – mam wspo­mnie­nie, że pra­co­wa­łam tam też na noc­ki!

Wyobraź sobie oso­bę z ast­mą oskrze­lo­wą (a więc nie­zbyt dobrze reagu­ją­cą na cie­pło i wil­goć), któ­ra spę­dza całe dłu­gie godzi­ny wśród dud­nią­ce­go potęż­ne­go magla wiel­ko­ści nasze­go obec­ne­go miesz­ka­nia (34 metry kwa­dra­to­we), przy któ­rym Two­im zaję­ciem jest naprze­mien­nie albo wkła­da­nie wiel­kich prze­ście­ra­deł i posze­wek do magla (input), albo wyj­mo­wa­nie po dru­giej stro­nie z magla np. ręcz­ni­ków (out­put) i skła­da­nie ich w ide­al­ną kost­kę. Cze­go się nauczy­łam?

Lekcja Jedenasta – potyraj!

Podej­mij się choć raz cho­ler­nie cięż­kiej fizycz­nie pra­cy, a nauczysz się ją doce­niać i nie przej­mo­wać taki­mi nic nie zna­czą­cy­mi w życiu pier­do­ła­mi jak plam­ka na prze­ście­ra­dle albo „brzyd­ko” zło­żo­ny ręcz­nik w Two­im nie­na­gan­nie przy­go­to­wa­nym poko­ju hote­lo­wym.


Praca nr 10 i 11:

Hostessa w restauracjach Hotelu Marriott

W tym samym war­szaw­skim Mar­riot­cie, gdy już się roz­sta­łam z pral­nią, pra­co­wa­łam tak­że jako wiecz­nie uśmiech­nię­ta i przy­ja­zna gościom hostes­sa (mając wów­czas 19 – 20 lat) w dwóch restau­ra­cjach: Lil­la Wene­da oraz Par­miz­za­no­’s. Moim zada­niem było sadza­nie gości przy sto­li­kach restau­ra­cyj­nych, poda­wa­nie im menu oraz odbie­ra­nie tele­fo­nów. Cze­go się tam nauczy­łam?

Lekcja Dwunasta – o szkodliwości uzależnień (m.in. od hazardu)

projekt3030-praca-10-hostessa-lilla-wenedaWe wło­skiej Parmizzano’s pra­co­wa­łam czę­sto na wie­czo­ry, a w Lil­la Vene­dzie tyl­ko na rano (na czas ser­wo­wa­nia śnia­da­nia i nie­dziel­nych brun­chów). Obie restau­ra­cje są umiesz­czo­ne w Mar­riot­cie na tym samym pię­trze. Co waż­ne: bar­dzo bli­sko Lil­li znaj­du­je się Kasy­no. Zda­rza­ło mi się widzieć wie­czo­rem przy Parmizzano’s daj­my na to w czwar­tek jakąś oso­bę wcho­dzą­cą do kasy­na, a następ­ne­go dnia w pią­tek rano (gdy ja szłam już do pra­cy na poran­ną zmia­nę do Lili) tę samą oso­bę po kil­ku­na­stu godzi­nach gry w kasy­nie, pija­ną, zmar­no­wa­ną, z prze­gra­nym życiem… I następ­ne­go dnia w sobo­tę znów tą samą oso­bę, kolej­ne­go dnia w nie­dzie­lę znów i kolej­ne­go znów… Widok tych ludzi mro­ził mi krew w żyłach. Uświa­do­mi­łam sobie wte­dy, że taki świat napraw­dę ist­nie­je. Do tej pory trzy­mam się z dale­ka od wszel­kich uza­leż­nień oraz osób (nie robię kom­pro­mi­sów, nawet jeśli to jest czło­nek mojej rodzi­ny), któ­re w takich uza­leż­nie­niach tkwią po uszy. Pew­nie dla­te­go też wizy­ta w Las Vegas w 2015 była dla mnie wyjąt­ko­wo nie­przy­jem­nym prze­ży­ciem. Obser­wa­cja hote­lo­wych hazar­dzi­stów to był pikuś w porów­na­niu z obser­wa­cją od lat zaćpa­nych, wynędz­nia­łych ludzi, posta­rza­łych o dzie­się­cio­le­cia przez przez ogrom przy­ję­tych uży­wek, snu­ją­cych się po kiczo­wa­tych i obie­cu­ją­cych śliw­ki na wierz­bie uli­cach Las Vegas, z otę­pia­łym wzro­kiem, z mar­twą nadzie­ją na to, że to wła­śnie dziś los się do nich uśmiech­nie… Ucie­kam, ucie­kam od nich jak naj­da­lej.

Lekcja Trzynasta – o napiwkach

projekt3030-praca-11-hostessa-parmizzanosDo tej pory żad­na z moich prac nie była koja­rzo­na z dawa­niem napiw­ków. Jako hostes­sa ich nie dosta­wa­łam. Bo niby za co? „Och, jak świet­nie nam Pani poka­za­ła miej­sce do sie­dze­nia! Pro­szę – 2 zł dla Pani!”? Pamię­tam, kie­dy pierw­szy raz w życiu dosta­łam napi­wek i jeśli mnie pamięć nie myli, to była kwo­ta – przy­po­mi­nam, koniec lat 90! – 30 zł. Mia­ło to miej­sce wła­śnie w restau­ra­cji Parmizzano’s w Hote­lu Mar­riott. Byłam zasko­czo­na i peł­na podzi­wu nad wiel­ko­ścią kwo­ty. Zda­rzy­ło się to jesz­cze może z jeden raz, kie­dy dosta­łam 10zł (tych przy­pad­ków, kie­dy goście hote­lo­wi – pew­nie Ci z kasy­na! – mi się oświad­cza­li, nawet nie liczę). Zro­zu­mia­łam wte­dy waż­ną lek­cję: bądź miły i uprzej­my, to dosta­niesz napi­wek. Wyro­bi­łam sobie wte­dy też prze­ko­na­nie, że była­bym fan­ta­stycz­ną kel­ner­ką, bo mam świet­ny kon­takt z ludź­mi i umie­jęt­ność nawią­za­nia szyb­ko rela­cji nie­mal­że z każ­dym. Co cie­ka­we – uprze­dzam fak­ty – wśród tych 30 zajęć, na któ­rych zara­bia­łam w swo­im 30-let­nim życiu final­nie nie ma kel­ner­stwa! Nigdy nie zwe­ry­fi­ko­wa­łam moje­go prze­ko­na­nia, choć nadal twier­dzę, że była­bym naj­lep­szą kel­ner­ką w loka­lu, w któ­rym bym pra­co­wa­ła ;]


Praca nr 12:

Sekretarka w prywatnym przedszkolu anglojęzycznym

Kie­dy mia­łam 20 lat, pra­co­wa­łam w anglo­ję­zycz­nym kana­dyj­skim przed­szko­lu przy ul. Żoł­ny w War­sza­wie. Była to jed­na z moich ulu­bio­nych prac (do tej pory w TOP 10 naj­cie­kaw­szych prac, jakie mia­łam). Pomi­mo, że tak napraw­dę przede wszyst­kim pra­co­wa­łam w sekre­ta­ria­cie, czy­li ogar­nia­łam FV dla rodzi­ców, maile i inne spra­wy papier­ko­wo-for­mal­ne, to jakaś trze­cia część mojej pra­cy pole­ga­ła na doraź­nym poma­ga­niu przy dzie­ciach. Przy pra­cy w przed­szko­lu cięż­ko bowiem o nie­przy­dat­ne ręce. Każ­de ręce przy dzie­ciach się przy­da­dzą.

Miesz­ka­łam nadal z rodzi­ca­mi, czy­li na bemow­skich Jelon­kach, a przed­szko­le znaj­do­wa­ło się o „rzut bere­tem” przy Pia­secz­nie… Ozna­cza­ło to, że codzien­nie – przez 10 mie­się­cy (gru­dzień 2005 – wrze­sień 2006) mia­łam do poko­na­nia kawał War­sza­wy (2 x 16km), dla­te­go wsta­wa­łam o 5:30, żeby być pierw­szą oso­bą w przed­szko­lu już na 7:30… To było wyczer­pu­ją­ce, ale kon­takt z dzieć­mi mi to w dużej mie­rze wyna­gra­dzał 🙂 War­to­ścio­wość i urok tej pra­cy widać zresz­tą po ilo­ści lek­cji 🙂

Lekcja Piętnasta – o dzieciach

klaudia-tolman-w-przedszkolu-jako-pocahontas
Tam u nogi wisi mi dziec­ko (prze­bra­na za drze­wo), Indi­go, pię­cio­let­nia wów­czas cór­ka Jes­si­ki

Ponie­waż byłam w moim poko­le­niu naj­młod­szym wnu­kiem moich dziad­ków, nie za bar­dzo mia­łam kon­takt z młod­szy­mi od sie­bie ludź­mi. Nie umia­łam przed przed­szko­lem nawet stwier­dzić, czy lubię dzie­ci, czy nie. Pra­ca w przed­szko­lu uświa­do­mi­ła mi, że bez­a­pe­la­cyj­nie i praw­dzi­wie uwiel­biam dzie­ci. Dzie­ci uwiel­bia­ją też mnie – żar­tu­ję, że pew­nie dla­te­go, że mam:

  • pasję do wygłu­pia­nia się, zaba­wy i robie­nia dur­nych min (to jest nadal sza­le­nie waż­ny ele­ment mojej aktu­al­nej ryśli­ciel­skiej pra­cy, kto był na moim szko­le­niu, ten wie),
  • duże nie­bie­skie oczy – dzie­ci też mają takie wiel­kie oczy­ska i takich też szu­ka­ją, one bowiem wzbu­dza­ją zaufa­nie!,
  • dłu­gie wło­sy (wte­dy jesz­cze nie­zbyt krę­co­ne), któ­re prze­cież tak świet­nie się szar­pie i wyry­wa!,
  • duże pier­si – no bo… kto nie lubi pier­si…? 😉 Tu widzę pew­ną regu­łę, że im mniej­sze dzie­ci (np. kar­mio­ne pier­sią albo te nie­dłu­go po zabu­tel­ko­wa­niu), tym chęt­niej do mnie lgną, pew­nie do tego moje­go rze­ko­me­go mlecz­ne­go paśni­ka.

Kie­dy koń­czy­łam pra­cę w przed­szko­lu wie­dzia­łam, że koniecz­nie chcę wpleść w moje życie (zawo­do­we…!) ele­ment zaba­wy. I może jakoś dzie­ci też wpleść…? Marzy­ło mi się wte­dy otwar­cie wła­sne­go przed­szko­la 🙂

Lekcja Szesnasta – język angielski jest podstawą!

Język angiel­ski jest jed­no­cze­śnie moim wiel­kim powo­dem do dumy (bo mówię w nim bie­gle i bar­dzo spraw­nie, i ludzie czę­sto myślą, że miesz­ka­łam wie­le lat zagra­ni­cą, co jest nie­praw­dą), ale i powo­dem do wsty­du – bo jest to jedy­ny obcy język, w jakim mówię. Pra­cu­jąc w przed­szko­lu zro­zu­mia­łam, jak bar­dzo jest istot­ny we współ­cze­snym świe­cie. Obser­wo­wa­łam bowiem jak małe 3‑, 4‑, 5‑letnie isto­ty uczą się go w spo­sób tak natu­ral­ny, jak gdy­by uczy­ły się języ­ka ojczy­ste­go. W naszym przed­szko­lu pra­co­wa­ły bowiem dwie Kana­dyj­ki i kil­ka Polek, i wszy­scy (pra­cow­ni­cy mię­dzy sobą, pra­cow­ni­cy z dzieć­mi i dzie­ci mię­dzy sobą) mówi­li­śmy do sie­bie tyl­ko po angiel­sku. Wyma­rzy­łam sobie wte­dy, że moje dzie­ci będą się uczy­ły wła­śnie w takim przed­szko­lu (żeby śmi­ga­ły po angiel­sku lepiej niż ja na TEDxWroc­law, gdzie wystą­pi­łam lata póź­niej w 2013).

klaudia-tolman-on-tedxwroclaw
Klik­nij w zdję­cie, żeby zoba­czyć moje wystą­pie­nie na TEDxW­roc­law w 2013 roku (po angiel­sku)

Nie zapo­mnę też, jak kie­dyś pewien Jaś (Polak z oboj­giem pol­sko­ję­zycz­nych rodzi­ców), może w pierw­szym tygo­dniu swo­je­go poby­tu w przed­szko­lu, osłu­chaw­szy się mówią­cych po angiel­sku dzie­ci, wygło­sił swój pierw­szy komu­ni­kat w „obcym” języ­ku. Było to w trak­cie swo­bod­ne­go cza­su na zaba­wę. Jasiu bawił się wraz z inny­mi dzieć­mi, nagle wstał, skie­ro­wał swój wzrok w kie­run­ku Jes­si­ki (Kana­dyj­ki), i obwie­ścił nauczy­ciel­ce na głos:

Jes­si­ca? It’s… siku time!

Angiel­ski jest pod­sta­wą. Wie to nawet Jasiu.

Bądź jak Jasiu. Ucz się angiel­skie­go!

Lekcja Siedemnasta – o dziecięcych metodach zapewniania sobie poczucia bezpieczeństwa

Jak już wspo­mnia­łam, nie mia­łam oka­zji do obco­wa­nia z dzieć­mi młod­szy­mi ode mnie – byłam naj­młod­sza w rodzi­nie. Nie zna­łam więc wie­lu dzie­cię­cych tajem­nic i eta­pów roz­wo­ju.

Klat­ka z nasze­go fil­mu dla HIA Pol­ska. Od cza­sów przed­szko­la, w któ­rym pra­co­wa­łam, zaba­wa cia­sto­li­ną już zawsze koja­rzy mi się tyl­ko z jed­nym 🙂 (klik­nij na zdję­cie żeby zoba­czyć film. Film nie o cia­sto­li­nie, nie o mastur­ba­cji, tyl­ko o hej­cie w Inter­ne­cie).

Pomi­mo tego, że w moim domu otwar­cie mówi­ło się o sek­sie, nago­ści, mastur­ba­cji, doj­rze­wa­niu (rodzi­ce kupi­li kie­dyś potęż­ny zapas pre­zer­wa­tyw i wsa­dzi­li do ogól­no­do­stęp­nej aptecz­ki mówiąc kolej­no mi i moje­mu bra­tu: „pro­szę, to dla Cie­bie, uży­waj, jeśli będzie ku temu oka­zja”), i pomi­mo tego, że mam wra­że­nie, że wła­ści­wie zawsze wiem, skąd się bio­rą dzie­ci (rodzi­ce nie kar­mi­li mnie opo­wie­ścia­mi o kapu­ście, bocia­nie, nie­po­ka­la­nym poczę­ciu i inny­mi legen­da­mi będą­cy­mi tyl­ko sys­te­ma­mi uni­ko­wy­mi przed praw­dzi­wą odpo­wie­dzią na pro­ste pyta­nia), to o tym, że dwu­ipół­let­nie dziec­ko umie się mastur­bo­wać – nie mia­łam poję­cia 🙂 Byłam więc nie­co zakło­po­ta­na i nie bar­dzo wie­dzia­łam, co zro­bić, kie­dy wła­śnie nawet nie trzy­let­nia Maja po przy­jeź­dzie do przed­szko­la o tej 7:30, i powie­dze­niu swo­je­mu tacie „pa-pa!”, zabie­ra­ła się ocho­czo wspól­nie ze mną za zaba­wę cia­sto­li­ną i rów­nie ocho­czo ocie­ra­ła się swo­im łonem o krze­seł­ko spra­wia­jąc sobie tym nie­wąt­pli­wą przy­jem­ność. Jak się dowie­dzia­łam może z rok czy dwa póź­niej stu­diu­jąc psy­cho­lo­gię spo­łecz­ną, dzie­ci mastur­bu­ją się rów­nie zawzię­cie i natu­ral­nie jak doro­śli ludzie. Prze­cież – dopraw­dy! – dzie­ci są ludź­mi. Nie umniej­szaj­my im. Cze­mu nie mia­ły­by tego robić? Dziec­ko jest isto­tą sek­su­al­ną już w brzu­chu u mamy. Tak pro­ste, a tak odkryw­cze! 🙂

Lekcja Osiemnasta – dzieci to małe chodzące kserokopiarki zachowania dorosłych

Dla­te­go uwa­żaj, co przy nich mówisz!

projekt3030-praca-12-przedszkoleBył w przed­szko­lu jesz­cze inny Jaś (inny niż ten z histo­rii o „siku time”), któ­ry miał spo­re pro­ble­my z ogar­nię­ciem pro­ce­du­ry sika­nia. Spra­wia­ło mu to dużo trud­no­ści, szyb­ko się dys­trak­to­wał i trze­ba było pil­no­wać, czy się nagle nie roz­ko­ja­rzył i nie odwra­ca się do doglą­da­ją­cej go w toa­le­cie nauczy­ciel­ki, sika­jąc jej nie­chcą­cy na sto­py. Mia­łam kie­dyś oka­zję towa­rzy­szyć mu w ubi­ka­cji, kie­dy w wiel­kim sku­pie­niu wyko­ny­wał po kolei wszyst­kie czyn­no­ści nie­zbęd­ne przy siu­sia­niu. Widzę jak Jasiu pod­cho­dzi do toa­le­ty, pod­no­si jed­ną deskę, pod­no­si dru­gą deskę. Jasiu zdej­mu­je spodnie, zdej­mu­je raj­stop­ki, zdej­mu­je majt­ki… Robi to powo­li, w sku­pie­niu, nie­mal­że w slow-motion. Łapie się za siu­sia­ka, ścią­ga skór­kę, celu­je w musz­lę… i… suk­ces! Tra­fia. W nie­usta­ją­cym wiel­kim sku­pie­niu Jasiu sika, siiii­ka, wpa­tru­je się pil­nie w bry­zga­ją­cą wodę, siiii­ka… Ja sto­ję, doglą­dam, wszyst­ko na razie zgod­nie z pla­nem, tkwię za nim w goto­wo­ści, żeby w razie cze­go coś sko­ry­go­wać. Patrzę jak Jasiu dziel­nie sika do malut­kie­go dzie­cię­ce­go kibel­ka. Wysi­kał się. Deli­kat­nie otrze­pu­je fujar­kę, skrę­ca się w kie­run­ku papie­ru, ury­wa jeden pła­tek (sic!), wycie­ra sobie głów­kę siu­sia­ka, wrzu­ca papier do toa­le­ty. Pod­cią­ga majt­ki, pod­cią­ga raj­stop­ki, zakła­da spodnie. Naci­ska przy­cisk, spusz­cza wodę… No pra­wie nie dowie­rzam, pękam z dumy! Pro­ce­du­ra trwa nadal. Jasiu opusz­cza jed­ną deskę, dru­gą deskę. Wresz­cie dedu­ku­je, że zro­bił już wszyst­ko i nie ma wię­cej co zro­bić w tema­cie odda­wa­nia moczu. Odwra­ca się do mnie i mówi trium­fal­nym, choć jed­no­cze­śnie nie­do­wie­rza­ją­cym gło­sem:

Pani Klau­dio – pod­tar­łem pin­do­la!

Pin­do­la. Nie siu­sia­ka, nie niu­niu­sa, nie peni­sa, nie fujar­kę. Pin­do­la Jasiu pod­tarł. Mały Jasiu małe­go pin­do­la.

Pięk­ne.


Praca nr 13:

Sekretarka w kancelarii prawniczej BOB

projekt3030-praca-13-bobMam 20 – 21 lat, pra­cu­ję jako sekre­tar­ka. Jeste­śmy na zmia­nie zawsze w trój­kę z czwór­ki dostęp­nych sekre­ta­rek (Ela, Pau­li­na, Alin­ka i ja). Doświad­czam – popraw­nie poli­tycz­nie to ujmu­jąc – że praw­ni­cy i adwo­ka­ci to „spe­cy­ficz­ne” oso­by :] Jed­ne­mu z adwo­ka­tów trze­ba było poda­wać do gabi­ne­tu kawę dokład­nie zaraz po 2 minu­tach, od kie­dy do nie­go wej­dzie, w dokład­nie jed­nej jedy­nej fili­żan­ce, jego ulu­bio­nej (wyobraź sobie jaka była dra­ka, jak nigdzie jej nie było, bo ktoś albo nie­świa­do­mie, albo zło­śli­wie ją scho­wał!), na spodku musia­ła być jed­na jedy­na ulu­bio­na łyżecz­ka, z kon­kret­ną ilo­ścią cukru, mle­ka itd. Spoj­rze­nie mece­na­sa, jeśli któ­ryś z tych warun­ków nie został speł­nio­ny, przy­pra­wia­ło cały sekre­ta­riat o myśli samo­bój­cze.

Zatem codzien­nie, z powo­du wła­śnie takich mikro-szpi­kul­ców, czu­łam się zni­ża­na do kate­go­rii pod­czło­wie­ka, któ­re­go zaję­ciem jest parze­nie kawy według widzi­mi­się mece­na­sów, ale z dru­giej stro­ny mia­łam też świa­do­mość, że:

Lekcja Dziewiętnasta – sekretariat ma tak naprawdę cichą władzę.

To sekre­ta­riat łączy roz­mo­wy do waż­nych w kan­ce­la­rii per­son. Jak nie prze­ko­nasz sekre­ta­ria­tu, nie prze­bi­jesz się dalej – dziew­czy­ny są jak fire­wall. Jak jesteś nie­mi­ły dla sekre­ta­rek, moż­li­we, że wła­śnie wte­dy, aku­rat dla Cie­bie „skoń­czą się cia­stecz­ka”. Sekre­ta­riat to taka insty­tu­cja, któ­ra jak dzia­ła spraw­nie, nikt nawet tego nie zauwa­ża (co przy­kre, ale to tkwi głę­biej w – pol­skiej? – nie­umie­jęt­no­ści chwa­le­nia za rze­czy wyko­na­ne dobrze, zamiast kara­nia za rze­czy wyko­na­ne źle). Zada­niem sekre­ta­ria­tu czy recep­cji jest dzia­łać spraw­nie. Ale kie­dy jakiejś sekre­tar­ki bra­ku­je, bo jest cho­ra, a dru­ga na urlo­pie, cała pra­ca fir­my jest spa­ra­li­żo­wa­na. Co wię­cej – wie­le osob myśli “aaa, co to za robo­ta, taka sekre­tar­ka, każ­dy może nią być!”. Ale jak kogoś bra­ku­je w sekre­ta­ria­cie, i jakiś rad­ca albo adwo­kat miał cho­ciaż­by wysłać list albo prze­łą­czyć roz­mo­wę, nagle się oka­zu­je, że kom­plet­nie nie wie jak to zro­bić. Nawet naj­bar­dziej “pier­do­ło­wa­ta” pra­ca jest potrzeb­na. Każ­dy w fir­mie ma swo­ją rolę, jest mniej­szym lub więk­szym, prost­szym lub bar­dziej skom­pli­ko­wa­nym try­bi­kiem i jak prze­sta­je dzia­łać, cała fir­ma dzia­ła gorzej. Mam tę naukę zawsze z tyłu gło­wy i mam nadzie­ję, że nigdy, prze­nig­dy o tym nie zapo­mnę… Że nigdy nie poślę niko­mu takie­go spoj­rze­nia jak to zabój­cze spoj­rze­nie mece­na­sa (“bo łyżecz­ka na spodku była nie tą, któ­rą lubi mie­szać naj­bar­dziej…”). Jeśli kie­dy­kol­wiek przyj­dzie mi umniej­szyć rolę któ­re­go­kol­wiek nasze­go współ­pra­cow­ni­ka, to mam nadzie­ję, że ten współ­pra­cow­nik będzie miał w port­fe­lu wydruk frag­men­tu tego wpi­su i mi go uro­czy­ście poka­że mówiąc “Mam Cię! Przy­ła­pa­łem na gorą­cym uczyn­ku! A teraz uro­czy­ście mnie prze­proś!”.


Praca nr 14:

Asystentka Managera w Opera Club

Lekcja Dwudziesta – o tym, co ma Klaudia do Klaudyny

Moją bez­po­śred­nią prze­ło­żo­ną była kobie­ta imie­niem Klau­dy­na. Ja byłam jej asy­stent­ką, a mając na uwa­dze, że Klau­dy­na za cza­sów mojej pra­cy w Ope­rze – jak nazy­wa­li­śmy to miej­sce w skró­cie – była w zaawan­so­wa­nej cią­ży, to wła­ści­wie byłam w dużej mie­rze p.o. Mana­ge­ra Klu­bu. Moja pra­ca pole­ga­ła na tym, że w godzi­nach biu­ro­wych prze­sia­dy­wa­łam w pod­ziem­nym biu­rze (Ope­ra Club znaj­du­je się w pod­zie­miach Ope­ry Naro­do­wej) czy­li bez dostę­pu do świe­że­go powie­trza i bez natu­ral­ne­go świa­tła, przyj­mo­wa­łam dosta­wy napo­jów i alko­ho­li, no i oczy­wi­ście odbie­ra­łam masę tele­fo­nów i odpi­sy­wa­łam na maile z zapy­ta­nia­mi o orga­ni­za­cję wyda­rzeń zamknię­tych w loka­lu, a tak­że opro­wa­dza­łam ludzi po loka­lu. Jako że ja się nazy­wam Klau­dia, a moja sze­fo­wa Klau­dy­na, wie­lo­krot­nie były­śmy bra­ne za jed­ną i tę samą oso­bę. Wie­lo­krot­nie nazy­wa­no mnie Klau­dy­ną zamiast Klau­dią… Było to dla mnie nie­zwy­kle fru­stru­ją­ce, bo imię Klau­dia i Klau­dy­na to dwa róż­ne imio­na i dla mnie nazwa­nie mnie Klau­dy­ną było mniej wię­cej tym, czym dla Micha­ła było­by nazwa­nie go Mar­ci­nem, albo Piotr­ka nazwa­nie Paw­łem. Moi dro­dzy, Klau­dy­na to nie jest to samo imię co Klau­dia! (Skru­pu­lat­ni i wytrwa­li czy­tel­ni­cy całe­go arty­ku­łu na temat Pro­jek­tu 30:30 powin­ni nawet wie­dzieć dzię­ki Lek­cji Dzie­wią­tej, jak się odmie­nia imię Klau­dia w woła­czu ;P).

Lekcja Dwudziesta Pierwsza – jak nie zarządzać ludźmi

Wła­ści­ciel tego miej­sca miał bar­dzo „egzo­tycz­ne” podej­ście do zarzą­dza­nia ludź­mi. Uzna­wał naj­wy­raź­niej, że ter­ror, zastra­sza­nie, groź­bykara­nie za każ­de naj­mniej­sze prze­wi­nie­nie, to jedy­ne słusz­ne meto­dy pro­wa­dze­nia biz­ne­su i „współ­pra­cy” z pra­cu­ją­cy­mi tam ludź­mi. Nie­ste­ty ryba psu­je się od gło­wy, więc i moja sze­fo­wa, wspo­mnia­na Klau­dy­na, będąc ele­men­tem tej ter­ro­ry­stycz­nej ukła­dan­ki, sto­so­wa­ła takie meto­dy na pra­cow­ni­kach pod sobą (sko­ro i na niej je sto­so­wa­no).

Zakła­dam też, że doda­nie powyż­szej infor­ma­cji do ukła­dan­ki o Ope­ra Club jest jesz­cze więk­szym roz­ja­śnie­niem, dla­cze­go nie lubię, kie­dy ktoś nazy­wa mnie Klau­dy­ną :]

projekt3030-praca-14-oper-club3Pamię­ta­cie – wspo­mi­na­łam, że pra­ca znaj­do­wa­ła się pod zie­mią, bez okien, bez świa­tła? Nie wytrzy­mu­jąc już pra­cy w ciem­no­ściach i przy sztucz­nym świe­tle, wło­ży­łam sobie któ­re­goś dnia w lamp­kę w moim poko­ju (poko­ju wiel­ko­ści 1,5m x3m) nie­co moc­niej­szą żarów­kę, żeby nie osza­leć od sie­dze­nia przy szcząt­ko­wej ilo­ści – sztucz­ne­go bo sztucz­ne­go, ale zawsze – świa­tła. Następ­ne­go dnia zasta­łam na swo­im biur­ku kart­kę, w któ­rej Klau­dy­na oświad­cza mi, że nie życzy sobie, żebym uży­wa­ła tych moc­niej­szych żaró­wek, bo zże­ra­ją wię­cej prą­du (sic!), i że w związ­ku z tym zabie­ra mi z wypła­ty kwo­tę 50zł. Takie akcje były na porząd­ku dzien­nym. 50 zł za coś, 100zł za coś… Moja wypła­ta wyno­szą­ca – kom­plet­nie nie pamię­tam ile wte­dy zara­bia­łam, ale przy­pu­ść­my, że 1500zł – z pier­wot­nych 1500zł potra­fi­ła się zmniej­szyć do 1000zł… Bo chcia­łaś po ludz­ku sie­dzieć przy kom­pu­te­rze. Albo bo nie odpi­sa­łaś na jakie­goś maila… Albo bo się spóź­ni­łaś, bo jesteś cho­ra i zaspa­łaś do pra­cy…

Wytrzy­ma­łam tam 4 mie­sią­ce. Wte­dy nie przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy, żeby zgło­sić to komu­kol­wiek, jakiejś insty­tu­cji, żeby się poskar­żyć, zażą­dać odszko­do­wa­nia za takie trak­to­wa­nie… Pozna­łam kil­ka lat póź­niej dziew­czy­nę, Mag­dę, któ­ra też mia­ła do czy­nie­nia z wła­ści­cie­lem tego loka­lu (któ­ry był tak­że wła­ści­cie­lem kil­ku innych w Pol­sce) i w miej­scu, w któ­rym ona pra­co­wa­ła, sto­so­wa­no podob­ne meto­dy dzia­ła­nia… Na szczę­ście dziś jestem o 9 lat star­szą już trzy­dzie­sto­lat­ką i gdy­by to przy­da­rzy­ło­by mi się dzi­siaj, nie mia­ła­bym lito­ści. Gro­ma­dzi­ła­bym wszyst­kie dowo­dy, robi­ła­bym zdję­cia, nagry­wa­ła roz­mo­wy i zgło­si­ła­bym to tam, gdzie trze­ba (a miejsc jest spo­ro: Pań­stwo­wa Inspek­cja Pra­cy, Kra­jo­we Sto­wa­rzy­sze­nie Anty­mob­bin­go­we, Hel­siń­ska Fun­da­cja Praw Czło­wie­ka i pew­nie kil­ka innych – te zna­la­złam po zale­d­wie 3‑minutowym przej­rze­niu Google’a).

I ape­lu­ję do wszyst­kich: jeśli jeste­ście tak trak­to­wa­ni, podej­mij­cie dzia­ła­nia. A jeśli macie wąt­pli­wo­ści i pyta­cie sie­bie: „A co to da? Czy rze­czy­wi­ście coś się dzię­ki temu sta­nie?”, odpo­wia­dam Wam: tak, sta­nie się. Ja bory­ka­łam się kie­dyś z taki­mi wąt­pli­wo­ścia­mi, kie­dy za cza­sów liceum (a tre­no­wa­łam wte­dy nadal siat­ków­kę) byłam mole­sto­wa­na sek­su­al­nie przez moje­go wuefi­stę. Zresz­tą nie ja jed­na: Budek robił to od wie­lu lat, ale kla­sa po kla­sie, rok po roku wszy­scy mil­cze­li. Nikt się nie wyry­wał, no bo prze­cież jak…? Dziew­czy­ny przy­my­ka­ły oczy i dawa­ły się macać przez wuefi­stę w spo­sób wybit­nie nie­kom­for­to­wy i sta­now­czo prze­kra­cza­ją­cy koniecz­ny kon­takt wuefi­sty z uczniem, a tak­że godzi­ły się wysłu­chi­wać komen­ta­rzy (okra­szo­nych dłu­gim obser­wo­wa­niem pier­si) w sty­lu:

Oooo, Klau­dia, widzę, że przez waka­cje zro­bi­ła się z Cie­bie… praw­dzi­wa kobie­ta…!

W mojej kla­sie na szczę­ście zawrza­ło, a że były­śmy głów­nie bab­ską kla­są, poskar­ży­ły­śmy się nasze­mu wycho­waw­cy, i wspól­nie kla­so­wo zgo­dzi­li­śmy się, że mamy dość zamy­ka­nia oczu na prak­ty­ki trwa­ją­ce lata­mi, i pisze­my pety­cję do Dyrek­tor­ki. Dzię­ki nasze­mu zgło­sze­niu, Dyrek­cja zwol­ni­ła wuefi­stę.

Jak widzisz – war­to. War­to nie godzić się na nie­ludz­kie, uwła­cza­ją­ce trak­to­wa­nie – czy to w pra­cy, czy w szko­le, czy w życiu – i podej­mo­wać dzia­ła­nia. Jak nie samo­dziel­nie: to w gru­pie.


Praca nr 15

Event Manager w restauracji Porto Praga

Mam 21 – 22 lata. Pra­cu­ję w Por­to Pra­ga, nie­ist­nie­ją­cej już restau­ra­cji w pra­wo­brzeż­nej War­sza­wie. Dla sta­łych czy­tel­ni­ków Pro­jek­tu 30:30 na pew­no nie będzie nie­spo­dzian­ką, że pra­cu­ję tam wystar­cza­ją­co krót­ko, żeby nie zwa­rio­wać – tyl­ko i aż 7 mie­się­cy. Tyl­ko, bo więk­szość pra­co­daw­ców powie, że to śmiesz­nie mało jak na pra­cę w jed­nym miej­scu, ale , bo mając na uwa­dze kolej­ny egzo­tycz­ny spo­sób komu­ni­ka­cji wyż­sze­go mene­dżer­stwa w tej knaj­pie, to było napraw­dę osią­gnię­cie…! Ale ta lek­cja nie będzie o kie­row­nic­twie.

Lekcja Dwudziesta Druga – o wulgaryzmach w mailach

Jest to jed­na z lek­cji, któ­rą pobra­łam z obser­wa­cji współ­uczest­ni­czą­cej – to nie ja jestem głów­ną boha­ter­ką histo­rii, ale bio­rę z niej waż­ną lek­cję (w myśl przy­ta­cza­nej już na począt­ku Pro­jek­tu 30:30 sen­ten­cji: „Ucz się na błę­dach innych. Nie będziesz żyć dosta­tecz­nie dłu­go, by popeł­nić je wszyst­kie”).

projekt3030-praca-15-oper-portopraga-lekcja-22Peł­ni­łam w Por­to funk­cję Event Mana­ge­ra – czy­li orga­ni­zo­wa­łam (za pro­wi­zje nali­cza­ne zapew­ne od wyso­ko­ści przy­cho­du z impre­zy) na tere­nie restau­ra­cji więk­sze spo­tka­nia, impre­zy fir­mo­we, inte­gra­cyj­ne, Wigi­lie kor­po­ra­cyj­ne, chrzci­ny, komu­nie, imie­ni­ny i uro­dzi­ny itp. Były­śmy we trzy na tym sta­no­wi­sku: Agniesz­ka, Syl­wia i ja. Każ­da z nas mia­ła swo­je­go maila w sty­lu imię@portopraga…, ale tak­że mia­ły­śmy pod­pię­tą skrzyn­kę ogól­ną (typu kon­takt). Na skrzyn­kę ogól­ną spły­wa­ły zapy­ta­nia o orga­ni­za­cję wyda­rzeń i żeby było spra­wie­dli­wie, przy­ję­ły­śmy taki sys­tem, że na tabli­cy kor­ko­wej w naszym biu­rze (witaj ponow­nie biu­ro bez okien o sze­ro­ko­ści 1,5m a dłu­go­ści 6m…!) wisia­ła kart­ka z tabel­ką z wymie­nio­ny­mi kolej­no naszy­mi imio­na­mi: Agniesz­ka, Syl­wia, Klau­dia. Kie­dy przy­cho­dził nowy mail z zapy­ta­niem na skrzyn­kę ogól­ną, dosta­wa­ła go kolej­na oso­ba „w kolej­ce” – jeśli poprzed­nie­go maila dosta­ła np. Syl­wia, to przy­pa­da­ła moja kolej­ka. Zazna­cza­ły­śmy to na tabli­cy i wszyst­ko ele­ganc­ko dzia­ła­ło, sys­tem był dla nas bar­dzo intu­icyj­ny.

Któ­re­goś razu Agniesz­ka była naj­wy­raź­niej jedy­ną oso­bą w biu­rze, my gdzieś krą­ży­ły­śmy po restau­ra­cji, i zoba­czyw­szy nowe­go maila od poten­cjal­ne­go Klien­ta, chcia­ła nas szyb­ko poin­for­mo­wać, że teraz jej kolej i napi­sa­ła do nas (nie jest to dokład­ny cytat, ale bar­dzo odda­je kli­mat odpo­wie­dzi):

Dziew­czy­ny bio­rę tego klien­ta, bo prze­cież trze­ba kur­wa je jeba­ne pro­wi­zje napier­da­lać! 🙂

Jakież było jej zdzi­wie­nie, kie­dy po kil­ku­na­stu minu­tach dosta­ła odpo­wiedź:

Pani Agniesz­ko,

Oba­wiam się, że ten mail nie był skie­ro­wa­ny do mnie… Poza tym, ja wszyst­ko rozu­miem, ja też prze­kli­nam, ale żeby kobie­ty mię­dzy sobą tak roz­ma­wia­ły…

(…)

Agniesz­ka popeł­ni­ła kla­sycz­ny błąd: sądzi­ła, że prze­kie­ro­wu­je maila do naszej dwój­ki, ale zro­bi­ła „odpo­wiedz” i napi­sa­ła do Klient­ki…

Nie jestem w sta­nie opi­sać, jak bar­dzo Agniesz­ka była tym zaże­no­wa­na, i jaką mia­ła minę, jak zoba­czy­ła, do kogo tak napraw­dę wysła­ła tego maila… Pamię­tam jak kil­ka dni póź­niej szła na spo­tka­nie oso­bi­ste z tą Klient­ką, jak trzę­sły się jej ręce, jak się poci­ła.… Impre­za final­nie się odby­ła, więc moż­na by rzec, że sytu­acja zakoń­czy­ła się hap­py endem.

Lek­cja do wycią­gnię­cia jest pro­sta: nie cho­dzi o to, żeby nie prze­kli­nać. Cho­dzi o to, żeby dwa razy spraw­dzić, do kogo wysy­łasz maila. A jeśli piszesz w mailu soczy­stą wiąz­kę wul­ga­ry­zmów, to sprawdź jesz­cze ze trzy razy. Prze­zor­ny zawsze ubez­pie­czo­ny.


Praca nr 16

Handlowiec w Nowy Adres S.A.

Pra­ca jako Han­dlo­wiec w Nowym Adre­sie to było moje pierw­sze sta­no­wi­sko sprze­da­żo­we (w sumie han­dlow­cem byłam trzy­krot­nie). Mia­łam wte­dy 22 lata, pra­co­wa­łam tam w okre­sie maj – listo­pad 2008. Zaj­mo­wa­łam się sprze­da­żą powierzch­ni rekla­mo­wej w kata­lo­gu „Biu­row­ce w Pol­sce”. Wszyst­ko było­by napraw­dę nie­mal­że ide­al­ne: bar­dzo lubi­łam tę pra­cę, mia­łam wokół sie­bie świet­ny zespół sprze­daw­ców z tego same­go dzia­łu, pano­wał tam nie­sa­mo­wi­ty, weso­ły kli­mat, bar­dzo dużo żar­to­wa­li­śmy i śmia­li­śmy się w fir­mie, mie­li­śmy cał­kiem zacny, uła­twia­ją­cy życie sys­tem CRM, a jak­by tego było mało, to mia­łam jesz­cze cudow­ną sze­fo­wą, któ­rą uwiel­bia­łam (a o któ­rej jesz­cze będzie mowa), a co naj­waż­niej­sze: byłam jed­nym z naj­lep­szych – jeśli nie naj­lep­szym! – sprze­daw­cą w tam­tym cza­sie. Odno­si­łam duuuże suk­ce­sy przy­no­sząc naj­więk­szą sprze­daż z zespo­łu i byłam z sie­bie pie­kiel­nie dum­na. Całe nie­szczę­ście i potęż­ne „ale” tkwi­ły w spo­so­bie, w jaki w tam­tym cza­sie fir­ma roz­li­cza­ła pro­wi­zje sprze­da­żo­we (w jakiś czas po moim odej­ściu sys­tem został na szczę­ście zmie­nio­ny na nor­mal­ny, korzyst­ny dla pra­cow­ni­ka).

Lekcja 22 – o tym, jak można (nie) dać się oszukać na prowizjach

Otóż pomi­mo tego, że byłam debe­ściar­skim han­dlow­cem i przy­no­si­łam fir­mie olbrzy­mie przy­cho­dy, to jak odcho­dzi­łam po tych 7 mie­sią­cach, to ode­bra­łam wresz­cie „uzbie­ra­ną” przez ten cały czas pro­wi­zję w wyso­ko­ści – usiądź­cie! – ok. 560zł… Naj­lep­szy han­dlo­wiec… 560zł po 7 mie­sią­cach…!

projekt3030-praca-16-nowyadres-lekcja-2334-prowizjeDla­cze­go tyl­ko tyle? Bo pano­wał tam bar­dzo krzyw­dzą­cy i – nie bój­my się tego sło­wa! – bzdur­ny sys­tem nali­cza­nia pro­wi­zji. Przy­pu­ść­my, że Two­je wyna­gro­dze­nie mie­sięcz­ne wyno­si­ło 2800zł brut­to. Jeśli Two­ja pro­wi­zja od sprze­da­ży w pierw­szym mie­sią­cu pra­cy wyno­si­ła 1200zł brut­to, to wca­le nie dosta­wa­łaś wypła­ty w wyso­ko­ści: pod­sta­wa 2800zł + pro­wi­zja 1200zł (4000zł). Oj nie, nie… Od pod­sta­wy (2800zł) odej­mo­wa­łaś pro­wi­zję (1200zł) i resz­ta jaka zosta­ła, czy­li 1600zł to była kwo­ta, któ­rą musia­łaś nadal w kolej­nych mie­sią­cach „odpra­co­wać”. Krót­ko mówiąc ozna­cza­ło to, że byłaś nie­ja­ko zakre­dy­to­wa­na, zadłu­żo­na na przy­szłość: prze­cież fir­ma „zain­we­sto­wa­ła” w Cie­bie 2800zł, mie­siąc po mie­sią­cu. Dla­te­go musia­łam każ­de­go mie­sią­ca przy­nieść przy­naj­mniej rów­no­war­tość swo­jej pod­sta­wy, czy­li 2800zł, a jeśli moja pro­wi­zja sprze­da­żo­wa była więk­sza, czy­li np. wyno­si­ła 3000zł brut­to, to real­nej pro­wi­zji mia­łam 200zł (3000zł – 2800zł). Rozu­mie­cie ten absurd…?!

A ponie­waż mało kto sku­tecz­nie sprze­da­je w nowej dla sie­bie bran­ży przez pierw­sze mie­sią­ce, to w czwar­ty mie­siąc wkra­cza­ło się już z ”dłu­giem pro­wi­zyj­nym” wobec fir­my w wyso­ko­ści 3 mie­sią­ce * 2800zł, czy­li 8400zł. I nawet jeśli w czwar­tym mie­sią­cu wresz­cie z wiel­kim suk­ce­sem i rado­ścią wyro­bi­łaś pro­wi­zję w wyso­ko­ści 3000zł, to i tak byłaś „zadłu­żo­na” na 5400zł (8400 – 3000zł = 5400zł). I w kolej­nym mie­sią­cu musia­ła­byś przy­nieść pro­wi­zję w wyso­ko­ści już ist­nie­ją­ce­go „dłu­gu” czy­li 5400zł oraz… tak, tak, bie­żą­cej wypła­ty, czy­li w sumie 5400 + 2800zł = 8200zł… Toż to nie­do­rzecz­ne! Wyj­ście z tego syzy­fo­we­go zapę­tle­nia było prak­tycz­nie nie­moż­li­we (co poka­zu­je przy­kład mnie, czy­li naj­lep­sze­go han­dlow­ca z dzia­łu).

Sys­tem był skan­da­licz­ny. Już na samym począt­ku pra­cy, kie­dy mi go tłu­ma­czo­no, robi­łam wiel­kie oczy, bo nie do koń­ca rozu­mia­łam te dziw­ne zasa­dy. Coś mi w nim deli­kat­nie pod­śmier­dy­wa­ło, ale wygra­ło jed­nak moje naiw­nie i ufne myśle­nie w sty­lu: „Na razie nie kumam, ale wyj­dzie w pra­niu. Na pew­no mnie nie oszu­ka­ją i wszyst­ko będzie git”.

Jaka lek­cja dla mnie z tego pły­nie? Jeśli nie rozu­miesz zasad, w jaki masz być wyna­gra­dza­na to:

  1. albo proś jesz­cze przed pod­pi­sa­niem umo­wy o wytłu­ma­cze­nie na real­nych przy­kła­dach, na pro­wi­zjach kon­kret­nych osób, żebyś zro­zu­miał sys­tem w 120%,
  2. albo, jeśli masz na pozio­mie intu­icji wąt­pli­wo­ści i czu­jesz, że będziesz robio­ny w balo­na, ucie­kaj ile sił w nogach, jesz­cze przed zro­zu­mie­niem zasad i – tym bar­dziej! – przed pod­ję­ciem współ­pra­cy!

Spo­sób wyna­gra­dza­nia ma być pro­sty jak kon­struk­cja cepa, zro­zu­mia­ły nie­mal­że dla ośmio­lat­ka (co przy­po­mi­na mi świet­nie napi­sa­ną książ­kę „Eko­no­mia. To o czym doro­śli Ci nie mówią”, któ­rą zre­cen­zo­wa­łam na moim blo­gu. Wła­śnie tak pro­ste mają być pro­wi­zje, jak język tej książ­ki).

Czy umie­cie sobie wyobra­zić, jak nie­mi­ło­sier­nie to demo­ty­wo­wa­ło? Co z tego, że byłam naj­lep­sza, jak w ogó­le nie mia­ło to odbi­cia w pro­wi­zjach sprze­da­żo­wych? Co mie­siąc powta­rza­łam sobie: „…w kolej­nym mie­sią­cu się odko­pię, wyj­dę na zero…”. Zaję­ło mi to 7 mie­się­cy, i ten siód­my był wła­śnie moim ostat­nim mie­sią­cem w fir­mie. Nie byłam w sta­nie cią­gnąć kary­god­ne­go zapę­tle­nia, z któ­re­go prak­tycz­nie nie było uciecz­ki.

Lekcja 23 – o ludziach w pracy, szczególnie Szefowej

projekt3030-praca-16-nowyadres-lekcja-2334-ja-wtedyKasia była moją bez­po­śred­nią prze­ło­żo­ną. Nie­ste­ty doświad­cze­nie dwóch ostat­nich prac w gastro­no­mii pod­bu­rzy­ło moją wia­rę w to, że moż­na mieć faj­ne­go, dobre­go sze­fa albo sze­fo­wą. Kasia pozwo­li­ła mi tą wia­rę odzy­skać. Jakaż to była przy­jem­na odmia­na…! Kasia zda­wa­ła sobie spra­wę z tego, jak nie­spra­wie­dli­wy dla pra­cow­ni­ka był tam sys­tem pro­wi­zyj­ny, jed­nak jej entu­zjazm i oso­bo­wość bar­dzo mobi­li­zo­wa­ły mnie do pra­cy. To ona pozwa­la­ła mi utrzy­mać wia­rę w to, że kie­dyś wresz­cie się odbi­ję i wyj­dę na zero, bo prze­cież tak świet­nie sobie radzi­łam…

Pamię­tam, że jak odcho­dzi­łam z fir­my, to Kasia urzą­dzi­ła mi pięk­ne, wzru­sza­ją­ce poże­gna­nie. Wszy­scy mie­li­śmy dosłow­nie łzy w oczach. Dosta­łam ręcz­nie wyko­na­ny, taki przy­go­to­wa­ny od ser­ca pla­kat (mam go do dziś!), oraz srebr­ny łań­cu­szek. Nauczy­łam się wte­dy, że w pra­cy naj­waż­niej­si są ludzie. Tak cho­ler­nie trud­no mi było ich wszyst­kich opusz­czać… Ale mając zesta­wie­nie „faj­ni ludzie” i „nie­moż­li­we do zaro­bie­nia pro­wi­zje”, byłam goto­wa zre­zy­gno­wać z ludzi na rzecz jakie­goś nor­mal­ne­go, spra­wie­dli­we­go sys­te­mu pro­wi­zji. Szu­ka­łam szczę­ścia dalej.


Praca nr 17

Handlowiec w Świstak.pl (Grupa Fotka.pl)

Kolej­ną pra­cą z cyklu „jestę han­dlow­cę” była pra­ca jako spe­cja­li­sta ds. sprze­da­ży w Gru­pie Fotka.pl, gdzie jako 22 – 23-lat­ka zaj­mo­wa­łam się sprze­da­żą ser­wi­su Świstak.pl. Moim zada­niem było spo­wo­do­wa­nie, żeby ktoś (kto­kol­wiek!… jest tam kto…?! Hoooop-hoooop…?) chciał się zare­kla­mo­wać na Świ­sta­ku. No cóż – nie szło mi naj­le­piej 🙂
(Świ­sta­ko­wi chy­ba tak­że, bo dziś stro­na co praw­da nadal stoi, ale zda­je się być mar­twa – ma 0 aukcji, i rekla­mu­je w listo­pa­dzie ofer­tę waka­cyj­ną…)
.

To była dru­ga pra­ca w sprze­da­ży, a pierw­sza, w któ­rej uzna­łam, że sprze­daż to nie jest jed­nak moja baj­ka… Ale wycią­gnę­łam tak­że i z tej pra­cy waż­ną lek­cję przez te krót­kie pół roku, kie­dy tam pra­co­wa­łam (listo­pad 2008 – kwie­cień 2009).

Lekcja 25 – o ekspresowym tempie specjalizacji

Bran­ża e‑commerce była mi kom­plet­nie obca, kie­dy się tam zatrud­nia­łam. Owszem, kupu­ję na Alle­gro (nie, nigdy nie kupi­łam nic na Świ­sta­ku…), umiem włą­czyć Inter­net, umiem go nawet wyłą­czyć, wiem, czym się róż­ni prze­glą­dar­ka od wyszu­ki­war­ki, ale żeby znać lide­rów e‑commerce, wie­dzieć kto gdzie pra­cu­je, jakie inno­wa­cje i kro­ki podej­mu­je kon­ku­ren­cja wobec wio­dą­cej wte­dy Fot­ki (wte­dy kró­lo­wa­ły: Fotka.pl, Nasza Kla­sa, Gro­no, a Face­bo­ok dopie­ro wcho­dził w 2008 roku w pol­skiej wer­sji języ­ko­wej) – nie mia­łam o tym wszyst­kim zie­lo­ne­go poję­cia.

projekt3030-praca-17-swistak-lekcja-25Ale musia­łam to wie­dzieć, musia­łam się bar­dzo szyb­ko wdro­żyć. Mój bez­po­śred­ni prze­ło­żo­ny Pio­trek (wspo­mi­nam go zresz­tą bar­dzo, bar­dzo dobrze) wyma­gał od nas, żeby­śmy byli na bie­żą­co w tema­ty­ce nasze­go ryn­ku. A że bran­ża e‑commerce – czy patrząc z per­spek­ty­wy Gru­py Fotka.pl bran­ża ser­wi­sów spo­łecz­no­ścio­wych – to dzie­dzi­na dyna­micz­na i zmien­na, codzien­nie spę­dza­li­śmy bar­dzo dużo cza­su na lek­tu­rze new­sów z kana­łów RSS (wte­dy w ogó­le odkry­łam, że coś takie­go jest!). Byłam onie­mio­na, jak bar­dzo szyb­ko jestem w sta­nie wdro­żyć się w zupeł­nie nową bran­żę i stać się dobrze poin­for­mo­wa­nym – czy nawet bie­głym – spe­cja­li­stą w danej dzie­dzi­nie. Klu­czem do tego było rze­czy­wi­ście cał­ko­wi­te pochło­nię­cie się, śle­dze­nie, czy­ta­nie wszyst­kich moż­li­wych źró­deł, czy­ta­nie, czy­ta­nie, jesz­cze raz czy­ta­nie i oto­cze­nie ludź­mi, któ­rzy tak­że się na tym zna­ją.

To napraw­dę daje do myśle­nia. Nie wiesz nic, po czym zaczy­nasz zgłę­biać wie­dzę tyl­ko o tym, i z cza­sem wiesz nie­praw­do­po­dob­nie dużo, umiesz łączyć wąt­ki, wycią­gać wnio­ski, a nawet for­mu­łu­jesz swo­je wła­sne pomy­sły i prze­wi­dy­wa­nia wobec sytu­acji na ryn­ku.

Ta reflek­sja o moż­li­wo­ści szyb­kie­go sta­nia się spe­cja­li­stą w danej dzie­dzi­nie wra­ca do mnie tak­że czę­sto teraz, ile­kroć jestem pyta­na o moją histo­rię, o to jak sta­łam się Ryśli­cie­lem®. Prze­ło­mo­wy był moment, kie­dy rzu­ci­łam moją 21., 22. i 23. pra­cę w call cen­ter i poświę­ci­łam się tyl­ko i wyłącz­nie myśle­niu wizu­al­ne­mu (jesz­cze przez krót­ką chwi­lę od momen­tu rzu­ce­nia ostat­niej pra­cy, był czas, kie­dy dopusz­cza­łam jakieś ścież­ki pobocz­ne: mia­łam przy­kła­do­wo plan B, że jak nie będę mia­ła za dużo szko­leń i zle­ceń, to będę się zaj­mo­wać dzieć­mi). Jed­nak z cza­sem rezy­gno­wa­łam ze wszyst­kie­go, co nie doty­czy­ło stric­te myśle­nia wizu­al­ne­go: żad­nych ście­żek pobocz­nych, żad­ne­go dora­bia­nia „przy oka­zji” na – nie wiem – myciu samo­cho­dów, sprzą­ta­niu, opie­ce nad dzieć­mi czy nawet po pro­stu na szko­le­niach z róż­nych mięk­kich kom­pe­ten­cji (typu komu­ni­ka­cja czy dawa­nie infor­ma­cji zwrot­nej). Odrzu­ca­łam wszyst­ko, co nie było zwią­za­ne z moją głów­ną dzie­dzi­ną. Wszyst­ko zaczy­na­ło się krę­cić wokół tyl­ko jed­ne­go. I wła­śnie to sku­pie­nie na jed­nej bran­ży – nie­któ­rzy nazy­wa­ją to spe­cja­li­za­cją – to według mnie sza­le­nie waż­ny kom­po­nent, któ­ry bar­dzo uła­twia ścież­kę zawo­do­wą.

Tyl­ko oczy­wi­ście war­to wie­dzieć, cze­mu kon­kret­nie poświę­cić tę swo­ją ener­gię 🙂 Ja za cza­sów Świ­sta­ka wca­le jesz­cze nie wie­dzia­łam. Social media i bran­ża e‑commerce były moją chwi­lo­wą fascy­na­cją. Ale tak­że waż­ną lek­cją: że moż­na się dość szyb­ko wyspe­cja­li­zo­wać.


Praca nr 18

Handlowiec w BrainJuice Group

Mam 23 lata, pra­cu­ję przez 7 mie­się­cy (maj – listo­pad 2009) w Bra­in­Ju­ice Gro­up, nazy­wa­nej też zamien­nie Web Search Fac­to­ry (WSF to był naj­bar­dziej popu­lar­ny brand tej fir­my). Gru­pa Soku z Mózgu nie­wie­le zdra­dza na temat bran­ży, ale Web Search Fac­to­ry już mówi wię­cej: pra­co­wa­łam w agen­cji inte­rak­tyw­nej (tutaj prze­czy­tasz „inte­re­su­ją­ce” opi­nie na temat tej fir­my). Moim zada­niem było sprze­da­wa­nie ich usług: badań w Inter­ne­cie, stron inter­ne­to­wych, SEM, SEO, lan­ding pages i wie­lu innych. Cze­go się tam nauczy­łam poza oczy­wi­ście dal­szym zdo­by­wa­niem wie­dzy o Inter­ne­cie?

Lekcja 26 – uśmiech nie zawsze oznacza dobrą intencję

Spo­ty­ka­my cza­sem w życiu takich ludzi, któ­rzy uczą nas wie­le w spo­sób nie­świa­do­my: na swo­im złym przy­kła­dzie. Zacho­wu­ją się tak, że w towa­rzy­stwie tych osób w naszej gło­wie sły­szy­my zapę­tla­ją­cą się man­trę: „żebym tyl­ko nigdy taki nie był!”. Ja w tej fir­mie mia­łam do czy­nie­nia z czło­wie­kiem, któ­ry od pierw­sze­go momen­tu spra­wiał wra­że­nie takie­go misia-pysia. Takie­go dobre­go wuj­ka, któ­ry cały czas się uśmie­cha, zda­je się być goto­wy do pomo­cy, sło­wem: dobry czło­wiek, któ­re­go aż się chce zła­pać za policz­ki i zro­bić mu gu-gu-ga-ga. Z cza­sem nauczy­łam się, że to tyl­ko maska i pod tym wiecz­nym uśmie­chem kry­je się nie­ste­ty spo­ro wręcz prze­ciw­nych war­to­ści… To było dla mnie ostrze­że­nie. Nie­zwy­kle bole­sne i roz­cza­ro­wu­ją­ce zresz­tą, bo w moim wgra­nym na począt­ku życia sys­te­mie, w moich usta­wie­niach domyśl­nych była infor­ma­cja „ludzie są z natu­ry dobrzy, mają dobre inten­cje, nie chcą krzyw­dzić innych”. Jak ktoś się do mnie uśmie­cha – mówił mi wewnętrz­ny algo­rytm – zna­czy, że mnie lubi, ma wobec mnie dobre inten­cje.

projekt3030-praca-18-wsf-lekcja-26Od tam­tej pory do moje­go opro­gra­mo­wa­nia dołą­czy­łam dzia­ła­ją­cą już non stop wtycz­kę alar­mu­ją­cą o fał­szy­wym uśmie­chu. Jeśli ktoś jest – jak­by to ująć i upro­ścić? – zawsze nad­mier­nie wręcz uśmiech­nię­ty, ponad­prze­cięt­nie miły, spra­wia wra­że­nie potul­ne­go, kocha­ją­ce­go cały świat, wszyst­kich i wszyst­ko, taki wręcz udu­cho­wio­ny, budzi to moje podej­rze­nia. I sta­ję się ostroż­na… Mam to do dziś. Wtycz­ka ostrze­gaw­cza dzia­ła nie­mal nie­za­wod­nie (jest ona zresz­tą jakoś powią­za­na z intu­icją, któ­rą poma­łu zaczę­łam się kie­ro­wać). Kom­bi­na­cja ostroż­no­ści na fał­szy­wy uśmiech oraz intu­icji pozwa­la mi bez pomył­ki roz­po­zna­wać ludzi o złych i nie­szcze­rych inten­cjach, wobec któ­rych powin­nam sto­so­wać zasa­dę ogra­ni­czo­ne­go zaufa­nia. Przy­kła­do­wo w cią­gu pierw­szych sekund uśmie­chu Mar­ty z odcin­ka Ugo­to­wa­nych, w jakich wystą­pi­łam 5 lat póź­niej (w 2014 roku), od razu wie­dzia­łam, że coś jest z nią nie tak. Nie będzie­cie mie­li do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści, jak obej­rzy­cie cały odci­nek 🙂 Do dziś bar­dzo ufam moje­mu rada­ro­wi, choć od cza­su do cza­su (nawet i teraz, w 2016) sta­ję się tro­chę mniej czuj­na i znów ktoś mnie wyro­lu­je na swój nie­scho­dzą­cy z twa­rzy uśmiech i słod­kie oble­cze­nie pozor­nej sym­pa­tycz­no­ści. Sta­ło się to nawet cał­kiem nie­daw­no. Naj­wy­raź­niej wtycz­ka na fał­szy­wy uśmiech cza­sa­mi się zawie­sza i musi nastą­pić bru­tal­ny restart sys­te­mu, żeby na nowo sobie o niej przy­po­mnieć.

Lekcja 27 – nie nadaję się do sprzedaży

projekt3030-praca-18-wsf-lekcja-27-nie-sprzedawcaPra­ca w WSF to była moja 18 pra­ca w życiu. Ale pierw­sza, z któ­rej zosta­łam wywa­lo­na! Ze wszyst­kich dotych­cza­so­wych sta­no­wisk to ja rezy­gno­wa­łam, bo na hory­zon­cie poja­wia­ła się zawsze lep­sza pra­ca. Zwol­nie­nie z ini­cja­ty­wy pra­co­daw­cy było więc dla mnie pew­nym prze­ło­mem i zupeł­nie nowym doświad­cze­niem. Zwol­nio­na byłam zresz­tą bar­dzo słusz­nie – przez cały ten czas w zasa­dzie nicze­go nie sprze­da­łam! To oczy­wi­ste, że musia­łam – sko­rzy­stam z uro­cze­go kor­po­dia­lek­tu rodem z war­szaw­skie­go Mor­do­ru – „piąć się po szcze­blach karie­ry poza struk­tu­ra­mi tej fir­my”.

Lek­cja jest wręcz oczy­wi­sta: to była trze­cia pra­ca w cha­rak­te­rze han­dlow­cy (nie liczę ‘sprze­da­ży’ w ramach MLM’ów) i jed­no­cze­śnie ostat­nia. Nauczy­łam się, że sprze­daż to nie jest to. Nie jestem – i nie będę już nigdy – tak zwa­nym uro­dzo­nym sprze­daw­cą.

Jesz­cze jed­na uwa­ga, nie­co na mar­gi­ne­sie, ale bar­dzo waż­na. Pier­wot­nie tytuł tej lek­cji brzmiał:

Nie nada­ję się do sprze­da­ży cze­goś, cze­go nie czu­ję /​ w co nie wie­rzę.

Jak widać usu­nę­łam frag­ment „cze­goś, cze­go nie czu­ję /​ w co nie wie­rzę” (ze wzglę­du na zbyt dłu­gi tytuł Lek­cji, ale zale­ży mi, żeby wyja­śnić zna­cze­nie tych usu­nię­tych słów). Posia­da­nie swo­jej fir­my i dzia­ła­nie pod swo­ją mar­ką jest nie­uchron­nie zwią­za­ne ze sprze­da­żą. Prze­cież ja – jako Klau­dia Tol­man – Ryśli­ciel­ka, czy też jako współ­za­ło­ży­ciel­ka ExplainVisually.co – sprze­da­ję nie­mal­że cały czas! Nie da się mieć fir­my i nie sprze­da­wać. Sprze­da­wa­nie sie­bie pod swo­ją mar­ką to jed­nak kom­plet­nie inna war­tość niż sprze­da­wa­nie dla same­go sprze­da­wa­nia (dla zarob­ku), czy też sprze­da­wa­nie na rzecz kogoś. To, co aktu­al­nie robię (a poma­łu docho­dzi­my w pro­jek­cie 30:30 do tych cza­sów!) jest jed­nak czymś, w co wie­rzę każ­dą cząst­ką swo­je­go cia­ła i sprze­da­wa­nie tego przy­cho­dzi mi tak bez­bo­le­śnie, że w zasa­dzie nie trak­tu­ję tego nawet jak sprze­da­ży.


Praca nr 19

Managerka ogólnopolskiego projektu

Przedsiębiorcza Kobieta w ramach Fundacji SFBCC

Zwol­nie­nie z WSF w listo­pa­dzie 2009 było w mojej histo­rii trud­nym (choć na dłuż­szą metę prze­ło­mo­wym) momen­tem. Jak widzi­cie z lek­tu­ry #projekt3030 – całe życie pra­co­wa­łam, od naj­młod­szych lat. Umia­łam pra­co­wać w cięż­kich albo nie­przy­ja­znych warun­kach, a potem po kil­ku mie­sią­cach natra­fia­łam na kolej­ną pra­cę i żegna­łam się z dotych­cza­so­wym towa­rzy­stwem i podej­mo­wa­łam nowe wyzwa­nie, uczy­łam się nowych rze­czy. I tak w kół­ko, bez prze­rwy… Pra­ca zawsze moc­no okre­śla­ła moją war­tość i przy­dat­ność jako czło­wie­ka. Nie mówiąc o tym, że po pro­stu pozwa­la­ła mi nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, bo dawa­ła mi środ­ki do życia. Nie mia­łam tego kom­for­tu, że mogłam przyjść do rodzi­ców (albo – sze­rzej – do rodzi­ny) i powie­dzieć „nie mam pie­nię­dzy, daj­cie, bo nie mam za co żyć”. Po pierw­sze, w mojej rodzi­nie nie było nad­mia­ru pie­nię­dzy, nie mia­ła­bym nawet tupe­tu pójść i pro­sić. Po dru­gie – nikt mnie tego nie nauczył. Nauczo­no mnie pra­co­wać, ale nie nauczo­no mnie dawa­nia sobie przy­zwo­le­nia na bycie spłu­ka­nym, sła­bym albo po pro­stu potrze­bu­ją­cym pomo­cy (w tym finan­so­wej). Dla­te­go czas po zwol­nie­niu był cięż­ki. Prze­ży­łam swe­go rodza­ju zała­ma­nie ner­wo­we. Przez 7 mie­się­cy byłam bez pra­cy… A musia­łam prze­cież jej poszu­ki­wać!

W tam­tym cza­sie byłam w związ­ku z Rafa­łem. Tak się jakoś sta­ło, że nie mie­li­śmy w domu dostę­pu do inter­ne­tu (brzmi kosmicz­nie, nie? :P), więc poszu­ki­wa­nia pra­cy odby­wa­ły się naj­czę­ściej po kawiar­niach przy uży­ciu zasy­sa­nej od nich sie­ci WiFi. No ale prze­cież żeby usiąść w kawiar­ni, trze­ba coś kupić praw­da? Nie wypa­da tak na krzy­wy ryj… Mia­łam zatem spraw­dzo­ny sys­tem, że jak pój­dę do pie­kar­nio – kawiar­ni Vin­cent na Nowym Świe­cie (miesz­ka­łam wte­dy na ul. Ordy­nac­kiej), to tam jest co praw­da gorą­co i cia­sno, ale mają tam taki ruch, że jak usią­dę na górze, to obsłu­ga nie zauwa­ży, że sie­dzę już czwar­tą godzi­nę, i nie będzie mnie prze­pę­dzać. Co wię­cej – mogę tam zamó­wić jakie­goś roga­li­ka (mig­da­ło­wy cro­is­sant <3), a butel­kę z wodą przy­nieść ze sobą w ple­ca­ku i pod­pi­jać ją w toa­le­cie… Cho­dzi­łam też do Costy na Nowym Świe­cie, gdzie stać mnie było nawet na jed­ną małą butel­kę wody i np. espres­so. Naja­da­łam się wte­dy w domu przed wyj­ściem i sie­dzia­łam o tej kawie i wodzie tak dłu­go, aż głód nie pozwa­lał mi sie­dzieć dalej.

A skąd mia­łam te osza­ła­mia­ją­ce kwo­ty na takie codzien­ne poszu­ki­wa­nia pra­cy w kawiar­niach? Oczy­wi­ście od Rafa­ła. Nawet nie wie­cie, jak było mi trud­no pro­sić wte­dy o pie­nią­dze… Zawsze byłam nie­za­leż­ną, samo­dziel­ną finan­so­wo kobie­tą, dla­te­go przez gar­dło mi nie prze­cho­dzi­ło codzien­ne: „Kocha­nie, możesz mi dać 10zł na dziś?”. Cza­sa­mi po pro­stu pod­cho­dzi­łam do nie­go, roz­kle­ja­łam się i zaczy­na­łam pła­kać. Nie byłam w sta­nie pro­sić o pie­nią­dze, nie prze­cho­dzi­ło mi to przez gar­dło.

Na jakimś eta­pie poszu­ki­wań natra­fi­łam na Gol­den­Li­ne na ogło­sze­nie rekru­ta­cyj­ne do Stu­denc­kie­go Forum Busi­ness Cen­tre Club (w skró­cie SFBCC, albo nawet SF). Brzmia­ło super poważ­nie, a na roz­mo­wie oka­za­ło się, że to wca­le nie tak do koń­ca pra­ca, ale wolon­ta­riat w orga­ni­za­cji stu­denc­kiej… Mimo wszyst­ko uzna­łam, że lepiej robić cokol­wiek, nawet jeśli za dar­mo, niż nic.

I tak w SFBCC w okre­sie luty – kwie­cień 2010 naj­pierw poma­ga­łam przy orga­ni­za­cji festi­wa­lu BOSS (aż uży­ję peł­nej nazwy, te sta­no­wi­ska zawsze tak poważ­nie brzmią – moje 3 mie­sięcz­ne sta­no­wi­sko to: Peł­no­moc­nik ds. Spon­sor­skich i Arty­stycz­nych Festi­wa­lu BOSS), a potem przez rok (od kwiet­nia 2010 do kwiet­nia 2011) byłam ogól­no­pol­skim Mene­dże­rem Pro­jek­tu Przed­się­bior­cza Kobie­ta. Moim zada­niem było nie dość, że orga­ni­zo­wa­nie w War­sza­wie comie­sięcz­nych spo­tkań inspi­ru­ją­cych dla kobiet (z pomo­cą moje­go war­szaw­skie­go zespo­łu), to jesz­cze cen­tral­ne nad­zo­ro­wa­nie dzia­łań regio­nal­nych Przed­się­bior­czych Kobiet w całej Pol­sce.
Cie­ka­we jest też histo­ria, jak w ogó­le dowie­dzia­łam się o tym pro­jek­cie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to pier­wot­nie poka­za­łam się na jakimś spo­tka­niu Przed­się­bior­czej Kobie­ty jako „Pani z Mary Kay” (o tym, że się tym zaj­mo­wa­łam mogli­ście już prze­czy­tać przy oka­zji prac MLM’o­wych, czy­li tutaj). Nakła­da­ły­śmy sobie róż­ne sma­ro­wi­dła na dło­nie i bawi­ły­śmy się po bab­sku. Zachwy­ca­ła mnie jed­nak ener­gia tego spo­tka­nia i zain­te­re­so­wa­łam się tym, o co wła­ści­wie cho­dzi w tej całej Przed­się­bior­czej Kobie­cie. I tak – w wiel­kim „ame­ri­can dre­am’o­wym” sty­lu – z Pani, co to sma­ro­wa­ła uczest­nicz­ki spo­tka­nia kre­ma­mi, sta­łam się mana­ger­ką tego pro­jek­tu 😛

klaudia-tolman-konsultantka-mary-kay-na-spotkaniu-pkPanie Losie, jak to dobrze, że ja się w to zaan­ga­żo­wa­łam…! Sami zobacz­cie cze­mu!

Tak na mar­gi­ne­sie: kie­dy prze­glą­da­łam do tego wpi­su archi­wal­ne zdję­cia ze spo­tkań Przed­się­bior­czej Kobie­ty, odkry­łam, że począt­ko­wo ubie­ra­łam się na nie w smut­ne, brą­zo­we czy też sza­ro­bu­re kolo­ry, i mia­łam na sobie spodnie (co teraz, zarów­no wie­lu oso­bom, któ­re mnie zna­ją, jak i mnie samej, nie mie­ści się w gło­wie!). Na szczę­ście w trak­cie spo­tkań PK były tak­że orga­ni­zo­wa­ne takie atrak­cje jak fry­zje­rzy, sty­list­ki i inne typo­wo bab­skie aktyw­no­ści, i dzię­ki temu rze­czy­wi­ście moja kobie­ca stro­na się moc­no roz­wi­nę­ła. Widzę to wyraź­nie dopie­ro teraz 🙂

To był sza­le­nie inspi­ru­ją­cy i potrzeb­ny mi czas. Byłam zaan­ga­żo­wa­na, mia­łam co robić (a Klau­dia, jak widać, nic-nie­rób­stwa „nie umie”) a do tego wycią­gnę­łam tyle nauk…! Zapra­szam do lek­tu­ry, to będzie jeden z dłuż­szych frag­men­tów, bo choć nie była to do koń­ca „pra­ca” (tyl­ko dzia­łal­ność wolon­ta­riac­ka), to jest ona nie­zwy­kle boga­ta w doświad­cze­nia i war­te wspo­mnie­nia prze­ży­cia.

Lekcja Dwudziesta Ósma – kontakty to podstawa!

jestem-otwarta-na-kontaktW SF-ie trą­bi­ło się o kon­tak­tach i networ­kin­gu non stop. Co spo­tka­nie, to networ­king, networ­king, networ­king… I choć to okle­pa­ny i banal­ny fra­zes, no słu­chaj­cie… to praw­da 🙂 Kon­tak­ty – mówiąc po biz­ne­so­we­mu – czy też po pro­stu ludzie – mówiąc po ludz­ku – to pod­sta­wa nasze­go funk­cjo­no­wa­nia. Nie da się ist­nieć na tym świe­cie same­mu, potrze­bu­je­my do tego innych ludzi…!

Te kon­tak­ty z cza­sów SF‑u (a były to lata 2010 – 2011) nie­sa­mo­wi­cie mi zaowo­co­wa­ły, na przy­kład w 2013. Gor­li­wi czy­tel­ni­cy moje­go blo­ga powin­ni znać histo­rię zwią­za­ną z moim wystę­pem na TEDxWroc­law 2013 (histo­ria w cało­ści dostęp­na tutaj). W ory­gi­nal­nym wpi­sie jed­nak nie wspo­mi­nam skąd znam się z Karo­li­ną, dzię­ki któ­rej moje marze­nie się speł­ni­ło… Otóż zna­my się wła­śnie z cza­sów SFBCC! Karo­li­na zaj­mo­wa­ła się Przed­się­bior­czą Kobie­tą w Łodzi! 🙂 A tu się nawet obści­sku­je­my na pierw­szym pla­nie przy jakieś naszej Fun­da­cyj­nej oka­zji:

klaudia-tolman-i-karolina-tomczyk-z-czasow-sfbcc-2010

Przy­wo­łu­ję poni­żej głów­ny frag­ment ory­gi­nal­ne­go wpi­su:

PIERWSZE MIESIĄCE FREELANCERKI

Pierw­szy mie­siąc, gru­dzień 2012. Daję bez pro­ble­mu radę, przy­cho­dzi kil­ka zle­ceń, a i ostat­nia wypła­ta z pra­cy sta­łej sie­dzi sobie bez­piecz­nie na kon­cie.

Sty­czeń 2012 jesz­cze jak Cię mogę. Idzie prze­żyć, ale kon­to pusto­sze­je. Nie­mniej pla­ny i pomy­sły mam bez­kre­sne. Na pry­wat­nym FB publi­ku­ję np. zdję­cie swo­jej Mapy Marzeń i Pla­nów:

myślenie wizualne ryślenie ryśliciel

Luty 2012 (trze­ci mie­siąc fre­elan­cer­ki) nie jest już tak różo­wy. Wręcz był czer­wo­ny. Na wszyst­kich kon­tach zera albo minu­sy. Kosz­mar. Coś, cze­go nie zno­szę – zmu­szo­na jestem pro­sić zna­jo­mych o poży­cze­nie pie­nię­dzy… Nadzie­ję daje mi chy­ba tyl­ko to, że oto nagle 27 stycz­nia 2013 zna­jo­ma pole­ca mnie jako poten­cjal­ne­go pre­le­gen­ta do wystą­pie­nia na TEDxWroc­law

serendypia_na_facebooku

Mija mie­siąc, zanim Michał Kasprzyk, orga­ni­za­tor TEDxWroc­law dzwo­ni do mnie z pro­po­zy­cją, a dzwo­ni – och, wspa­nia­ła seren­dy­pio! – w dzień moich 27. uro­dzin, czy­li 20 lute­go 2013.

Z kolei 21 mar­ca 2013 (dzień po moich imie­ni­nach) Michał Kasprzyk potwier­dza moją obec­ność jako pre­le­gent­ki. Nie mogę uwie­rzyć w moje szczę­ście!

Te zna­jo­mo­ści z cza­sów SF‑u (ale i wszyst­kie inne) nadal zresz­tą pro­cen­tu­ją (przy­dat­ne jest do tego pro­sze­nie o refe­ren­cje na przy­kład na Gol­den­Li­ne). Bez kon­tak­tów – sze­ro­kich, przy­ja­znych i pod­szy­tych dobrą inten­cją – ani rusz!

Lekcja Dwudziesta Dziewiąta – o namacalności pracy

moje-3-manualne-pasje-z-dziecinstwaOd dziec­ka byłam „macan­tem”. Mam na myśli pra­cę ręka­mi i nama­cal­ność tego, co robię, dosłow­nie – fizycz­ne – widze­nie rezul­ta­tów moich dzia­łań. Jak byłam dziec­kiem i nasto­lat­ką lubo­wa­łam się w róż­nych manu­al­nych czyn­no­ściach (jakich? – zobacz naj­now­szy film na moim kana­le na YouTu­be na temat moich 3 pasji z dzie­ciń­stwa). Bycie Ryśli­cie­lem per­fek­cyj­nie tę potrze­bę nama­cal­no­ści pra­cy speł­nia. Nato­miast to wła­śnie za cza­sów Przed­się­bior­czej Kobie­ty doświad­czy­łam, że bar­dzo tego potrze­bu­ję. Potrze­bu­ję WIDZIEĆ efek­ty mojej pra­cy. Zdję­cia ze zor­ga­ni­zo­wa­ne­go spo­tka­nia, roz­mo­wy z zachwy­co­ny­mi uczest­nicz­ka­mi po spo­tka­niu, czy wresz­cie otrzy­ma­nie nagro­dy za PRO­jekt Roku 2010 to bar­dzo uchwyt­ny prze­jaw tego, co robię.

Robie­nie cze­goś, co jest nie­wi­docz­ne i umy­ka mię­dzy pal­ca­mi jak pia­sek na pla­ży w Cha­łu­pach, uzna­łam za bez­sen­sow­ne i bez­ce­lo­we (od tam­te­go eta­pu moje­go roz­wo­ju aż do dziś). Dzia­ła­nia przy Przed­się­bior­czej Kobie­cie (a mia­łam wte­dy 24 – 25 lat), były do bólu kon­kret­ne i zauwa­żal­ne. Bar­dzo to sobie cenię.

Lekcja Trzydziesta – da się wiele uzyskać za darmo

W Lek­cji Trze­ciej mogli­ście prze­czy­tać, że:

Pra­cuj. Nikt nie da Ci pie­nię­dzy „ot tak”, za dar­mo.

Minę­ło 28 lek­cji od tam­te­go cza­su, a ja nauczy­łam się dzię­ki SFBCC, że są pew­ne sytu­acje, w któ­rych da się wie­le uzy­skać „za dar­mo”. Przed­się­bior­cza Kobie­ta to pro­jekt, któ­ry gro­ma­dził się wokół idei ucze­nia się od innych kobiet, być może bar­dziej od nas doświad­czo­nych, być może star­szych, być może z innych śro­do­wisk. PK z zało­że­nia nie była pro­jek­tem komer­cyj­nym, nie mia­ła zara­biać. Uczest­nicz­ki spo­tkań pła­ci­ły sym­bo­licz­ną skład­kę, któ­ra czę­sto wystar­cza­ła na pokry­cie pod­sta­wo­wych kosz­tów orga­ni­za­cji spo­tka­nia, a jak coś zosta­ło, kasa ta wędro­wa­ła dla Mana­ge­rów pro­jek­tów (rząd wiel­ko­ści: mak­sy­mal­nie jakieś 100 – 150zł mie­sięcz­nie). Musia­ły­śmy zatem umieć sta­nąć na gło­wie i zała­twiać spon­so­rów i part­ne­rów, któ­rzy a to dadzą jakieś pre­zen­ty uczest­nicz­kom, a to jakieś kody raba­to­we, albo po pro­stu będzie dla nich inte­re­su­ją­ce poka­zać się z ich mar­ką w ramach wymia­ny bar­te­ro­wej u nas na spo­tka­niu. I to się uda­wa­ło! Jak zoba­czy­cie na zdję­ciach – to był napraw­dę eks­cy­tu­ją­cy czas!

Lekcja Trzydziesta Pierwsza – lubię spinać, organizować, trzymać wszystko w kupie

Orga­ni­zo­wa­nie comie­sięcz­nych spo­tkań i koor­dy­no­wa­nie dzia­łań całe­go pro­jek­tu w całej Pol­sce to nie lada wyzwa­nie (że o moty­wo­wa­niu roz­sia­ne­go po całym kra­ju zespo­łu pra­cu­ją­ce­mu ZA DARMO – nie wspo­mnę). Świet­nie się jed­nak w tym odnaj­do­wa­łam. Odkry­łam, że orga­ni­zo­wa­nie, spi­na­nie wie­lu rze­czy naraz i czu­wa­nie nad więk­szą cało­ścią jest czymś, co abso­lut­nie uwiel­biam. Od dziec­ka uwiel­biam porzą­dek (8 lat pra­cy jako sprzą­tacz­ka też robi swo­je ;P). Zarów­no moja mama jak i kie­dyś Agniesz­ka z Por­to Pra­ga (ta z histo­rii o wul­ga­ry­zmach w mailu) twier­dzą, że jak myślą Klau­dia, to widzą „mar­ke­ry, zakład­ki, kolo­ro­we zakre­śla­cze, wszę­dzie kolo­ro­we kar­tecz­ki, ale wszyst­ko upo­rząd­ko­wa­ne, pod­pi­sa­ne, jakieś segre­ga­to­ry, note­sy itp.”.

Przy oka­zji dzia­łań w SFBCC mia­łam tak­że oka­zję kie­dyś popro­wa­dzić w roli kon­fe­ran­sje­ra Galę Mło­dych Lide­rów (8 paź­dzier­ni­ka 2010). Cóż to było za epic­kie wyda­rze­nie! Cze­mu? O tym, że mam zacię­cie aktor­skie oraz że nie boję się wystę­pów publicz­nych to wie­dzia­łam, ale że mam taki dar do impro­wi­za­cji i roz­śmie­sza­nia ponad 100 osób na sali ubra­nych nie­mal­że w smo­kin­gi i wie­czo­ro­we kiec­ki, to nie mia­łam poję­cia… 🙂 Oso­by obec­ne na tej Gali wspo­mi­na­ją to do dziś. A Marek Goli­szew­ski, Pre­zes BCC, pytał się potem ludzi z nie­do­wie­rza­niem i podzi­wem (co odbie­ram jako olbrzy­mi kom­ple­ment):

goliszewski-gratuluje-i-wskazuje-kierunek

Tu znaj­dzie­cie minu­to­wą zajaw­kę z wyda­rze­nia, a tu 13-minu­to­wą rela­cję (widać mnie wię­cej). Jed­nak naj­sma­ko­wit­szych kawał­ków nie­ste­ty tam nie ma. Co to są te sma­ko­wi­te kawał­ki?

Otóż jak zawsze w trak­cie prze­róż­nych wyda­rzeń, spo­ro rze­czy idzie nie­zgod­nie z pla­nem: a to jakaś Waż­na Per­so­na nie przy­szła, a to coś się nie uda­ło, a to nastą­pi­ło jakieś prze­ję­zy­cze­nie, a to trze­ba było impro­wi­zo­wać i szyć na bie­żą­co… Przy oka­zji tego wpi­su wrzu­ci­łam na YouTu­be tyci frag­ment poka­zu­ją­cy choć ury­wek tego, jakim tam byłam kon­fe­ren­sjer­skim One Woman Show 😛 Zoba­czy­cie go poni­żej. Uda­nej zaba­wy (choć wierz­cie mi, to nie jest jesz­cze naj­lep­szy frag­ment, ale tyl­ko taki uda­ło mi się odna­leźć :P)

 

Lekcja GRATIS

Co naj­waż­niej­sze­go się sta­ło za cza­sów mojej byt­no­ści w SFBCC? Pozna­łam tam Micha­ła Tro­chim­czy­ka. Michał dziś jest moim Narze­czo­nym 🙂 Pozna­li­śmy się dokład­nie na tym spo­tka­niu w mar­cu 2010. Ale o tym, że Michał będzie moim face­tem nie mam jesz­cze wte­dy bla­de­go poję­cia, będzie nam jesz­cze dane pocze­kać do 2012 roku…

kiedy-michal-poznal-klaudie


Praca nr 20

trener wewnętrzny w Teleperformance Polska

projekt3030-praca-20-tp-trener
W powyż­szym „pola­ro­idzie” znaj­du­je się frag­ment moich ilu­stra­cji z auten­tycz­ne­go slaj­du pre­zen­ta­cji, z jakich korzy­sta­łam przy szko­le­niu w Tele­per­for­man­ce

W cza­sie gdy dzia­ła­łam już sobie w SFBCC przy Przed­się­bior­czej Kobie­cie napi­sał do mnie mój zna­jo­my (pozna­li­śmy się w jed­nej z poprzed­nich firm) z infor­ma­cją, że w fir­mie, w któ­rej teraz pra­cu­je, szu­ka­ją czło­wie­ka do pra­cy. Wie­dzia­łam, że pra­cu­je w call cen­ter, więc na roz­mo­wę o pra­cę szłam z bar­dzo małym entu­zja­zmem. Moja pierw­sza myśl była taka, że sko­ro to call cen­ter, to pew­nie szu­ka­ją ludzi do pra­cy na słu­chaw­kach… Ponie­waż bez pra­cy byłam już pra­wie 7 mie­się­cy (jest poło­wa roku 2010, mam 24 lata), poszłam mimo wszyst­ko, myśląc, że prze­cież nie mogę już dłu­żej cze­kać. Byłam zde­spe­ro­wa­na. Nie mogłam pozwo­lić sobie na życie przez kolej­ne mie­sią­ce bez sta­łych zarob­ków. Jakież było moje zdzi­wie­nie, kie­dy na spo­tka­niu rekru­ta­cyj­nym z Anią (moją przy­szłą sze­fo­wą) i Kasią oka­za­ło się, że wca­le nie szu­ka­ją oso­by do pra­cy w roli kon­sul­tan­ta, ale szu­ka­ją oso­by, któ­ra będzie… wewnętrz­nym tre­ne­rem!

Pomy­śla­łam, że wygra­łam los na lote­rii! Mia­łam oczy­wi­ście poważ­ne wąt­pli­wo­ści: komu­ni­ko­wa­łam Ani i Kasi, że prze­cież ja o tre­ner­stwie nie mam zie­lo­ne­go poję­cia, nie mam w tym doświad­cze­nia, w życiu nie prze­pro­wa­dzi­łam ani jed­ne­go szko­le­nia! Dziew­czy­ny jed­nak uwie­rzy­ły we mnie, twier­dzi­ły, że sobie pora­dzę, że widzą mój poten­cjał i wie­dzą, że to pra­ca dla mnie, bo oso­bo­wo­ścio­wo do tego pasu­ję, poza tym kor­po­ra­cja zapew­nia mi duży know how, daje goto­we pro­gra­my szko­le­nio­we z umie­jęt­no­ści mięk­kich, wszyst­kie­go się nauczę poma­lut­ku i będzie­my w domu. Byłam wnie­bo­wzię­ta!

being-happy-begins-with-me
Zdję­cia do jakiejś wewnętrz­nej HR-owej akcji kor­po­ra­cyj­nej (nie­ustan­nie szo­ku­ją mnie kolo­ry, w jakie się wte­dy ubie­ra­łam :P)

Co cie­ka­we, i o czym nie­wie­le osób wie (bo kie­dy opo­wia­dam tę histo­rię oso­bi­ście, jest za dużo pytań od słu­cha­czy albo inne ele­men­ty histo­rii wcho­dzą na pierw­szy plan) – sta­no­wi­sko „tre­ne­ra” obi­ło mi się o uszy kil­ka lat wcze­śniej za cza­sów mojej pra­cy w kan­ce­la­rii praw­ni­czej. Było to jakoś na prze­ło­mie lat 2006 – 2007, czy­li jed­no­cze­śnie za cza­sów, gdy stu­dio­wa­łam zaocz­nie na dru­gim podej­mo­wa­nym prze­ze mnie kie­run­ku – na socjo­lo­gii na UW (wcze­śniej – tj. 2005 – 2006 – stu­dio­wa­łam zaocz­nie kul­tu­ro­znaw­stwo na SWPS. Zarów­no kul­tu­ro­znaw­stwo, jak i socjo­lo­gię rzu­ci­łam po roku stu­diów, ale o tym jesz­cze będzie nie­co póź­niej). O tym, że ist­nie­je ktoś taki jak tre­ner dowie­dzia­łam się od Eli, jed­nej z sekre­ta­rek z kan­ce­la­rii, któ­rej mąż pra­co­wał jako tre­ner na SWPS-ie. Wyda­ło mi się to wte­dy arcy­cie­ka­wym zaję­ciem, ale uzna­łam „gdzie mi tam do tre­ne­ra, prze­cież do tego to trze­ba mieć miliard doświad­czeń i być na mak­sa oby­tym w świe­cie biz­ne­su” i zapo­mnia­łam o tre­ner­stwie jako o pla­nie na życie.

Dla­te­go kie­dy Ania i Kasia oświad­czy­ły mi w trak­cie roz­mo­wy rekru­ta­cyj­nej, że w Tele­per­for­man­ce otwie­ra się nowe sta­no­wi­sko i pol­ski oddział olbrzy­mie­go świa­to­we­go call cen­ter musi wpro­wa­dzić wewnętrz­ne­go tre­ne­ra, byłam zachwy­co­na.

Los ewi­dent­nie zaczął mi sprzy­jać! Coś się zaczę­ło w moim matri­xie zmie­niać… W lip­cu 2010 zaczę­łam pra­cę w Tele­per­for­man­ce, a już po jakichś 2 – 3 mie­sią­cach dosta­łam na Gol­den­Li­ne maila z infor­ma­cją o star­cie rekru­ta­cji na dofi­nan­so­wa­ną przez Unię Euro­pej­ską Szko­łę Tre­ne­rów („Euro­pej­ska Szko­ła Tre­ne­rów Gru­py SET”). narysuj-swoje-mysli-jak-skutecznie-prezentowac-i-sprzedawac-pomysly-na-kartce-papieru-Dan-RoamZ dono­sów rekru­ta­cyj­nych w Szko­le Tre­ne­rów wyni­ka­ło, że jest jakieś 300 osób na jed­no miej­sce na tym 9‑miesięcznym kur­sie, więc kon­ku­ren­cja była duża… Sta­ra­łam się nie napa­lać za bar­dzo, trzy­ma­łam mój entu­zjazm na wodzy, ale no cóż… Jak powie­dzia­łam, coś się zaczę­ło prze­pro­gra­mo­wać w moim matri­xie i dosta­łam się do SET‑u! W okre­sie paź­dzier­nik 2010 – maj 2011 uczęsz­cza­łam na tam­tej­sze zaję­cia i nie dość, że pra­co­wa­łam już wewnątrz fir­my jako tre­ner, to jesz­cze rów­no­le­gle się tego uczy­łam w wio­dą­cej pol­skiej szko­le tre­ne­rów. Co wię­cej – w ramach dal­sze­go przy­chyl­ne­go mi kosmo­su – na któ­rychś zaję­ciach Szko­ły Tre­ne­rów, Bar­tek, jeden z uczest­ni­ków, poka­zał mi książ­kę „Nary­suj swo­je myśli” Dana Roama uświa­da­mia­jąc mi tym samym, że to co ja robię na swo­ich notat­kach i flip­char­tach, ma swo­ją nazwę („myśle­nie wizu­al­ne”). I że war­to, abym się zain­te­re­so­wa­ła tema­tem, sko­ro to jakiś więk­szy, świa­to­wy trend. O samym spo­tka­niu z książ­ką Dana Roama i tym, jakie to mia­ło kon­se­kwen­cje na moje życie, może­cie prze­czy­tać sze­rzej w wywia­dzie ze mną w maga­zy­nie psy­cho­lo­gicz­nym Tu i Teraz.

Jed­no­cze­śnie pra­ca w Tele­per­for­man­ce (czy też Tele-Pere albo TP, jak zwy­kli­śmy to nazy­wać w skró­tach) była pra­cą, w któ­rej zaba­wi­łam naj­dłu­żej, bo pra­co­wa­łam tam pra­wie 2,5 roku…! A jak widzie­li­ście z przy­ta­cza­nych czę­sto sta­ty­styk, moje dotych­cza­so­we doświad­cze­nia trwa­ły a to 4 mie­sią­ce, a to 7 mie­się­cy, a to 10 mie­się­cy (dotych­cza­so­wy rekor­dzi­sta: przed­szko­le)… Lek­cji z cza­sów Tele­per­for­man­ce, ponie­waż pra­co­wa­łam tam dłu­go, tak­że będzie spo­ro (dokład­nie 5). Roz­bi­łam je tak­że na 3 osob­ne pra­ce – pra­cę nr 20 (tre­ner), 21 (e‑learning) i 22 (audy­tor), ponie­waż z cza­sem zaczę­łam w TP peł­nić rów­no­le­gle 3 funk­cje naraz (co było wycień­cza­ją­ce i final­nie moc­no przy­czy­ni­ło się też do decy­zji o odej­ściu).

Cze­go się nauczy­łam dzię­ki pra­cy jako tre­ner wewnętrz­ny w kor­po­ra­cji?

Lekcja Trzydziesta Druga – korporacja sporo uczy i stwarza okazje

Dziś, ponie­waż jestem samo­za­trud­nio­na i w dodat­ku sama zatrud­niam zespół współ­pra­cow­ni­ków przy kil­ku­na­sto­oso­bo­wym ExplainVisually.co, wyda­wać by się mogło, że jestem wiel­kim prze­ciw­ni­kiem kor­po­ra­cji, twier­dzą­cym, że kor­po jest odpo­wie­dzial­ne za całe zło tego świa­ta, niko­mu do nicze­go nie potrzeb­ne… Nie jest tak! Gdy­by nie Tele-Pere, to cała masa rze­czy by się nie wyda­rzy­ła. Gdy­by Kasia i Ania nie obda­rzy­ły mnie wte­dy zaufa­niem, moż­li­we, że nie była­bym teraz tu, gdzie jestem.

acting-to-fulfill-dreams-begins-with-me-2Dla mnie wej­ście w świat tre­ner­stwa pod skrzy­dła­mi czu­wa­ją­cej nade mną kor­po­ra­cji było bar­dzo bez­piecz­ną meto­dą wystar­to­wa­nia z nowym życio­wym roz­dzia­łem, w któ­rym byłam zie­lo­niut­ka jak deli­kat­na błon­ka oka­la­ją­ca świe­że orze­chy wło­skie. Moja sze­fo­wa, Ania, świet­na kobie­ta, i wiel­ka fan­ka moich wizu­al­nych metod ucze­nia, dawa­ła mi dużo wol­no­ści, zachę­ca­ła do wła­snych ini­cja­tyw i bar­dzo mi kibi­co­wa­ła. Dała mi tak­że kop­nia­ka i final­nie zachę­ci­ła do tego, żebym wystar­to­wa­ła w naszym wewnętrz­nym kor­po­ra­cyj­nym „Ido­lu”, czy­li Tele­per­for­man­ce Poland For Fun Festi­val” w kate­go­rii Art, dzię­ki któ­re­mu pra­wie pole­cia­łam do Bra­zy­lii (pra­wie, bo oka­za­ło się – na moim bar­dzo bole­snym przy­kła­dzie – że pasz­port w trak­cie wypra­wy do Bra­zy­lii musi być waż­ny mini­mum pół roku do przo­du, a mój na tydzień przed wylo­tem oka­zał się być waż­ny tyl­ko 5 mie­się­cy… ;/​). Zaan­ga­żo­wa­nie się w dzia­ła­nia przy naszym kor­po-Ido­lu stwo­rzy­ło mi mi z kolei oka­zję do cho­ciaż­by do dwóch rze­czy:

  1. nakrę­ce­nia z pomo­cą Micha­ła Artu­ra Pień­kow­skie­go tego sza­lo­ne­go fil­mi­ku, któ­ry wisi na YouTu­bie do dziś i jest takim “bar­dzo moim” mate­ria­łem mar­ke­tin­go­wym, któ­re­go oglą­da­nie nie­zmien­nie spra­wia mi fraj­dę (scre­en z nie­go poni­żej) 🙂
  2. Poba­wie­nia się mon­ta­żu fil­mów w iMo­vie (mon­to­wa­łam fil­my dla Mag­dy, Basi, Patry­cjiAndrze­ja)

klaudia-chodzi-tylem

Zatem nawet jeśli pra­cu­jesz w kor­po­ra­cji, a gdzieś pod­skór­nie czu­jesz, że nie jest to Two­ja final­na dro­ga – nie przej­muj się. Wyko­rzy­staj ten czas na mak­sa. Możesz się tam napraw­dę dużo nauczyć i sko­rzy­stać na tym! Kor­po­ra­cje nie bez powo­du są wiel­ki­mi kor­po­ra­cja­mi: mają wie­le rze­czy, któ­re dzia­ła­ją świet­nie (gdy­by było ina­czej, nie uro­sły­by do takich roz­mia­rów). To w dużej mie­rze od Two­jej otwar­to­ści i goto­wo­ści do ucze­nia się zale­ży, czy wyko­rzy­stasz ten czas sumien­nie i war­to­ścio­wo, czy będziesz bluź­nić pod nosem, że jest to naj­gor­sze miej­sce na świe­cie i co ty tam wła­ści­wie robisz. Obser­wuj, ucz się, i korzy­staj ile wle­zie. I bądź tam do momen­tu, kie­dy uznasz, że nauczy­łeś się wszyst­kie­go, cze­go mogłeś. Mi to zaję­ło 2 lata i 5 mie­się­cy, innym zaj­mu­je 5 lat, innym 20… Ja po tych dwóch latach wie­dzia­łam już, że wię­cej sko­rzy­stam z życia poza fir­mą, niż w jej struk­tu­rach.

Ale poma­lut­ku. Cze­ka­ją nas jesz­cze 4 lek­cje z Tele­per­for­man­ce. Goto­wi? 🙂


Praca nr 21

specjalista ds. e‑learningu

w Teleperformance Polska

Kie­dy pra­co­wa­łam w Tele­per­for­man­ce jako tre­ner wewnętrz­ny, byłam tak­że odpo­wie­dzial­na za e‑learning (czy­li szko­le­nia na odle­głość). Kor­po­ra­cja dostar­cza­ła nam goto­we mate­ria­ły, cały pro­gram e‑learningowy, a moim zada­niem było to koor­dy­no­wać, pil­no­wać zapi­sów, moty­wo­wać pra­cow­ni­ków do tego, żeby przez ten e‑learning prze­cho­dzi­li itd. Szło to – mówiąc dyplo­ma­tycz­nie – jak po gru­dzie… Ten, kto kie­dy­kol­wiek zarzą­dzał narzu­co­nym odgór­nie sys­te­mem kor­po­ra­cyj­ne­go ucze­nia się na odle­głość pew­nie to zna…

Przy oka­zji mówie­niu o ele­ar­nin­gu mam dwie lek­cje, któ­ry­mi chcę się podzie­lić. Obie nie są tak bar­dzo powią­za­ne z nauką przez Inter­net. Nie­mniej – gdzieś chcia­łam je umie­ścić ;P

Lekcja Trzydziesta Trzecia – o porzekadle ludowym: słuchaj swojego serca

Za cza­sów mojej pra­cy w Tele-Pere wie­le się też dzia­ło w moim życiu pry­wat­nym. Zakoń­czy­łam zwią­zek się z Rafa­łem, z któ­rym byłam 4 lata, prze­pro­wa­dzi­łam się z Cen­trum na Bemo­wo, miesz­ka­łam z sza­lo­ny­mi współ­lo­ka­tor­ka­mi, z któ­ry­mi prze­sia­dy­wa­ły­śmy dużo w kuch­ni bazgrząc po ścia­nach i prze­ga­dy­wa­ły­śmy nie­skoń­czo­ne godzi­ny na wspól­nym bie­sia­do­wa­niu, a w moich rela­cjach dam­sko-męskich toczy­ło się coś, co nazy­wam roz­czu­la­ją­co i bar­dzo ade­kwat­nie „wście­kli­zną maci­cy”. Jakieś pomy­sły, co to może zna­czyć? 🙂

Wie­cie z lek­tu­ry Pro­jek­tu 30:30, że mia­łam w swo­im życiu 30 prac. Do tego tak­że trzy­krot­nie zmie­nia­łam kie­ru­nek stu­diów, a sko­ro taki ze mnie zmie­niacz i poszu­ki­wacz, to może­cie się domy­ślać, że w kate­go­rii dam­sko-męskiej tak­że nie próż­no­wa­łam. Poszu­ki­wa­łam swo­je­go miej­sca w świe­cie na wszyst­kich polach. Ilu­stru­je to zresz­tą frag­ment moje­go – jesz­cze nie skoń­czo­ne­go, dopie­ro na eta­pie tusze­ro­wa­nia – komik­su na temat mojej zawi­łej ścież­ki zawo­do­wej:

ryslicielska-serendypia-fragment-tuszerowany-700x417

 

Za cza­sów TP mia­ła miej­sce histo­ria rodem z bra­zy­lij­skich tele­no­wel. Zwią­za­łam się w pew­nym momen­cie z Micha­łem (nazwij­my go dla uła­twie­nia „Michał Pra­co­wy”, bo Micha­łów będzie w tej histo­rii dwóch), któ­ry tak­że pra­co­wał w tej samej fir­mie. Był to zwią­zek burz­li­wy: roz­po­czął się szyb­ko i tak samo szyb­ko się zakoń­czył – spo­ty­ka­li­śmy się jakieś 3 mie­sią­ce. Nie­dłu­go po Micha­le Pra­co­wym zaczę­łam się spo­ty­kać z innym Micha­łem, Micha­łem Tro­chim­czy­kiem, któ­re­go pozna­łam nie­co wcze­śniej już w Fun­da­cji SFBCC, i z któ­rym się bar­dzo lubi­łam, bar­dzo go sza­no­wa­łam i uwiel­bia­łam z nim roz­ma­wiać na prze­róż­ne tema­ty, w tym na tema­ty ducho­we, ale na począt­ku naszej zna­jo­mo­ści (w mar­cu 2010) nie przy­szło mi kom­plet­nie do gło­wy, że jest to – mówiąc kolo­kwial­nie – „mate­riał na face­ta”.

szkolenie-z-aureliuszem-gorskim-na-ktorym-sie-poznalismy
szko­le­nie Aure­liu­sza Gór­skie­go, na któ­rym się pozna­li­śmy z Micha­łem Tro­chim­czy­kiem (cza­sy SFBCC)

Sta­ła się wte­dy cie­ka­wa rzecz, rzecz z gatun­ku zacho­wań spo­łecz­nych, czy nawet stad­nych. Więk­szość moich zna­jo­mych, przy­ja­ciół i osób z pra­cy (nazy­wam tych ludzi umow­nie człon­ka­mi ple­mie­nia Jawiem­le­piej), stu­ka­li się w gło­wę i raczy­li mnie swo­imi bły­sko­tli­wy­mi rada­mi w sty­lu: „Z kim Ty się spo­ty­kasz? Kto to w ogó­le jest?! Nasz Michał – Michał Pra­co­wy – to jest porząd­ny chło­pak, a nie jakiś taki Michał Tro­chim­czyk…! Nasz jeź­dzi Tym-a-tym, a ten led­wie Twój Tym-a-Tam­tym…! Nasz Michał to do Cie­bie pasu­je, a nie jakiś taki Tro­chim­czyk…! Co to w ogó­le za pomysł! W ogó­le do sie­bie nie pasu­je­cie…!”.

Zna­cie takie porze­ka­dło ludo­we?

Jeśli jed­na oso­ba mówi ci, że jesteś koniem, wyśmiej ją.

Jeśli dru­ga oso­ba mówi ci, że jesteś koniem, olej ją.

Ale jeśli trze­cia oso­ba mówi ci, że jesteś koniem, to zacznij zbie­rać na sio­dło.

nasz-pierwszyspacer
Nasz pierw­szy spa­cer 24 mar­ca 2012 (za cza­sów tzw. Pierw­szej Run­dy, czy­li zanim posłu­cha­łam ple­mie­nia Jawiem­le­piej)

No więc ja, wła­śnie pod wpły­wem pre­sji spo­łecz­nej i uwie­rze­nia, że jestem koniem, posłu­cha­łam ple­mie­nia Jawiem­le­piejrzu­ci­łam Micha­ła Tro­chim­czy­ka. Podej­mo­wa­łam jesz­cze despe­rac­ką (i oczy­wi­ście nie­sku­tecz­ną) pró­bę zbu­do­wa­nia raz jesz­cze cze­goś z Micha­łem Pra­co­wym, ale nic z tego nie wyszło (nie mia­ło pra­wa – jeste­śmy jak ogień i woda, i róż­ni­my się abso­lut­nie we wszyst­kim).

Musiał minąć rok, żeby poukła­da­ło mi się w gło­wie i żebym zro­zu­mia­ła, że słu­cha­nie zawsze omyl­nych dorad­ców z ple­mie­nia Jawiem­le­piej jest naj­gor­szą z moż­li­wych stra­te­gii, i że powin­nam była od począt­ku słu­chać swo­je­go ser­ca.

Po oko­ło roku zeszli­śmy się z Micha­łem Tro­chim­czy­kiem po raz dru­gi, i teraz jeste­śmy nie dość, że narze­czeń­stwem, to jesz­cze wspól­nie pro­wa­dzi­my wio­dą­ce w Pol­sce stu­dio fil­mów whi­te­bo­ar­do­wych ExplainVisually.co  🙂

Nie­co wię­cej o naszej histo­rii (w tym o pamięt­nym roku 2012, kie­dy to rzu­ci­łam Micha­ła Tro­chim­czy­ka, co było jed­nym z ele­men­tów skła­da­ją­cych się na naj­gor­szy rok w Jego życiu), i o tym, jak budu­je­my biz­nes w opar­ciu o pasję i miłość, może­cie zoba­czyć w naszym wspól­nym wystą­pie­niu na TEDxWar­sa­wU­ni­ver­si­ty­ofTech­no­lo­gy.

 

Ponie­waż w Pro­jek­cie 30:30 mamy nagro­ma­dze­nie licz­by trzy, a oma­wia­my wła­śnie Lek­cję Trzy­dzie­stą Trze­cią, to dla­cze­go by i tutaj nie zgro­ma­dzić pew­nej uro­czej trój­ki? Mamy w tej lek­cji już dwa porze­ka­dła:

1. Porze­ka­dło będą­ce głów­ną lek­cją, czy­li: słu­chaj swo­je­go ser­ca.

2. Porze­ka­dło o koniu: żebyś kupił sio­dło, jeśli już trze­cia oso­ba Ci mówi, żeś koń. 

Dodam do tego trze­cie porze­ka­dło. Oczy­wi­ście będzie, jak to porze­ka­dła, wypeł­nio­ne war­to­ścią edu­ka­cyj­ną, a nawet – kto nam zabro­ni, to nie tele­wi­zja Trwam! – wul­ga­ry­zmem.

Trze­cie porze­ka­dło, bar­dzo spój­ne z cała Lek­cją Trzy­dzie­stą Trze­cią, brzmi (i zosta­wiam je bez komen­ta­rza):

3.  Tam, gdzie miesz­kasz i pra­cu­jesz, tam kuta­sem nie woju­jesz.

…lub w alter­na­tyw­nej wer­sji „light”:

3. Tam, gdzie miesz­kasz i pra­cu­jesz, tam swym kro­czem nie woju­jesz.

Lekcja Trzydziesta Czwarta – o zjawisku „ale u nas się nie da”

W samym pro­gra­mie e‑learningowym nie mia­łam za bar­dzo moż­li­wo­ści „grze­bać” celem mody­fi­ka­cji, ale nie omiesz­ka­łam swo­ich już wte­dy bar­dzo rysun­ko­wo napa­lo­nych rąk powstrzy­my­wać przed tym, by uatrak­cyj­niać pre­zen­ta­cje Power Point, któ­re sta­no­wi­ły czę­sto trzon szko­leń, któ­re mia­łam pro­wa­dzić. Dziś z kolei, kie­dy mam do czy­nie­nia z ludź­mi pra­cu­ją­cy­mi obec­nie w kor­po­ra­cjach czę­sto sły­szę:

…ale u nas to to całe ryśle­nie na flip­char­tach albo rysun­ko­we slaj­dy to nie przej­dą, bo my mamy sza­blo­ny i musi­my ich prze­strze­gać!

Sło­wem – panu­je wszech­obec­ny nie­da­się­izm. Zda­ję sobie spra­wę, że rze­czy­wi­ście w nie­któ­rych fir­mach wymo­gi mogą popa­dać w takie skraj­no­ści, że jak uży­jesz w jed­nym sło­wie na slaj­dzie nie­wła­ści­wej – Panie Losie, zmi­łuj, wręcz „zaka­za­nej”! – czcion­ki, to gro­zi Ci zabra­nie kar­ty Mul­ti­spor­tu i ban na robie­nie kawy z fir­mo­we­go eks­pre­su… Ale jest też spo­ro firm, w któ­rych ludzie w dużej mie­rze sami sobie w gło­wach narzu­ca­ją ogra­ni­cze­nia. Kie­dy dopy­tu­ję głę­biej i cisnę ich bez­li­to­śnie pyta­nia­mi typu: kto i kie­dy spraw­dza prze­strze­ga­nie tych zasad? /​ jak czę­sto to robią? /​ co się naj­gor­sze­go sta­nie, jak nie zasto­su­jesz się do tych reguł? /​ jakie są wyjąt­ki, w któ­rych moż­na by zła­mać zasa­dy, a nikt by się nie zorien­to­wał? /​ czy zale­ży Ci bar­dziej na sku­tecz­no­ści prze­ka­zu i osią­gnię­ciu celu, jaki masz do osią­gnię­cia, czy na uży­ciu czcion­ki Helve­ti­ca, bo tak trze­ba?… a więc kie­dy ich tak maglu­ję na wszyst­kie stro­ny, oka­zu­je się, że… kur­czę, no nie ma w fir­mie poli­cji dają­cej kary za nie umiesz­cze­nie nume­ru stro­ny na slaj­dzie…

(Powyż­sze książ­ki zna­czą­co zmie­nią spo­sób myśle­nia na temat pre­zen­ta­cji Power Point – kolej­ność nie­przy­pad­ko­wa, w kolej­no­ści od naj­bar­dziej pole­ca­nej)

Napraw­dę wierz­cie mi – jak brzmi kolej­ne zasły­sza­ne porze­ka­dło – nie ma takie­go wago­ni­ka, któ­re­go nie dało­by się odcze­pić… Zawsze da się zna­leźć pewien sys­tem (mniej lub bar­dziej idą­cy „na oko­ło” /​ przy­zwo­ity /​ na gra­ni­cy „legal­no­ści”), dzię­ki któ­re­mu Twój slajd zamiast wyglą­dać nud­no i sztam­po­wo, może wyglą­dać tak, że nie dość, że przy­jem­nie się na nie­go patrzy, to jesz­cze ludzie zupeł­nie zwy­czaj­nie chcą Cię słu­chać. Jak ja to robię? Kie­dy mam wystą­pić na jakieś wiel­kiej kon­fe­ren­cji i dosta­ję od orga­ni­za­to­rów sza­blon do uży­cia w trak­cie to jest kil­ka opcji:

  1. albo piszę orga­ni­za­to­ro­wi, że nie potrze­bu­ję sza­blo­nu, bo nie będę uży­wa­ła Power Poin­ta i popro­szę flip­chart (tak wiem, to rewo­lu­cyj­na i nie­bez­piecz­na myśl, wiem, że część z Was już się nie­co spo­ci­ła na czo­łach na samą myśl);
  2. albo piszę, że moja klau­zu­la sumie­nia /​ poczu­cie este­ty­ki /​ mój wewnętrz­ny głos (wybierz­cie sobie) nie pozwa­la mi uży­wać sza­blo­nów slaj­dów, ponie­waż ja z zało­że­nia łamię sche­ma­ty i uprzej­mie infor­mu­ję, że go nie uży­ję (myśli­cie, że ktoś kie­dyś napi­sał „o nie, to jak Pani nie uży­je sza­blo­nu, to prze­pra­sza­my, ale musi­my odwo­łać Pani wystą­pie­nie…?”);
  3. albo piszę, że bar­dzo dzię­ku­ję za sza­blon, ale tak się skła­da, że ponie­waż uczę ludzi, że sza­blo­ny to zło i spo­sób, w jaki sza­blon slaj­du narzu­ca pre­zen­to­wa­nie infor­ma­cji jest nie­sku­tecz­ny z powo­dów nauko­wych, to ja owszem, uży­ję sza­blo­nu, ale zakry­ję każ­dy slajd peł­no­wy­mia­ro­wym zdję­ciem, ponie­waż… każ­dy mój slajd to zdję­cie 🙂 Cza­sem też wyświe­tlam slajd tytu­ło­wy, na któ­rym zawsze im bar­dzo zale­ży (jest tam czę­sto tytuł moje­go wystą­pie­nia, miej­sce, data, logo i róż­ne inne dane), po czym kli­kam na MÓJ slajd tytu­ło­wy i jest on zro­bio­ny po moje­mu, zgod­nie z przy­ka­za­nia­mi Nan­cy Duar­te i Gar­ra Rey­nold­sa… Mia­łam użyć sza­blo­nu? Uży­łam. Cała pre­zen­ta­cja jest zro­bio­na w tym wła­śnie sza­blo­nie. Nie mówi­li nic o tym, że „ma być widać sza­blon” 🙂 Poni­żej – ku inspi­ra­cji – przy­kład z moje­go SlideShare’a.

przyklad-alternatywnego-wizualnego-slajdu-tytulowego

Powta­rzam: jak Ci bar­dzo na czymś zale­ży, znaj­dziesz na to obej­ście. Jak nie drzwia­mi, to oknem. Jed­na świa­to­wa kor­po­ra­cja, dla któ­rej jako ExplainVisually.co zro­bi­li­śmy już 8 fil­mów (a do koń­ca 2016 roku zro­bi­my jesz­cze 8) ma na nas tzw. bana z dzia­łu komu­ni­ka­cji kor­po­ra­cyj­nej. Dla­cze­go mają bana? Dla­te­go, że styl naszych ręcz­nie ryso­wa­nych fil­mów eks­pla­na­cyj­nych łamie abso­lut­nie wszyst­kie zapi­sy z brand booka, ale jak widać nie prze­szka­dza to im w wiel­kiej deter­mi­na­cji two­rzyć fil­my, któ­rych pra­cow­ni­cy po pro­stu łak­ną! W jed­nym z maili Klient­ka napi­sa­ła do nas:

W dodat­ku mój szef zabro­nił mi się tym zaj­mo­wać, więc ‘pota­jem­nie’ współ­pra­cu­ję z eki­pą 😉

Czy to nie jest uro­cze? 😀


Praca nr 22

audytor procesu operacyjnego

w Teleperformance Polska

Jak już wie­my w Tele-Pere mia­łam już na kon­cie peł­nio­ne jed­no­cze­śnie dwie role: zaj­mo­wa­łam się szko­le­nia­mi dla śred­niej i wyż­szej kadry mana­ger­skiej w War­sza­wie i w Sie­dl­cach jako tre­ner wewnętrz­ny, a do tego jesz­cze zaj­mo­wa­łam się e‑learningiem. To już były w zasa­dzie dwa peł­ne eta­ty peł­nio­ne przez jed­ną oso­bę. Jak­by tego było mało, to potem jesz­cze dorzu­co­no mi trze­ci etat – zaj­mo­wa­nie się pro­ce­sem ope­ra­cyj­nym, któ­ry funk­cjo­no­wał w naszym call cen­ter (robi­łam to przez rok w okre­sie gru­dzień 2011 – listo­pad 2012) i peł­ni­łam funk­cję Koor­dy­na­to­ra ds. TOPS (TOPS to nazwa tego pro­ce­su). Wycią­gnę­łam dwie waż­ne lek­cje z bycia audy­to­rem:

Lekcja Trzydziesta Piąta – o osobowości „groźnej Pani audytor”

Robie­nie audy­tów spro­wa­dza­ło się w wiel­kim uprosz­cze­niu do tego, że spraw­dza­łam, czy wszyst­kie pro­jek­ty, jakie obsłu­gu­je­my w call cen­ter, mają popraw­nie wdro­żo­ny pro­ces i czy prze­strze­ga­ją jego bar­dzo szcze­gó­ło­wych zasad. A co to były za prze­ja­wy wdro­że­nia pro­ce­su? A czy na przy­kład mana­ge­ro­wie pro­jek­tów wpi­su­ją jedyn­kę w odpo­wied­nią komór­kę na jed­nym z wie­lu for­mu­la­rzy. Czy wypeł­nia­ją jakieś papie­ry, któ­re muszą wypeł­niać, i czy trzy­ma­ją je w odpo­wied­niej kolej­no­ści w segre­ga­to­rach…

Dzię­ki robie­niu tego, cze­go nie zno­si­my dużo dowia­du­je­my się o sobie. Ja dzię­ki byciu „groź­ną

[Zdję­cie: 2016.10.13, by: Daniel Tulisz­ka, www.tuliszka.com]
Panią audy­tor” (cudzy­słów pró­bu­je oddać powa­gę zawar­te­go tu sar­ka­zmu) dowie­dzia­łam się, że nie mam do tego oso­bo­wo­ści. Owszem, jestem na przy­kład bar­dzo sumien­na, co wyda­je się być koniecz­ną cechą dla dro­bia­zgo­we­go audy­to­ra (w Wiel­kiej Piąt­ce bada­nej w psy­cho­lo­gicz­nym teście NEO-FFI poziom mojej sumien­no­ści to 94%), ale jed­no­cze­śnie mam bar­dzo wyso­ką otwar­tość na doświad­cze­nia (na pozio­mie 76%), a moja eks­tra­wer­sja jest na rów­nie skan­da­licz­nie wyso­kim pozio­mie, bo 97%… Ja mia­ła­bym patrzeć w papie­ry bez sło­wa, bez roz­ma­wia­nia z ludź­mi, uzu­peł­niać w kół­ko te same tabel­ki, tak do znu­dze­nia, w kół­ko i w kół­ko…? Bycie audy­to­rem to była dla mnie kator­ga psy­chicz­na. Coś tak nie­ade­kwat­ne­go i nie­zgod­ne­go ze mną, że na samą myśl swę­dzi i boli mnie całe cia­ło.

 

Lekcja Trzydziesta Szósta – o papierologii…

Mówiąc naj­kró­cej jak tyl­ko się da: mam świa­do­mość, że pew­na ilość papie­rów jest abso­lut­nie nie­zbęd­na. Napraw­dę wie­rzę w pro­ce­sy, w sche­ma­ty, w uło­że­nie kolej­nych ele­men­tów w nastę­pu­ją­ce po sobie kro­ki, sama je wpro­wa­dzam u nas w fir­mie, i sama ich prze­strze­gam. Ale są pew­ne rze­czy, któ­rych pojąć nie potra­fię. Pro­ces ope­ra­cyj­ny, któ­ry audy­to­wa­łam, wca­le nie ist­niał w realu – ist­niał jedy­nie na papie­rze, był w dużej mie­rze mar­ko­wa­ny, żeby w papie­rach się zga­dza­ło i żeby „góra” widzia­ła, że wszyst­ko ban­gla… Ja wie­dzia­łam o bez­sen­sie papie­ro­lo­gii, ludzie o tym wie­dzie­li, no ale trze­ba było robić, żeby a) było zro­bio­ne i b) żeby się zga­dza­ło w papie­rach. Nigdy w życiu nie uczest­ni­czy­łam w tak bez­sen­sow­nej pro­ce­du­rze malo­wa­nia tra­wy na zie­lo­no…

Choć – z pozy­ty­wów – nauczy­łam się robić wyśmie­ni­te wykre­sy Gant­ta w Excel­lu! Do dziś jestem z nich dum­na… (poni­żej przy­kła­do­wy, czę­ścio­wo ocen­zu­ro­wa­ny) 🙂

 

tops-blur-czesciowy-700x263

Pra­co­wa­łam w sumie w Tele-Pere 2 lata i 5 mie­się­cy. Doro­bi­łam się przy tym olbrzy­mich pro­ble­mów z jeli­ta­mi (witaj zespo­le jeli­ta draż­li­we­go!). Nie dość, że robi­łam tam za trzy oso­by (trzy eta­ty), to jesz­cze 2 z tych 3 eta­tów były wal­ką z wia­tra­ka­mi (w tre­ner­stwie na szczę­ście nie­zmien­nie się speł­nia­łam). Zwle­cze­nie się rano z łóż­ka było dla mnie gigan­tycz­nym tru­dem… Mało co mnie już wte­dy po tych 2 latach moty­wo­wa­ło do pra­cy.

Dla­te­go dzień, w któ­rym poło­ży­łam mojej sze­fo­wej, Ani, wypo­wie­dze­nie na biur­ko (a było to 5 paź­dzier­ni­ka 2012) był jed­nym z pięk­niej­szych dni moje­go życia. Od tam­tej pory uno­szę się jakieś 5 cm nad zie­mią (co widać naj­bar­dziej na szko­le­niach – wte­dy docho­dzę do jakichś 27 cm). Nie­co wię­cej o tym dniu może­cie prze­czy­tać w moim wpi­sie, w któ­rym pod­su­mo­wy­wa­łam 2 pierw­sze lata moje­go życia jako fre­elan­ce­ra. Bo – uwa­ga, uwa­ga! – wkra­cza­my wła­śnie w tę erę moje­go życia! Rzu­ci­łam kor­po­ra­cję, jestem sama sobie Panią! Bra­wo ja!

[Z tej oka­zji tro­chę uśmiech­nię­tych zdjęć autor­stwa Zdol­nej Bestii – Pau­li­ny Łycz­kow­skiej, listo­pad 2015]


Praca nr 23

Człowiek od Wszystkiego w SurprisePlanner.pl

Mam 26 lat, jestem już po rzu­ce­niu pra­cy w kor­po­ra­cji po pra­wie 2,5 roku. Same począt­ki moje­go fre­elen­cer­stwa (dość szcze­gó­ło­wo opi­sa­ne tutaj) nazna­czo­ne są jesz­cze pew­nym roz­dwo­je­niem. Na osi cza­su jestem już bowiem fre­elan­cer­ką, ale jesz­cze zapo­bie­gaw­czo zaj­mu­ję się przez chwi­lę cał­kiem pobocz­nym pro­jek­tem pew­nej sza­lo­nej i nie­sa­mo­wi­cie pozy­tyw­nej Julii – SurprisePlanner.pl. Daje mi to pew­ne zabez­pie­cze­nie finan­so­we i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa przed otwar­ciem dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej (co sta­ło się 14 paź­dzier­ni­ka 2013).

surpriseplanner-linia-czasu-2013

Czym dokład­nie się zaj­mu­ję? Jestem czło­wie­kiem od wszyst­kie­go, kimś na kształt pra­wej ręki wła­ści­ciel­ki. Poma­gam obsłu­gi­wać bie­żą­ce zle­ce­nia nie­spo­dzian­ko­we (jak np. te uro­dzi­ny dla ośmio­lat­ki), zdo­by­wa­łam part­ne­rów, zaj­mo­wa­łam się sze­ro­ko poję­tym mar­ke­tin­giem (Face­bo­ok) i współ­two­rzy­łam tre­ści na blo­ga (np. o laur­ce dla ojca). Z cza­sem jed­nak (może­cie to prze­śle­dzić na powyż­sej rysun­ko­wej osi cza­su) uzna­łam, że moja wła­sna dzia­łal­ność roz­wi­nę­ła się zbyt moc­no, żeby cią­gnąć i Sur­pri­se­Plan­ne­ra, i wła­sne ryśli­ciel­skie fre­elan­cer­stwo, więc roz­sta­ję się z Julią i odda­ję się już w 117% swo­jej dzia­łal­no­ści. Zanim to się jed­nak sta­nie, dwie lek­cje:

Lekcja Trzydziesta Siódma – Inspirująca szefowa z masą pomysłów to jest to!

Julia to nie­sa­mo­wi­ta oso­ba. Zakrę­co­na, sza­lo­na, taka tro­chę jak ja, albo nawet bar­dziej. Pra­cu­jąc jako czło­wiek od wszyst­kie­go i jej pra­wa ręka czu­łam, że Julia ma do mnie olbrzy­mie zaufa­nie i jest goto­wa na przy­ję­cie moich kre­atyw­nych pomy­słów. Mia­ły­śmy napraw­dę super rela­cję. Byłam jak by nie patrzeć jej pra­cow­ni­kiem (Sur­pri­se Plan­ner to jej autor­ski pro­jekt), nato­miast czu­łam się w naszej rela­cji bar­dzo part­ner­sko. Uwiel­bia­łam też nasz luzac­ki i swo­bod­ny spo­sób komu­ni­ka­cji – choć czy­ta­nie Julio­wych maili i smsów bywa­ło nie­kie­dy wyzwa­niem z racji jej wiecz­ne­go pośpie­chu, lite­ró­wek i nie uży­wa­nia pol­skich liter 🙂 Czu­łam się zna­ko­mi­cie wie­dząc, że współ­pra­cu­ję z kimś, kto jest goto­wy na kosmicz­nie odje­cha­ne pomy­sły i że nie muszę hamo­wać mojej inwen­cji twór­czej. Julia może nie zda­wać sobie nawet z tego spra­wy, ale jest dla mnie dobrym wzo­rem tzw. „Sze­fo­wej”. Dążę do tego, żebym w rela­cji ja – moja asy­stent­ka była podob­ną oso­bą i stwa­rza­ła mojej Mar­cie podob­ne warun­ki do roz­wo­ju.

Lekcja Trzydzista Ósma – o tym, czego potrzebujemy w pracy

Jak już wspo­mi­na­łam przy poprzed­niej lek­cji (Lek­cja Trzy­dzie­sta Pią­ta o oso­bo­wo­ści „groź­nej Pani audy­tor”) moja oso­bo­wość zupeł­nie nie nada­wa­ła się do powta­rzal­nej, nud­nej, poukła­da­nej, sche­ma­tycz­nej (a z moje­go punk­tu widze­nia tak­że bez­sen­sow­nej) pra­cy jaką jest mar­ko­wa­nie papie­ro­lo­gii. Odnio­słam się wte­dy do badań wiel­kiej piąt­ki, czy­li 5 cech oso­bo­wo­ści, któ­re są nie­zmien­ne, uni­wer­sal­ne (czy­li nie­za­leż­ne od rasy, płci czy kul­tu­ry) i bio­lo­gicz­nie uwa­run­ko­wa­ne. Tutaj zoba­czy­cie ich peł­ną, rysun­ko­wą wer­sję (moje wyni­ki testu wyko­na­ne­go poprzez stro­nę http://www.outofservice.com/bigfive/):

wyniki-neo-ffi-rozrysowane

gallup-wywieszkaCoś, co jesz­cze moc­no okre­śla mnie i moje potrze­by w pra­cy to wyni­ki Talen­tów Gal­lu­pa (moż­na za zale­d­wie 15$ wyko­nać test na stro­nie https://www.gallupstrengthscenter.com/ – pole­cam każ­de­mu!).

Wyko­na­łam je cał­kiem nie­daw­no, bo w maju 2015 roku, nato­miast i bez tej wie­dzy wie­dzia­łam za cza­sów współ­pra­cy przy SurprisePlanner.pl, że potrze­bu­ję nowo­ści, zmien­no­ści, pozy­tyw­no­ści, kon­tak­tu z ludź­mi, kre­atyw­no­ści i two­rze­nia w pra­cy. Mogłam się tam speł­niać do woli.

Jakie są zatem moje talen­ty wg Gal­lu­pa? Posłu­żę się opi­sem wzię­tym ze stro­ny http://potencjalosobowosci.com/gallup/

Mój pierw­szy domi­nu­ją­cy talent to: Czar – Woo:

Masz nie­zwy­kły wdzięk i urok oso­bi­sty. Dzię­ki temu dys­po­nu­jesz nie­praw­do­po­dob­ną łatwo­ścią pozna­wa­nia nowych ludzi i nawią­zy­wa­nia róż­nych kon­tak­tów. Dla Cie­bie nie ma nie­zna­jo­mych. To tyl­ko tacy, któ­rych jesz­cze nie spo­tka­łeś na swo­jej dro­dze. Możesz czer­pać satys­fak­cję z prze­ła­my­wa­nia lodów i nawią­zy­wa­nia nowych rela­cji z inny­mi.

Dru­gi to: Osią­ga­nie – Achie­ver:

Bez prze­rwy chcesz coraz wię­cej robić i osią­gać. Masz w sobie taki wewnętrz­ny ogień, któ­ry moty­wu­je Cię do nie­ustan­nych dzia­łań pod­czas pra­cy, urlo­pu i w każ­dym innym miej­scu i cza­sie. Czer­piesz dużą satys­fak­cję z bycia zaję­tym i pro­duk­tyw­nym.

Trze­ci to: Opty­mi­sta – Posi­ti­vi­ty:

Masz prze­ko­na­nie, że życie jest pięk­ne i potra­fisz się nim cie­szyć. Nie­ja­ko przy oka­zji, roz­da­jesz na pra­wo i lewo uśmie­chy. Twój opty­mizm może zara­żać, a to co robisz i jak robisz dla innych może wyda­wać się bar­dzo eks­cy­tu­ją­ce.

Czwar­ty to: Empa­tia – Empa­thy:

Dzię­ki intu­icji widzisz świat ocza­mi innych ludzi, bo wyczu­wasz ich emo­cje. Jeśli jakaś sytu­acja wywo­łu­je u kogoś sil­ne emo­cje, to Ty „sły­szysz” nie­wy­po­wie­dzia­ne jesz­cze „sło­wa” – ich uczu­cia.

A ostat­ni to: Stra­teg – Stra­te­gic:

Umiesz dostrzec, co kry­je się „za zakrę­tem”. Wyobra­żasz sobie róż­ne spo­so­by roz­wią­za­nia dane­go pro­ble­mu, a potem odrzu­casz te, któ­re wio­dą doni­kąd. Dla­te­go potra­fisz zapla­no­wać i popro­wa­dzić nawet trud­ne i dłu­go­trwa­łe pro­jek­ty. Możesz mieć łatwość przy­go­to­wa­nia alter­na­tyw­nych roz­wią­zań. W zde­rze­niu się z trud­no­ścia­mi czy nowy­mi wyzwa­nia­mi możesz łatwo odnaj­dy­wać nowe sche­ma­ty i klu­czo­we ele­men­ty.

(Jeśli zain­te­re­so­wa­ły Was talen­ty wg Gal­lu­pa, to pole­cam też gru­pę tre­ne­rów w Taisja­Lau­dy & Co., któ­rzy zaj­mu­ją się tym w Pol­sce).

W moim życiu (jak to mówię – w moim matri­xie) od jakie­goś cza­su coś się zmie­nia­ło… Naj­pierw sta­łam się tre­ne­rem w kor­po­ra­cji, dosta­łam się na szko­lę tre­ne­rów Gru­py SET, odkry­łam swo­ją niszę tre­ner­ską (myśle­nie wizu­al­ne)… Wresz­cie zde­cy­do­wa­łam się rzu­cić pra­cę i przejść na swo­je. Zaję­cie się Sur­pri­se Plan­ne­rem tyl­ko utwier­dzi­ło mnie w tym, że po pierw­sze potrze­bu­ję odpo­wied­nich warun­ków do roz­wo­ju (jak np. wspie­ra­ją­ca sze­fo­wa i pro­jekt kre­atyw­ny sam w sobie), a po dru­gie, że żeby ten roz­wój był rze­czy­wi­ście peł­nym roz­kwi­tem, potrze­bu­ję poświę­cić się temu (i tyl­ko temu) peł­no­eta­to­wo. Co też uczy­ni­łam 🙂


Praca nr 24

Ryślicielka® – Freelancerka

Od 26 roku życia, a dokład­nie od 1 grud­nia 2012 jestem fre­elan­ce­rem. Jestem wol­nym strzel­cem, Panią Samej Sie­bie. Jestem biz­ne­sem. Jestem przed­się­bior­cą. Jestem samo­za­trud­nio­na. Jestem – mój fawo­ryt! – ‘pry­wa­cia­rzem’. Jak zwał tak zwał. JESTEM.

Jak widać z moje­go życio­ry­su zawo­do­we­go to była cho­ler­nie dłu­uuuuuuuga dro­ga. Napraw­dę spo­ro się naszu­ka­łam… Jeśli opis pra­cy 24-tej to nie jest pierw­szy opis, jaki czy­tasz w ramach Pro­jek­tu 30:30, to wiesz dosko­na­le, że to się nie sta­ło „ot tak”. Ktoś, to obser­wu­je moje poczy­na­nia (w sie­ci albo w realu) od cza­sów, kie­dy dzia­łam jako Ryśli­ciel­ka®, mógł­by ulec złu­dze­niu i pomy­śleć:

„Och, bo Tobie tak wszyst­ko łatwo poszło, byłaś tre­ne­rem, tra­fi­łaś na książ­kę i – bam! – sta­ło się! Łatwi­zna. Teraz tyl­ko ja muszę tra­fić na jakąś książ­kę albo inny znak, któ­ry tak mi pomo­że zna­leźć swo­je miej­sce w życiu zawo­do­wym…”

No bła­gam…! Zali­cze­nie 23 prac w wie­ku 26 lat to napraw­dę nie jest łatwi­zna! To była dłu­ga i nie zawsze przy­jem­na wyciecz­ka uroz­ma­ico­na w takie atrak­cje jak:

  • cięż­ka fizycz­nie pra­ca (baza­rek, pral­nia, sprzą­tacz­ka),
  • brud i znisz­czo­ne che­mi­ka­lia­mi dło­nie (mycie samo­cho­dów, nadal sprzą­tacz­ka),
  • opór klien­tów i kle­pa­nie w kół­ko tego same­go (MLM),
  • bolą­ce, odpa­rzo­ne sto­py z odci­ska­mi i opuch­nię­te nogi (hostes­sa),
  • gło­śny i cało­dnio­wy krzyk dzie­ci, w tym uże­ra­nie się z nie­któ­ry­mi z nich o napraw­dę potwor­nych cha­rak­te­rach (przed­szko­le),
  • cią­głe kse­ro­wa­nie, kawy poda­wa­nietele­fo­nów odbie­ra­nie (kan­ce­la­ria praw­ni­cza),
  • upo­ko­rze­nia, pra­ca w ciem­no­ściach, w nie­ludz­kich sys­te­mach wyna­gra­dza­nia z dra­ma­tycz­nie złym sze­fo­stwem (gastro­no­mia),
  • wisze­nie godzi­na­mi na tele­fo­nie (bran­ża nie­ru­cho­mo­ści /​ wydaw­ni­cza)
  • sprze­da­wa­nie cie­ka­wych usług, do któ­rych nie mia­ło się ser­ca i prze­ko­na­nia (ubo­gi krew­ny Alle­gro, agen­cja inte­rak­tyw­na)
  • poga­nia­nie i moty­wo­wa­nie osób, któ­re były czę­sto dla mnie tyl­ko „duszą” mailo­wą albo tele­fo­nicz­ną i pra­co­wa­ły za dar­mo (ogól­no­pol­ski pro­jekt w fun­da­cji stu­denc­kiej)
  • wal­ka z kor­po­ra­cyj­ny­mi wia­tra­ka­mi (tre­ner wewnętrz­ny, e‑learning)
  • uda­wa­nie, że spraw­dzam papie­ry, któ­re inni uda­ją, że regu­lar­nie two­rzą w ramach pro­ce­su, któ­ry uda­je­my, że ist­nie­je (audy­tor)
  • pró­ba ogar­nię­cia wszyst­kie­go, czy­li w efek­cie nicze­go (nie­spo­dzian­ki na życze­nie)

Czy patrząc z per­spek­ty­wy cza­su na moją dłu­gą histo­rię zawo­do­wą, zro­bi­ła­bym dziś to samo? Pew­nie! Albo jesz­cze wię­cej 🙂 To samo dora­dzam wszyst­kim i to samo będę dora­dzać naszym dzie­ciom. Idź, testuj, pró­buj, baw się, wście­kaj się, wycią­gaj nauki, prze­wra­caj się, pod­noś, pozna­waj ludzi, zdo­by­waj kon­tak­ty, zagry­zaj zęby, zaci­skaj dupę, ucz się o sobie i o innych. Nie rób za dłu­go tego, co Ci psu­je krew, ale pamię­taj jed­no­cze­śnie, że ze wszyst­kie­go możesz się cze­goś nauczyć (ba! – nawet od wro­ga albo napo­tka­ne­go na swej dro­dzy idio­ty). Zresz­tą Pro­jekt 30:30 jest żywym wcie­le­niem tej praw­dy.

Zmia­na jest nie­unik­nio­na, cią­gła i zapę­tlo­na (jak sys­te­ma­tycz­ność pór roku), i jeśli myślisz, że raz na całe życie znaj­dziesz jakieś jed­no miej­sce, w któ­rym zago­ścisz już na lata – według mnie jesteś w błę­dzie. Ja sama wiem, że moje ryśli­ciel­stwo może kie­dyś się skoń­czyć. Nie cze­kam na to, nie odli­czam dni, nie śni mi się to kosz­mar­nie po nocach – ale po pro­stu dopusz­czam taką myśl. Jak to się sta­nie: przyj­mę to i będę szu­ka­ła dalej. Bo prze­ra­bia­łam to już 30 razy, napraw­dę nic mnie w tym zakre­sie nie zdzi­wi 🙂

Jak długo można szukać? – rozmowa z Terrym

Nie zapo­mnę, jak kie­dyś za cza­sów pra­cy w przed­szko­lu (pra­ca nr 11, a cóż to jest, to zale­d­wie 13 mojej wędrów­ki!) roz­ma­wia­łam z Ter­rym, wła­ści­cie­lem sie­ci, do któ­re­go nale­ża­ło nasze przed­szko­le. Ter­ry był Kana­dyj­czy­kiem, miał zde­cy­do­wa­nie ponad 50 lat i przy­je­chał nas odwie­dzić w Pol­sce i spy­tać jak nam się pra­cu­je w jego przed­szko­lu. Zadał to pyta­nie tak­że mnie. To musia­ło być jakoś pod koniec mojej pra­cy w przed­szko­lu, bo byłam wte­dy na eta­pie pierw­szej (z trzech) zmian kie­run­ku stu­diów. Mio­ta­ły więc mną wąt­pli­wo­ści… Byłam zre­zy­gno­wa­na: wie­dzia­łam, że nie chcę stu­dio­wać kul­tu­ro­znaw­stwa i chcia­łam zmie­nić kie­ru­nek, ale w domu rodzin­nym sły­sza­łam sprzecz­ny komu­ni­kat: „A co tam będziesz zmie­niać, prze­cież już zaczę­łaś, dokończ, bez sen­su tak nie koń­czyć, co teraz z tymi pie­niędz­mi, któ­re zain­we­sto­wa­łaś w te stu­dia…!”.

Kie­dy więc Ter­ry spy­tał mnie, jak mi się pra­cu­je w przed­szko­lu powie­dzia­łam zgod­nie z praw­dą:

- Pra­cu­je mi się dobrze, lubię to pra­cę… Ale już sama nie wiem. Niby mi się podo­ba, ale nie wiem, czy to jest TO. Czy chcę to robić lata­mi…? Cie­szę się z tej współ­pra­cy, lubię ludzi, z jaki­mi pra­cu­ję, lubię dzie­cia­ki, dzie­cia­ki lubią mnie, lubię Gre­ga, Moni­kę (wła­ści­cie­le przed­szko­la). Ale teraz stu­dia też zmie­niam, i to moja trze­cia pra­ca, od kie­dy jestem peł­no­let­nia… i znów mia­ła­bym zmie­niać…? Co mam zro­bić? Nie wiem, co mam zro­bić…

klaudia-tolman-rysuje-swoja-historie-na-flipcharcie

Ter­ry wysłu­chał mnie z takim sto­ic­kim, rozu­mie­ją­cym, ojcow­skim wręcz spo­ko­jem, i powie­dział:

- Klau­dia, zupeł­nie jak­bym sły­szał sie­bie!

- Sie­bie – dopy­ty­wa­łam – jak mia­łeś tyle lat, co ja?

- Nie. Sie­bie dziś. Ty myślisz, że ja wiem, co chcę robić w życiu? Że ja wiem, czy to, co teraz robię, jest TYM? Wiesz ile razy ja już zmie­nia­łem pra­cę i myśla­łem, że to TO? Ile razy mia­łem wąt­pli­wo­ści, nie wie­dzia­łem, waha­łem się, byłem zagu­bio­ny? Nadal jestem!

Pamię­tam tą roz­mo­wę do dziś, jest dla mnie tak waż­na. A odby­łam ją mając 20 lat, czy­li 10 lat temu… Było dla mnie odkry­ciem, że pięć­dzie­się­cio­le­ni facet, wła­ści­ciel sie­ci przed­szko­li, też może mieć wąt­pli­wo­ści, że może wciąż szu­kać i wca­le nie być jesz­cze znu­dzo­nym tymi poszu­ki­wa­nia­mi! To była jed­na z tych roz­mów zmie­nia­ją­ca spo­sób myśle­nie, albo – wzno­sząc się na malut­kiej, pucha­tej chmur­ce o deli­kat­nym zapa­chu pate­ty­zmu – nawet: zmie­nia­ją­ca życie.

Tym­cza­sem jakie dwie lek­cje wycią­gam z pra­cy o sze­ro­kiej kate­go­rii „fre­elan­cing”, czy­li pra­cy na rzecz same­go sie­bie pod swo­ją mar­ką?

Lekcja Trzydziesta Dziewiąta – nigdzie się tyle nie nauczysz tyle, co u siebie!

Gdy na począt­ku paź­dzier­ni­ka 2016 wpa­dłam na pomysł Pro­jek­tu 30:30, spi­sa­łam naj­pierw wszyst­kie pra­ce w kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej i od razu w jed­nym zda­niu wszyst­kie lek­cje z każ­dej pra­cy (żebym wie­dzia­ła ile jest lek­cji w całym pro­jek­cie). Kie­dy dotar­łam wła­śnie do „ery współ­cze­snej” czy­li do prze­ło­mu lat 2012/​ 2013 i zaczę­łam spi­sy­wać lek­cje mło­de­go przed­się­bior­cy, pomy­śla­łam:

Cho­le­ra, samych lek­cji z same­go tyl­ko fre­elan­cer­stwa mogło­by być spo­koj­nie ze 30!

projekt3030-praca-24-ryslicielka-freelancerkaMogła­bym codzien­nie spi­sy­wać lek­cje… Lek­cje z każ­de­go suk­ce­su, z każ­de­go faka­pu (a ich ilość jest bar­dzo podob­na!), z każ­de­go Klien­ta, a nawet z wie­lu nie­do­szłych Klien­tów… Tem­po, w jakim uczysz się pro­wa­dząc fir­mę, jest po pro­stu zastra­sza­ją­co-galo­pu­ją­ce, nie do porów­na­nia z niczym innym (może to tem­pa, w jakim dziec­ko nie­zau­wa­żal­nie się uczy ojczy­ste­go języ­ka…?). I niby o tym sły­sza­łam, czy­ta­łam, coś tam wie­dzia­łam, bo się nasłu­cha­łam od innych Przed­się­bior­czych Kobiet (za cza­sów fun­da­cji SFBCC), ale w życiu nie podej­rze­wa­łam, że to jest aż TAKIE tem­po! Jesz­cze przy mojej hiper-aktyw­no­ści, eks­tra­wer­ty­zmie i otwar­to­ści na doświad­cze­nia to tem­po jest jesz­cze podwo­jo­ne albo potro­jo­ne…! Krót­ko mówiąc (i mówiąc w dodat­ku w rytm zna­ne­go wszyst­kim szla­gie­ru pol­skiej muzy­ki disco):

Nie da Ci tego ojciec,

Nie da Ci tego mat­ka,

Co dać Ci może Twa wła­sna… Firma…tka!

Jeśli lubisz się uczyć, masz wystar­cza­ją­co dużo poko­ry, by codzien­nie popeł­niać błę­dy, mówić „prze­pra­szam” za każ­dy razem gdy dasz cia­ła, jeśli nie strasz­ne Ci przy­zna­nie się do tego, że cze­goś nie umiesz, nie wiesz, albo cze­goż nigdy nie robi­łeś – zapra­szam do gry. To napraw­dę nie­zła szko­ła. I z pew­no­ścią nie dla wszyst­kich, oj nie.

Lekcja Czterdziesta – zawęź, a będzie Ci rozszerzone

 

zawez-a-bedzie-ci-rozszerzone-1-700x467

Kie­dy uczy­łam się w Szko­le Tre­ne­rów Gru­py SET, było dla mnie oczy­wi­ste, że muszę się w czymś wyspe­cja­li­zo­wać. Nie chcia­łam być tre­ne­rem od wszyst­kie­go i od nicze­go. Odkry­cie przy­szło dość szyb­ko – to była wła­śnie wspo­mi­na­na już (przy oka­zji pra­cy 20) książ­ka Dana Roama. Uprzy­tom­ni­łam sobie, że to, co robi­łam lata­mi (pro­sty odręcz­ny rysu­nek poma­ga­ją­cy w myśle­niu i zapa­mię­ty­wa­niu), ma nazwę, są ludzie, któ­rzy się tym pro­fe­sjo­nal­nie zaj­mu­ją na całym świe­cie i że sko­ro to jest dla mnie takie natu­ral­ne, dla­cze­go by się tym nie zacząć zaj­mo­wać? Zawę­zi­łam więc moje pola dzia­ła­nia. Dzia­ło się to poma­lut­ku, krok po kro­ku. Na począt­ku moje­go fre­elan­cer­stwa (jak cho­ciaż­by w grud­niu 2012) mia­łam jesz­cze zle­ce­nia szko­le­nio­we z obsłu­gi Klien­ta w nie­du­żym call cen­ter w Łom­ży. Przyj­mo­wa­łam wte­dy zle­ce­nia jak lecia­ło, bez prze­bie­ra­nia: jest hajs, bie­rze­my. To był dopie­ro począ­tek, każ­dy grosz się liczył.

klaudia-tolman-inspiruje-do-rysleniaAle potem stop­nio­wo odma­wia­łam zle­ce­niom pobocz­nym; przy­kła­do­wo mia­łam oka­zję kie­dyś współ­pra­co­wać z Bogu­siem i Asią Micha­la­ka­mi przy kil­ku­mie­sięcz­nym pro­jek­cie dla fabry­ki IKEA w Gole­nio­wie. Pro­wa­dzi­li­śmy szko­le­nia dla kie­row­ni­ków i dyrek­to­rów fabryk z umie­jęt­no­ści mana­ger­skich, z komu­ni­ka­tu „ja”, z wyzna­cza­nia gra­nic, i z sze­ro­ko poję­tych umie­jęt­no­ści inter­per­so­nal­nych. Było to nie­sa­mo­wi­cie cen­ne doświad­cze­nie i oczy­wi­ście w trak­cie jego wyko­ny­wa­nia mia­łam flow, świet­nie mi się pra­co­wa­ło z Bogu­siem na sali, dużo się nauczy­łam i tak dalej… Teraz jed­nak ana­lo­gicz­ne­go zle­ce­nia nie przyj­mę: nie ma na nie miej­sca w moim kalen­da­rzu. Wiem – sta­ło się to już kil­ka­na­ście albo kil­ka­dzie­siąt razy – że z chwi­lą, kie­dy zabo­oku­ję sobie kalen­darz ini­cja­ty­wa­mi pobocz­ny­mi, nie tak bar­dzo zwią­za­ny­mi z myśle­niem wizu­al­nym, to dokład­nie w te zare­zer­wo­wa­ne daty przyj­dą zapy­ta­nia, któ­rym odma­wia­nie będzie bole­sne jak nie­jed­ne skut­ki dzia­ła­nia maszyn w Muzeum Tor­tur…

Ale dlaczego zawężać?

 

Waż­na i nie­co przy­dłu­ga­wa dygre­sja, manifest-ryslicielki-700x1002któ­ra pomo­że Wam zro­zu­mieć dla­cze­go „zawę­że­nie swo­jej dzia­łal­no­ści” spo­wo­du­je – jak napi­sa­łam w tytu­le – że będzie Ci roz­sze­rzo­ne. Czy­li dane 🙂

Od 18 stycz­nia 2015 przed­sta­wiam się na nie­mal każ­dym szko­le­niu nastę­pu­ją­cym flip­char­tem (obok). Za każ­dym razem rysu­ję go od począt­ku, na oczach uczest­ni­ków, wpro­wa­dza­jąc inte­rak­cję z uczest­ni­ka­mi (w dodat­ku potem prze­pro­wa­dzam mały eks­pe­ry­ment spraw­dza­ją­cy, ile z tego zapa­mię­ta­li, ale nie o tym teraz), a na samym koń­cu w tzw. mię­dzy­cza­sie nano­szę na nie­go kolor (choć nie robię tego za każ­dym razem). Jest to bar­dzo spój­na, upo­rząd­ko­wa­na opo­wieść, któ­rą moż­na by było skró­cić na potrze­by Pro­jek­tu 30:30 tak:

Nazy­wam się Klau­dia i jestem Ryśli­cie­lem®, czy też Ryśli­ciel­ką®. Docze­ka­łam się nawet zna­ku ®, bo jestem zna­kiem towa­ro­wym zastrze­żo­nym, jak Volvo®, Apple® czy IKEA®. Co to zna­czy, że jestem Ryśli­cie­lem? To zna­czy, że rysu­ję myśli i myślę rysun­ka­mi. Mam na co dzień do czy­nie­nia z ludź­mi. Są to w 95% doro­śli ludzie, któ­rych ja inspi­ru­ję do ryśle­nia, zachę­cam ich do tego, aby na nowo ryso­wa­li. „Na nowo” dla­te­go, że każ­dy z Was, wszy­scy jak tu sie­dzi­cie, kie­dyś ryso­wał.

Dla­te­go to robię? Bo wie­rzę, że cały świat, że abso­lut­nie każ­dy może ryso­wać. I celo­wo uży­wam okre­śle­nia, że każ­dy może ryso­wać, a nie np. każ­dy umie, bo wie­cie jak jest z tym „umie­niem”? Doro­śli twier­dzą, że nie umie­ją ryso­wać. Co jest nie­zwy­kle cie­ka­we, bo jak­bym Was zapy­ta­ła naście czy dzie­siąt lat temu, jak byli­ście dzieć­mi, czy umie­cie ryso­wać, to wszyst­kie ręce były­by w górze… A ja twier­dzę, że każ­dy może. Bo z ryso­wa­niem jest jak ze śpie­wa­niem… „Śpie­wać każ­dy może…” Ryso­wać też każ­dy może, tro­chę lepiej, lub… jesz­cze lepiej! 

Jak to robię? Robię to pew­ną czę­ścią mojej osobo­wo­ści… Ta część mojej oso­bo­wo­ści jest widocz­na nie­mal gołym okiem. Co to jest? Tak, dziec­ko, moje wewnętrz­ne dziec­ko. Ja pra­cu­ję dziec­kiem. Na takiej ener­gii dziec­ka, twór­czej, rado­snej ener­gii, w któ­rej nie ma cen­zo­ra, kry­ty­ka. Tam nie ma, że cze­goś nie wypa­da, że coś jest obcia­chem. Pra­cu­ję dziec­kiembudzę to dziec­ko w doro­słych ludziach. 

A co dokład­nie robię? Zaj­mu­ję się trze­ma dzie­dzi­na­mi:

  1. Po pierw­sze jestem tre­ne­rem. Od 2010 jestem tre­ne­rem (po Gru­pie SET), a od 2012 jestem tre­ne­rem wyspe­cja­li­zo­wa­nym w myśle­niu wizu­al­nym. Pro­wa­dzę szko­le­nia i warsz­ta­ty zawsze zwią­za­ne z myśle­niem wizu­al­nym: któ­re albo w tre­ści i w for­mie są z myśle­nia wizu­al­ne­go, albo tyl­ko w for­mie. Jeśli tyl­ko for­ma jest wizu­al­na (a treść czy cel inny) wów­czas nazy­wam to gra­ficz­ną facy­li­ta­cją i poma­gam gru­pom dotrzeć do jakie­goś punk­tu albo zna­leźć roz­wią­za­nie poprzez pro­ste wizu­ali­za­cje.

  2. Po dru­gie od 2013 jestem gra­phic recor­de­rem. W trak­cie róż­nych kon­fe­ren­cji wychwy­tu­ję abso­lut­ną esen­cję z przed­sta­wia­nej tre­ści, słu­cham, ana­li­zu­ję i w tym samym cza­sie rysu­ję wiel­ko­for­ma­to­wą notat­kę wizu­al­ną, po to, żeby ludzie wię­cej zapa­mię­ta­li i wię­cej wynie­śli z wyda­rze­nia.

  3.  A od 2014 roku wspól­nie z moim Narze­czo­nym – i już teraz kil­ku­na­sto­oso­bo­wym zespo­łem – robi­my fil­my rysun­ko­we pod mar­ką ExplainVisually.co. Mamy stu­dio ani­ma­cji whi­te­bo­ar­do­wej i wyja­śnia­my skom­pli­ko­wa­ne tre­ści w pro­sty spo­sób dla firminsty­tu­cji, któ­re chcą myśleć nie­sza­blo­no­wo i mają już dość zja­wi­ska death by power point.

I teraz cze­mu „ode­gra­łam tę sce­nę” przed Wami w nar­ra­cji tek­sto­wej? I co ozna­cza­ją te różo­we wybol­do­wa­nia? Otóż jeśli przy­cho­dzi do mnie zapy­ta­nie o wyko­na­nie jakie­goś zle­ce­nia, i to zle­ce­nie nie wpi­su­je się w któ­ryś z bol­dów – nie przyj­mu­ję go. Ten opis mojej dzia­łal­no­ści (swe­go rodza­ju „mani­fest Ryśli­ciel­ki®”) jest dla mnie bar­dzo jasnym dro­go­wska­zem, poma­ga mi podej­mo­wać decy­zje w biz­ne­sie. Jeśli coś nie leży w zakre­sie moich dzia­łań, nie przyj­mu­ję tego.

Co przykładowo odrzucam?

  • Szko­le­nia dla dzie­ci i mło­dzie­ży – ponie­waż ja szko­lę doro­słych;
  • Zle­ce­nie, w któ­rym czu­ję /​ widzę /​ wiem, że ele­ment twór­czej zaba­wy i uwal­nia­nia ener­gii dzie­cię­cej jest nie­do­pusz­czal­ny i nie będę mogła obu­dzić w ludziach dzie­ci (bo będzie to jakieś śmier­tel­nie poważ­ne spo­tka­nie mana­ge­men­tu i nie dopusz­cza­ją ele­men­ty zaba­wy);
  • Szko­le­nia, w któ­rych nie mogę wpleść myśle­nia wizu­al­ne­go (no i oczy­wi­ście szko­le­nia, w któ­rych tema­ty są mi obce – z BHP, metod wią­za­nia kra­wa­tów czy inwe­sto­wa­nie na gieł­dzie);
  • Zle­ce­nia na gra­phic recor­ding (GR) na kon­fe­ren­cji pro­wa­dzo­nej w nie­zna­nym mi języ­ku (śmiej­cie się śmiej­cie, kie­dyś mia­łam ryso­wać rosyj­sko­ję­zycz­ną kon­fe­ren­cję bez udzia­łu tłu­ma­cza…) lub gdy gra­phic recor­ding miał­by nie być widocz­ny wiel­ko­for­ma­to­wo (np. mia­ła­bym ryso­wać na A4 a potem orga­ni­za­tor prze­słał­by uczest­ni­kom ska­ny) albo wyko­na­ne prze­ze mnie wiel­ko­for­ma­to­we zapi­sy nie były­by póź­niej nigdzie eks­po­no­wa­ne (jeśli nie mają być eks­po­no­wa­nie, jaki jest sens robie­nia GR?);
  • Fil­my rysun­ko­we, w któ­rych uży­czy­ła­bym tyl­ko swo­jej ręki, ale zro­bio­ne były­by pod czy­jąś mar­ką – prze­cież mamy swo­ją;
  • Zle­ce­nia na ilu­stra­cje (do ksią­żek, publi­ka­cji, arty­ku­łów, na stro­ny itd.) – w moim „mani­fe­ście” nie ma (już!) w dzia­le co robię infor­ma­cji o tym, że wyko­nu­je ilu­stra­cje. Nie przyj­mu­ję już tych zle­ceń, podzle­cam je innym, świet­nym ilu­stra­to­rom, z któ­ry­mi współ­pra­cu­je­my.

Co mi dało zawężenie swojej działalności?

Od pew­ne­go eta­pu mojej dzia­łal­no­ści (kie­dy była już wystar­cza­ją­co roz­wi­nię­ta) nie opła­ci­ło mi się bawić się w zle­ce­nia nie leżą­ce w moim głów­nym nur­cie. One nie­po­trzeb­nie odcią­ga­ją moją uwa­gę (i zabie­ra­ją mój czas!) od tego, co jest dla mnie naj­waż­niej­sze. Co cie­ka­we: kie­dy aser­tyw­nie odma­wia­łam tych nie­chcia­nych zle­ceń, z cza­sem mia­łam poczu­cie, że tych pożą­da­nych zaczę­ło się poja­wiać wię­cej. Nie spusz­cza­nie z oka kie­run­ku, w jakim pły­nie­my, znacz­nie uła­twia pły­nię­cie.

O tym sku­pie­niu się na jed­nym nur­cie (u mnie: myśle­nie wizu­al­ne) oraz kil­ku fun­da­men­tal­nych dzia­łach (u mnie: szko­le­nia, GF, GR i fil­my) opo­wia­dam tak­że w tym krót­kim wywia­dzie w ramach pro­jek­tu Zmia­na (w) pra­cy:

(a tutaj znaj­dzie­cie też „wpad­ki” z nagry­wa­nia wywia­du, są dopraw­dy wybor­ne, pole­cam ;P)


Praca nr 25

Trener Myślenia Wizualnego

Pierw­szą rolą, w jaką natu­ral­nie weszłam „na swo­im” było oczy­wi­ście tre­ner­stwo. Pra­co­wa­łam jako tre­ner już dwa lata, ukoń­czy­łam szko­łę tre­ne­rów, więc po uświa­do­mie­niu sobie, że będę tre­ne­rem myśle­nia wizu­al­ne­go, przy­stą­pi­łam migu­siem do robo­ty!

Swo­je pierw­sze (trzy­go­dzin­ne) szko­le­nie z myśle­nia wizu­al­ne­go prze­pro­wa­dzi­łam jesz­cze za cza­sów pra­cy w kor­po­ra­cji, a dokład­nie 24 maja 2012 dzię­ki uprzej­mo­ści Gru­py SET i w ramach ini­cja­ty­wy Klub Tre­ne­ra Aka­de­mii SET (zobacz stro­nę spo­tka­nia na Gol­den­Li­ne). Jego orga­ni­za­to­rem była Gosia Ledu­chow­ska. Gosia zresz­tą zresz­tą odgry­wa zna­czą­cą rolę w mojej histo­rii (o tym mogli­ście już prze­czy­tać we wpi­sie na temat seren­dy­pii), bo to dzię­ki Niej (i Jej coachin­gom) poczu­łam w sobie goto­wość do rzu­ce­nia pra­cy.

Tak jak już wspo­mi­na­łam w Pro­jek­cie 30:30, tych lek­cji z każ­dej „odno­gi” mojej dzia­łal­no­ści fre­elan­cer­skiej (1: szko­le­nia, 2: gra­phic faci­li­ta­tion, 3: gra­phic recor­ding, 4: fil­my) jest tak dużo, że one same mogły­by sta­no­wić osob­ny pro­jekt z kilu­dzie­się­cio­ma lek­cja­mi… Dla­te­go z tre­ner­stwa podzie­lę się tyl­ko naj­waż­niej­szy­mi trze­ma: 

Lekcja Czterdziesta Pierwsza – o niszy

przygotowania-do-pierwszego-szkolenia-z-myslenia-wizualnego
Przy­go­to­wa­nia do moje­go pierw­sze­go wol­no­ryn­ko­we­go, otwar­te­go szko­le­nia. Na ścia­nie reszt­ki po domo­wych kalam­bu­rach 🙂

Tre­ne­rem jestem od 2010 (czy­li od momen­tu roz­po­czę­cia pra­cy w Tele­per­for­man­ce) a tre­ne­rem wyspe­cja­li­zo­wa­nym w myśle­niu wizu­al­ne­go od 2012. Moje fun­da­men­ty pra­cy tre­ner­skiej były budo­wa­ne w trwa­ją­cej 8 mie­się­cy Euro­pej­skiej Szko­le Tre­ne­rów Gru­py SET (paź­dzier­nik 2010 – maj 2011), dzię­ki cze­mu wyro­bi­łam w sobie prze­świad­cze­nie, że muszę się w czymś wyspe­cja­li­zo­wać. Od same­go począt­ku nie chcia­łam być tre­ne­rem od wszyst­kie­go, czy­li od nicze­go. Tre­ne­rów na ryn­ku było (i nadal jest!) jak psów – ist­ne zatrzę­sie­nie! Wie­dzia­łam, że żeby stwo­rzyć sobie miej­sce na ryn­ku szko­le­nio­wym, potrze­bu­ję cze­goś swo­je­go. Przy­świe­ca­ła mi idea wyspe­cja­li­zo­wa­nia się… Ba, nie tyl­ko przy­świe­ca­ła – ona mnie wręcz prze­śla­do­wa­ła! W trak­cie szko­ły tre­ne­rów umar­twia­łam się, jakim tre­ne­rem będę, od cze­go… Z cze­go będę szko­lić? Przez kil­ka mie­się­cy nie znaj­do­wa­łam odpo­wie­dzi. Aż do momen­tu, w któ­rym Bar­tek, jeden z uczest­ni­ków tego kur­su, poka­zał mi książ­kę Dana Roama „Nary­suj swo­je myśli”. To było jak obja­wie­nie. Z chwi­lą zoba­cze­nia tej książ­ki wie­dzia­łam, że to jest to! Dla­cze­go?

Ja całe życie myśla­łam ręka­mi. Lepi­łam, szy­łam, dłu­ba­łam, wiel­bi­łam wszel­kie­go rodza­ju handmade’y i DIY, ozda­bia­łam swój pokój (z nasto­let­nich unie­sień: poło­wa poko­ju była w pla­ka­tach Leonar­do di Caprio a dru­ga w Micha­elu Jack­so­nie), sama sobie „zbu­do­wa­łam” gar­de­ro­bę, krót­ko mówiąc – byłam takim kobie­cym Pomy­sło­wym Dobro­mi­rem. Lubi­łam też pisać: pro­wa­dzi­łam przez lata pamięt­ni­ki (zarze­ka­łam się w nich, że kie­dyś napi­szę książ­kę, co nadal pod­trzy­mu­ję!) i pisy­wa­łam z moją przy­ja­ciół­ką Aga­ty listy (a naj­więk­szą fraj­dę dawa­ło mi zdo­bie­nie kopert, o czym może­cie posłu­chać tutaj). Lubi­łam też oczy­wi­ście ryso­wać i kolo­ro­wać. Ryso­wa­nie nie było jakąś moją domi­nu­ją­cą pasją, ono było „jed­ną z wie­lu”, dzia­ło się gdzieś w tzw. mię­dzy­cza­sie, w tle.

moje-rysunkowe-notatki-ze-studiow-700x525
Moje notat­ki ze stu­diów (2010−2011), przed­miot: pomoc psy­cho­lo­gicz­na. 1 stro­na A4 to esen­cja z 50 slaj­dów od wykła­dow­czy­ni. Tutaj znaj­dziesz wię­cej moich nota­tek.

W spo­sób abso­lut­nie natu­ral­ny tak wła­śnie pro­wa­dzi­łam notat­ki na stu­diach (zobacz zani­mo­wa­ną ewo­lu­cję moich nota­tek rysun­ko­wych). Czy robi­łam to w pod­sta­wów­ce, gim­na­zjum i liceum? Co do tego nie mam pew­no­ści (nie mam żad­nych zeszy­tów z tam­tych cza­sów). Dla­te­go odkry­cie, że to całe pro­ste ryso­wa­nie ma nazwę (myśle­nie wizu­al­ne), że ludzie to robią i na tym zara­bia­ją, było osza­ła­mia­ją­ce. Chcia­łam koniecz­nie poka­zać to świa­tu! Dobra, nie świa­tu – bar­dziej Pol­sce, bo kie­dy na począt­ku 2011 wpi­sy­wa­ło się hasło myśle­nie wizu­al­ne w pol­ski Inter­net, moż­na było natra­fić na rap­tem trzy lin­ki. Pamię­tam, że każ­dy z nich był wpi­sem na ogól­nych blo­gach osób, któ­re pisy­wa­ły o rze­czach róż­nych, co ozna­cza­ło, że nie było w Pol­sce osób zaj­mu­ją­cych się tym pro­fe­sjo­nal­nie… Żad­na z tych osób nie była kimś w rodza­ju Dana Roama na pol­skim ryn­ku. Ide­al­nie się więc wpa­so­wa­łam ze swo­imi poszu­ki­wa­nia­mi spe­cja­li­za­cji! Nie dość, że zna­la­złam spe­cja­li­za­cję bli­ską moje­mu ser­cu, to jesz­cze była to w tam­tym cza­sie nisza w Pol­sce!

O tym, żeby się wyspe­cja­li­zo­wać pisa­łam już w Lek­cji Czter­dzie­stej. Ale spe­cja­li­za­cja i nisza to nie to samo. Moż­na się prze­cież wyspe­cja­li­zo­wać w czymś, cze­go jest bar­dzo dużo na ryn­ku: w szko­le­niach ze sprze­da­ży (1.430.000 wyni­ków w Google), zarzą­dza­nia (1.020.000 wyni­ków) czy nego­cja­cji (507.000 wyni­ków). Moż­na robić szko­le­nia inte­gra­cyj­ne (737.000 wyni­ków - dla porów­na­nia: na hasło „szko­le­nie z myśle­nia wizu­al­ne­go” dosta­je­my 82.600 wyni­ków). Ale moż­na się też wyspe­cja­li­zo­wać w czymś, co jest niszą. Sły­sze­li­ście o Fel­ga­rzu z Woli? Ja usły­sza­łam o nim dopie­ro nie­daw­no od Micha­ła, moje­go Narze­czo­ne­go, któ­ry jest jego Klien­tem od lat. Pan Józef jest naj­praw­do­po­dob­niej jedy­ną oso­bą w War­sza­wie wyko­nu­ją­cą aktu­al­nie zawód fel­ga­rza. Tele­wi­zja Pla­net­te uzna­ła to za na tyle inte­re­su­ją­ce, że zro­bi­ła o nim film doku­men­tal­ny 🙂

 

 

Bądź jak Pan Fel­garz z Woli – znajdź swo­ją niszę. I – daj Losie! – niech Cię to jesz­cze krę­ci! Bo jak mówi Pan Józef – któ­ry zanim zało­żył zakład był spor­tow­cem zawo­do­wym – lubie­nie swo­jej pra­cy jest waż­ne:

Lecz jako nie­spo­koj­na dusza, mimo usil­nych sta­rań władz spor­to­wych, żebym tre­no­wał, ja się wzią­łem za rze­mio­sło. Zre­zy­gno­wa­łem ze spor­tu. Uzna­łem, że to nie jest moje miej­sce. Wzią­łem się za brud­ną, cięż­ką robo­tę, któ­ra mi w zupeł­no­ści odpo­wia­da. Czym gor­sza, tym lep­sza!

Lekcja Czterdziesta Druga – o docenianiu i wycenianiu siebie

Pamię­tam, jak bar­dzo nie­pew­nie wyce­nia­łam swo­ją pra­cę na począt­ku swo­jej fre­elan­cer­skiej pra­cy. Mia­łam poję­cie o tym, jakie panu­ją na ryn­ku tre­ner­skim staw­ki szko­le­nio­we za godzi­nę, ale oczy­wi­ście w mojej gło­wie dźwię­cza­ły sło­wa nie­pew­no­ści mówią­ce „ja mam pro­sić o tyle kasy? Ale dla­cze­go? Prze­cież jestem jesz­cze nie­do­świad­czo­na, są lep­si, gdzie tam tyle kasy, nie zasłu­gu­ję…”.

klatka-z-filmu-parp-o-segmentach-trenerow
Klat­ka z fil­mu któ­ry zro­bi­li­śmy na rzecz PARP (Pol­ska Agen­cja Roz­wo­ju Przed­się­bior­czo­ści) w listo­pa­dzie 2014 roku (film z pod­su­mo­wa­niem badań ryn­ku tre­ne­rów w Pol­sce; jest to jed­no­cze­śnie nasz naj­dłuż­szy, bo ponad 11-minu­to­wy film!). Widzi­my tu przy­ję­tą przez PARP seg­men­ta­cję tre­ne­rów w zależ­no­ści od staw­ki oraz ilo­ści godzin szko­le­nio­wych w mie­sią­cu. W tej seg­men­ta­cji jestem kru­kiem. I to takim… wypa­sio­nym kru­kiem, może nawet bia­łym 🙂 Moja staw­ka za godzi­nę jest zde­cy­do­wa­nie więk­sza niż 200zł net­to, a i godzin szko­le­nio­wych mam w mie­sią­cu dużo wię­cej niż 32 (ok. 56 – 64 h /​ mies).

Wcze­śniej, kie­dy pra­co­wa­łam całe życie dla kogoś, to nie mia­łam prze­cież zbyt czę­stych oka­zji do roz­ma­wia­nia o pie­nią­dzach i moim wyna­gro­dze­niu. Usta­la­ło się to na począt­ku pra­cy i tyle (roz­mów o pod­wyż­ki naj­czę­ściej nie docze­ki­wa­łam, sko­ro pra­co­wa­łam po 4, 6, 7 czy 10 mie­się­cy w jed­nym miej­scu). A we fre­elan­cer­stwie codzien­nie roz­ma­wiasz o swo­ich staw­kach, nego­cju­jesz, tłu­ma­czysz, ile jest war­ta Two­ja pra­ca i dla­cze­go aż tyle. Na począt­ku czu­łam się bar­dzo nie­pew­nie. Przy­ję­łam jed­nak kon­se­kwent­ną zasa­dę, że z każ­dym zle­ce­niem pod­wyż­szam swo­ją staw­kę, żeby dojść do gór­nej „gra­ni­cy”, któ­rą rynek jest w sta­nie znieść. Pamię­tam, że jakieś począt­ko­we zle­ce­nia wyce­nia­łam na 100 – 150zł za godzi­nę pra­cy net­to. Potem przy­szedł wiel­ki świa­to­wy Klient (z dużym budże­tem!) i potrak­to­wa­łam to jako oka­zję, żeby nauczyć się sie­bie doce­niać i god­nie wyce­niać. Pamię­tam, że krzyk­nę­łam (bez wia­ry w powo­dze­nie tej akcji) 600zł za godzi­nę (przy 2 godzin­nym warsz­ta­cie), licząc na to, że będą nego­cjo­wać, i że final­nie tro­chę zej­dzie­my z tej kwo­ty… Klient powie­dział krót­ko: spo­ko, dobra cena, bie­rze­my. Żad­nych nego­cja­cji! Jakaż byłam zdzi­wio­na! I w dwie godzi­ny zaro­bi­łam 1200zł net­to (na rękę) 🙂 To było wte­dy dla mnie nie­po­ję­te! I jed­no­cze­śnie pozwo­li­ło mi zro­zu­mieć, że:

  1. Nego­cja­cjo­wa­nie swo­ich sta­wek to nic strasz­ne­go (strasz­ny jest np.  kurcz tonicz­ny mię­śni krę­go­słu­pa, nie pole­cam).
  2. Muszę sama sie­bie cenić, żeby i inni mnie doce­nia­li.

Lekcja Czterdziesta Trzecia – o błogości delegowania

W mar­cu 2015 roku dozna­łam wglą­du i doj­rza­łam do stwier­dze­nia, że… mam za dużo pra­cy 🙂 I nie jestem w sta­nie wszyst­kie­go robić sama. Zatrud­ni­łam asy­stent­kę, Mar­tę Sta­roń-Młot, z któ­rą współ­pra­cu­ję do tej pory (w mar­cu 2017 stuk­ną nam 2 lata razem!). Mar­ta była pierw­szą oso­bą, któ­rej obec­ność w moim życiu tak moc­no wpły­nę­ła na odcią­że­nie mnie w spra­wach zawo­do­wych. Kie­dy ją zatrud­nia­łam, byłam bowiem już nie tyl­ko tre­ne­rem (od 2012), ale i gra­phic recor­de­rem (od 2013) i pro­wa­dzi­łam z moim – jesz­cze wte­dy – Face­tem, Micha­łem, stu­dio whi­te­bo­ar­do­we pro­du­ku­ją­ce fil­my rysun­ko­we (od 2014). Nie ogar­nia­łam tej kuwe­ty…

A poku­sa Zosio-samo­sio­wa­nia jest moc­na, szcze­gól­nie u tak sil­nej i samo­dziel­nej kobie­ty jak ja… „Co – ja nie dam rady?! Pora­dzę sobie! Nie potrze­bu­ję pomo­cy!”. Zna­cie to, praw­da? Idę o zakład, że duża część (więk­szość?) mło­dych przed­się­bior­ców przez dłu­gi czas bie­rze wszyst­ko na sie­bie i robi nie­mal wszyst­ko samo­dziel­nie: począw­szy od spraw biu­ro­wych (wysy­ła­nie listów tra­dy­cyj­nych, odpo­wia­da­nie na maili, orga­ni­za­cja swo­ich aktyw­no­ści), sprze­da­żo­wych (two­rze­nie ofert, kon­takt z Klien­tem), księ­go­wo­ści (na to się na szczę­ście nawet nie pory­wa­łam, mam księ­go­wą od same­go począt­ku dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej, czy­li od 14.10.2013), mar­ke­tin­gu (ogar­nia­nie stro­ny inter­ne­to­wej i kana­łów spo­łecz­no­ścio­wych) i wie­lu, wie­lu innych… Przed­się­bior­cze Zosio-samo­sio­wa­nie na star­cie jest zro­zu­mia­łe: prze­cież nie mamy środ­ków na to, żeby pła­cić ludziom wyna­gro­dze­nie na począt­ku roz­wi­ja­nia biz­ne­su. Jed­nak w pew­nym momen­cie war­to odpu­ścić i zdjąć sobie z bar­ków tak dużo, ile tyl­ko moż­na. Nad­mier­na samo­dziel­ność ani nie jest zdro­wa, ani higie­nicz­na, a już w szcze­gól­no­ści: jest po pro­stu bar­dzo samo­lub­na i ego­cen­trycz­na. Daj­my, do cho­le­ry, zaro­bić innym na tym, że się doro­bi­li­śmy 🙂 To cał­kiem nowa jakość, któ­rej się nie ma w pra­cy na etat. Świa­do­mość, że dzię­ki Tobie ktoś może zaro­bić.

projekt3030-praca-25-trener-myslenia-wizualnegoDele­go­wa­nie jest napraw­dę bło­go­sła­wień­stwem. Poma­ga, odcią­ża, daje ulgę, daje ode­tchnąć, utwier­dza, że idzie­my w dobrym kie­run­ku (i to jesz­cze nie w poje­dyn­kę!). To tak­że duża pra­ca na zaufa­niu. Ktoś, kto ma „nie­prze­pra­co­wa­ne” zaufa­nie do ludzi, pew­nie będzie się dele­go­wa­niem zadań nie­zwy­kle utru­dzał… No bo – witaj ponow­nie Zosiu Samo­siu – prze­cież „nikt nie zro­bi tak dobrze jak ja!”… Czy to praw­da? Że nikt nie zro­bi tak dobrze jak Ty? Moż­li­we. Na tym eta­pie mojej dzia­łal­no­ści (zima 2016) tak­że uwa­żam, że nikt z moich wszyst­kich współ­pra­cow­ni­ków tak dobrze nie zapro­jek­tu­je szko­le­nia czy warsz­ta­tu dla Klien­ta. Ale czy nikt tak dobrze jak ja nie odpi­sze na maila? Nikt tak dobrze jak ja nie wyśle listu na poczcie? Nikt tak dobrze jak ja nie zle­ci wydru­ku zeszy­tów ćwi­czeń na szko­le­nie? Albo nikt tak dobrze jak ja nie będzie się komu­ni­ko­wał z Klien­tem? Lito­ści, oczy­wi­ście, że nie.

Wszyst­ko co tyl­ko możesz, dele­guj. Nie jesteś od robie­nia wszyst­kie­go. Nie możesz być. I nie będziesz. A na pew­no nie będziesz na dłu­go – bo pad­niesz na twarz z wycień­cze­nia. Jak i ja nie raz pada­łam (i padam do tej pory pomi­mo – o iro­nio! – kil­ku­na­sto­oso­bo­we­go zespo­łu).


Praca nr 26

Ilustrator

Z chwi­lą odkry­cia, że Myśle­nie wizu­al­ne „jest mi pisa­ne” zało­ży­łam na Face­bo­oku Fan­pa­ge o nazwie (uwa­ga, zaszo­ku­ję Was) Myśle­nie Wizu­al­ne. Do dziś jest to naj­po­pu­lar­niej­szy pol­ski Fan­pa­ge zwią­za­ny stric­te z myśle­niem wizu­al­nym (stan lubi­siów na 10.11.2016: 6285 osób). Począt­ko­wo nie mia­łam na nie­go abso­lut­nie żad­ne­go pomy­słu… Pamię­tam nawet pierw­szy poczy­nio­ny tam post (jest mi go trud­no zna­leźć mając na uwa­dze, że Face­bo­ok zli­kwi­do­wał moż­li­wość prze­szu­ki­wa­nia postów po dacie publi­ka­cji). Szcze­rze mówiąc nijak się on miał do tema­ty­ki fanpage’a… To było zdję­cie piz­zy odgrze­wa­nej w pie­kar­ni­ku bez­po­śred­nio na „krat­ce”, więc śro­dek piz­zy spły­nął na niż­szy poziom w pie­kar­ni­ku… Wyglą­da­ło to tro­chę jak chmu­ra ato­mo­wa… Jak widać – dzia­ła­łam po omac­ku, testo­wa­łam, bawi­łam się 🙂

klaudia-tolman-nie-taki-ilustrator-jak-ja-malujaZ cza­sem wpa­dłam na pomysł, żeby publi­ko­wać na nim dość odje­cha­ne i wca­le nie takie pro­ste kalam­bu­ry. Dziś podob­ny spo­sób myśle­nia i humor moż­na zna­leźć na fanpage’ach: Jaroń­ski czy Pasjo­na­ci Ubo­gie­go Żar­tu, z tą róż­ni­cą, że tam rysun­ki nie są kalam­bu­ra­mi. Mają już roz­wią­za­nia. U mnie ludzie godzi­na­mi komen­to­wa­li rysun­ki zasta­na­wia­jąc się, o co do cho­le­ry cho­dzi z tą Panią wycho­dzą­cą z toa­le­ty, czy jesz­cze z czymś innym. Napraw­dę się wkrę­ca­li w zaba­wę! Moje face­bo­oko­we kalam­bu­ry cie­szy­ły się olbrzy­mią popu­lar­no­ścią. Dzia­ła­ło to tak, że użyt­kow­ni­cy w ramach nagro­dy za zgad­nię­cie dane­go kalam­bu­ra mogli pod­sy­łać tak­że nowe hasło do nary­so­wa­nia prze­ze mnie. Mogli też wysy­łać do publi­ka­cji przez fan­pa­ge swo­je wła­sne zga­dy­wan­ki. Wszyst­kie te kalam­bu­ry są oczy­wi­ście skru­pu­lat­nie zar­chi­wi­zo­wa­ne na Fanpage’u – tutaj znaj­dziesz kalam­bu­ry moje­go autor­stwa (364 rysun­ki), a tutaj kalam­bu­ry pod­sy­ła­ne przez użyt­kow­ni­ków (101 rysun­ków). W sumie jest tego aż 465 rysun­ków! Mie­li­śmy napraw­dę nie­zły ubaw 🙂 Poni­żej wybór kil­ku kalam­bu­rów.

Część kalam­bu­rów znaj­du­je się tak­że na tyłach moich wizy­tó­wek: mam 10 róż­nych wizy­tó­wek z dzie­się­cio­ma róż­ny­mi przo­da­mi i róż­ny­mi tyła­mi, co sta­no­wi świet­ną zaba­wę na szko­le­niach, jak i w każ­dej sytu­acji networ­kin­go­wej. Bawi­my się nie­mal za każ­dym razem 🙂 Cze­go się nauczy­łam na sku­tek „pra­cy” jako „ilu­stra­tor”? (ujmu­ję oba te sło­wa w cudzy­słów, bo zarów­no „pra­co­wa­nie jako ilu­stra­tor” oraz ja w roli „ilu­stra­to­ra”, wyda­ją mi się dość abs­trak­cyj­ny­mi poję­cia­mi).

 

Lekcja Czterdziesta Czwarta – praktyka czyni mistrza

Z rysun­ku na rysu­nek widzę, jak wiel­kie zna­cze­nie ma prak­ty­ko­wa­nie i regu­lar­ne ryso­wa­nie. Trak­tu­ję bowiem rysu­nek jako umie­jęt­ność, jak każ­dą inną: jak mówie­nie w obcym języ­ku, jaz­dę kon­ną, goto­wa­nie, żon­glo­wa­nie, szy­cie czy czy­ta­nie. Mogli­by­śmy w spo­sób bier­ny czy­tać o ryso­wa­niu, cho­dzić na kon­fe­ren­cje na temat ryso­wa­nia, obser­wo­wać innych jak rysu­ją, ale jeśli nie dołą­czy­my to tego prak­ty­ko­wa­nia, to nauka ryso­wa­nia zaj­mie nam kosz­mar­nie dużo cza­su.

Nie zapo­mnę moich pierw­szych ilu­stra­cji wyko­na­nych do (fan­ta­stycz­nej!) książ­ki „Tre­ning Tre­ne­ra” Ada­ma Waler­jań­czy­ka. Dziś, jak na nie patrzę, dopa­da mnie malut­kie zaże­no­wa­nie… Myślę sobie „Serio? I Adam to zatwier­dził? Jemu się to podo­ba­ło…?!”. Bo dziś zro­bi­ła­bym te rysun­ki lepiej.

Potem mia­łam oka­zję robić ilu­stra­cje jesz­cze do kil­ku pozy­cji książ­ko­wych (Kalen­darz moty­wa­cyj­ny Debe­ściak 2016, książ­ka Kalej­do­skop Mocy Mag­da­le­ny Przy­bysz, Kalen­darz moty­wa­cyj­ny Debe­ściak 2017), przez cały 2014 rok wyko­ny­wa­łam ilu­stra­cję pod­su­mo­wu­ją­cą cały numer maga­zy­nu Per­so­nel Plus oraz ilu­stra­cję okład­ko­wą i oczy­wi­ście wyko­na­łam całą masę ilu­stra­cji sta­tycz­nych dla Klien­tów wyko­rzy­sty­wa­ne do celów prze­róż­nych (dużą część z nich znaj­dzie­cie w moim Port­fo­lio). Im dłu­żej to robię, tym bar­dziej jestem z nich zado­wo­lo­na. Mam coraz bar­dziej wyćwi­czo­ną rękę, coraz lep­sze pomy­sły, sło­wem: jestem coraz lep­sza. I od tego nie ma wyjąt­ków. Ćwi­czysz – jest lepiej. Nie ćwi­czysz – jest tak samo jak było, albo nawet gorzej. Żad­na skom­pli­ko­wa­na filo­zo­fia, pro­ste jak siu­sia­nie (choć jak wie­my z histo­rii o Jasiu z lek­cji Osiem­na­stej, siu­sia­nie też może być wyzwa­niem).

Lekcja Czterdziesta Piąta - nie kręci mnie robienie ilustracji

Tak! Brzmi to nie­wia­ry­god­nie, ale powtó­rzę dla pew­no­ści: po kil­ku­dzie­się­ciu wyko­na­nych ilu­stra­cjach na zle­ce­nie stwier­dzam, że mnie to nie krę­ci. Nie lubię tego pro­ce­su dziub­dzia­nia, popra­wia­nia w kół­ko, cią­głych ite­ra­cji tego same­go, no nie lubię. Męczy mnie to! Od zawsze uży­wa­łam rysun­ku żeby szyb­ko i jasno uchwy­cić albo prze­ka­zać myśl. Grze­ba­nie w czymś, co już zro­bi­łam jest dla mnie nie­kom­for­to­we – po co mia­ła­bym to robić? Ileż moż­na? Poza tym mając na uwa­dze mój tryb życia (czę­sto podró­żu­ję po Pol­sce, potra­fię nie być kil­ka dni pod mailem, bo mam serię szko­leń pod rząd) typo­wa pra­ca ilu­stra­tor­sko-gra­ficz­na jest dla mnie kulą u nogi. Dla­te­go też nie komu­ni­ku­ję mar­ke­tin­go­wo tego, że robię ilu­stra­cje, bo nie zale­ży mi już na takich zle­ce­niach. Robię je nie­zwy­kle spo­ra­dycz­nie, np. wte­dy, gdy rysu­nek jest jedy­nie małym ele­men­tem w więk­szym zamó­wie­niu (np. robi­my dla fir­my 4 fil­my rysun­ko­we, a do tego chcą tak­że spój­ny z kre­ską z fil­mu pla­kat czy ulot­kę). Dla­te­go, jeśli chcesz mi zle­cić ilu­stra­cję – naj­praw­do­po­dob­niej Ci odmó­wię ;] Ale – co waż­ne – pole­cę Ci jakie­goś świet­ne­go, pro­fe­sjo­nal­ne­go ilu­stra­to­ra, z któ­rym współ­pra­cu­je­my przy naszych pro­jek­tach. Więc nie zosta­niesz na lodzie, bez obaw 😉

Historia o słuchaniu papieru

Mam też sza­le­nie cie­ka­wą histo­rię zwią­za­ną z komu­ni­ko­wa­niem świa­tu fak­tu robie­nia /​ nie­ro­bie­nia ilu­stra­cji, któ­ra wyda­je mi się war­tym uwa­gi case stu­dy i czę­sto opo­wia­dam o nim na moich szko­le­niach. W listo­pa­dzie 2014 roku mia­łam oka­zję popro­wa­dzić warsz­tat pod zadzior­nym tytu­łem „Nawet nie wiesz, ile jesz­cze o mnie nie wiesz – wzmac­nia­nie rela­cji w gru­pie poprzez impro­wi­za­cję rysun­ko­wą” dla pra­cow­ni­ków Fri­to Lay. Na począt­ku szko­le­nia przed­sta­wi­łam się gru­pie rysu­jąc na bie­żą­co na flip­char­cie esen­cję tego, o czym mówi­łam. Od tam­tej pory prak­tycz­nie na każ­dy szko­le­niu /​ warsz­ta­cie /​ wystą­pie­niu na kon­fe­ren­cji przed­sta­wiam się w ten spo­sób, cza­sem doda­jąc kolor już po nary­so­wa­niu. Jeśli czy­ta­cie na bie­żą­co Lek­cje z kolej­nych prac, moż­li­we, że wyda­je Wam się to zna­jo­me… Przyj­rzyj­cie się. Tak, tak – to jest ten mój „Mani­fest Ryśli­ciel­ki”, o któ­rym już pisa­łam w Lek­cji Czter­dzie­stej. Dla porów­na­nia przy­po­mi­nam jak wyglą­da ta wer­sja dzi­siaj (klik­nij aby zoba­czyć).

Poni­żej może­cie zoba­czyć pierw­szych 7 flip­char­tów z moim przed­sta­wie­niem, wyko­na­nych w trak­cie róż­nych szko­leń na prze­ło­mie listo­pad 2014 – sty­czeń 2015. Fascy­nu­ją­cy wyda­je mi się pro­ces wyraź­nie obser­wo­wal­nej ewo­lu­cji tej plan­szy. Wie­dzia­łam CO chcę prze­ka­zać ludziom, ale nie mia­łam za dobrze zapla­no­wa­nej struk­tu­ry tego rysun­ki, co bar­dzo dobrze widać w ich cha­osie i kiep­skim zapla­no­wa­niu. Przyj­rzyj się szcze­gól­nie gór­nej czę­ści flip­char­tu, tej ponad rysun­ko­wą Klau­dią, gdzie odpo­wia­dam na pyta­nie „co” (czy­li „co robię”). Wymie­niam tam świad­czo­ne prze­ze mnie usłu­gi. Szcze­gól­nie zwróć uwa­gę na to, co się dzie­je na każ­dym flip­char­cie z pozy­cją „ilu­stra­cje”.

 

Czy widzisz z jakim tru­dem i mozo­łem pró­bu­ję każ­do­ra­zo­wo wci­snąć pozy­cję „ilu­stra­cje” na flip­chart? Czy widzisz, jak ona ska­cze? Jak zmie­nia swo­je miej­sce, za każ­dym razem jest wła­ści­wie gdzie indziej, to tu, to tam…? Hula tam jak popcorn po garze! Wyraź­nie widać, że nijak nie idzie mi wci­ska­nie tego na plan­szę. I wiesz, co final­nie zro­bi­łam? Posłu­cha­łam papie­ru. Doszłam do wnio­sku po tych sied­miu pró­bach, że – nosz w mor­dę! – chy­ba papier chce mi coś powie­dzieć…? Papier swo­im utru­dzo­nym ści­śnię­ciem daje mi zna­ki, że mam nie umiesz­czać tych nie­szczę­snych „ilu­stra­cji” w moim Mani­fe­ście, kie­dy opo­wia­dam o swo­ich usłu­gach. Że nie ma tam wystar­cza­ją­cej ilo­ści miej­sca na to! A że mam wiel­ki sza­cu­nek do Insty­tu­cji Papie­ru i wie­rzę w jego mądrość, to zgod­nie z jego pod­po­wie­dzią, prze­sta­łam pisać, że zaj­mu­ję się ilu­stra­cja­mi 🙂

Od poło­wy stycz­nia 2015, kie­dy to popro­wa­dzi­łam z kolei dwa cało­dnio­we szko­le­nia w Pozna­niu (jed­no otwar­te dla wszyst­kich, dru­gie dla nauczy­ciel, widzi­cie je powy­żej) i wypra­co­wa­łam tam final­nie dobrze zapla­no­wa­ną struk­tu­rę flip­char­tu, hasło „ilu­stra­cje” nie wid­nie­je już na moim fli­pie z przed­sta­wie­niem. I nie sądzę, żeby kie­dy­kol­wiek się już poja­wi­ło 🙂


Praca nr 27

Graphic Recorder (skryba wizualny)

Moją dru­gą – po tre­ner­stwie – dzie­dzi­ną, w któ­rej dzia­łam, jest gra­phic recor­ding (w skró­cie GR) – zaj­mu­ję się nim od 2013 roku. Czym jest gra­phic recor­ding?

Tym:

Po co się go wyko­nu­je? Żeby uczest­ni­cy spo­tka­nia (któ­re jest ryso­wa­ne w taki spo­sób) mie­li oka­zję głę­biej prze­two­rzyć naj­waż­niej­sze infor­ma­cje, a w efek­cie wię­cej z nie­go wynieść.

Jak dokład­nie prze­bie­ga GR? Wejdź­cie mini­mal­nie w moje buty i spró­buj­cie zro­zu­mieć pro­ces. Hasła klu­cze to: na żywo /​ szyb­ko /​ esen­cjo­nal­nie /​ na dużym for­ma­cie /​ w spo­sób widocz­ny dla uczest­ni­ków. Opo­wia­dam też o tym w tym wywia­dzie, jakie­go udzie­li­łam w trak­cie kon­fe­ren­cji Power of Con­tent Mar­ke­ting. Poni­żej tak­że kolej­ny poglę­bia­ją­cy fil­mik nasze­go autor­stwa:

Co moż­na ryso­wać w taki spo­sób? Wszel­kie oka­zje, w któ­rych w jed­nym miej­scu są dwa skład­ni­ki naraz: ludzie oraz infor­ma­cje. Czy­li kon­fe­ren­cje bran­żo­we, kon­fe­ren­cje typu TEDx, kon­fe­ren­cje otwar­te, zamknię­te, spo­tka­nia stra­te­gicz­ne, off-cite’y, warsz­ta­ty, burze mózgów, pre­zen­ta­cje pro­duk­to­we, zebra­nia, szko­le­nia, semi­na­ria, wykła­dy itp. Tak jak wspo­mnia­łam: jeśli są tam ludzie i Ci ludzie wymie­nia­ją się jaki­miś infor­ma­cja­mi, jest tam też miej­sce dla gra­phic recor­de­ra.

Lekcja Czterdziesta Szósta – klienci mają świetne pomysły

Dacie wia­rę, że to Klient mnie oświe­cił, że jest coś takie­go, jak gra­phic recor­ding? Któ­re­goś dnia dosta­łam maila z pro­po­zy­cją rysow­nia w cza­sie spo­tka­nia, w trak­cie któ­re­go zapre­zen­tu­ją się spo­łecz­ne star­tu­py (nazy­wa­ło się to: Pierw­sze Labo­ra­to­rium Inno­wa­cji Lider­skich, wię­cej infor­ma­cji o spo­tka­niu tutaj). A ponie­waż mnie nie trze­ba dwa razy zachę­cać do pod­ję­cia jakie­goś nowe­go wyzwa­nia biz­ne­so­we­go (przy­po­mi­nam: otwar­tość na doświad­cze­nie w NEO-FFI na pozio­mie 76%!), z wiel­kim entu­zja­zmem przy­ję­łam pro­po­zy­cję.

Uwa­ga, będzie żenu­ją­co – poka­żę Wam mój pierw­szy gra­phic recor­ding! Taki pierw­szy, pierw­szy! 😀 Histo­ria sto­ją­ca za kuli­sa­mi jego powsta­wa­nia jest urze­ka­ją­ca i sta­no­wi naukę samą w sobie, dla­te­go śpie­szę się już nią podzie­lić. Oto one, jedy­ne w swo­im rodza­ju, dowo­dy na to, że każ­dy kie­dyś zaczy­nał i robił tak jak umiał. Czy­li… no, nie oszu­kuj­my się, śred­nio na jeża, a nawet zwy­czaj­nie ordy­nar­nie – SŁABO.

Wyraź­nie widać na tych plan­szach dokład­nie tego dnia naro­dzo­ną fascy­na­cję nowym pro­duk­tem, z któ­rym zapo­znał mnie mój Klient, a mia­no­wi­cie: farb­ka­mi w sztyf­cie. Do tej pory je uwiel­biam, choć nie uży­wam ich już tak czę­sto jak kie­dyś (dziś wła­ści­wie nie uży­wam ich wca­le). Byłam tak pod­nie­co­na ich kon­sy­sten­cją, kolo­ra­mi i dzia­ła­niem, że w spo­sób mania­kal­ny (co widać na rysun­kach) chcia­łam je wyko­rzy­stać wszę­dzie gdzie popad­nie. Coś napi­sać farb­ka­mi? Pro­szę bar­dzo! Nary­so­wać? Ależ pro­szę! Zro­bić gra­na­to­we tło w paski, któ­re kom­plet­nie odcią­gnie uwa­gę od całej mery­to­ry­ki tych i tak trud­nych do roz­czy­ta­nia zapi­sów wizu­al­nych? No jaha!

Kla­sycz­na sytu­acja dziec­ka, któ­re dosta­ło nową zabaw­kę i chcia­ło się nią nacie­szyć i wyba­wić za te wszyst­kie lata nie posia­da­nia tej zabaw­ki 🙂 Poza wiel­ką rado­ścią i chę­cią eks­plo­ra­cji nowe­go gadże­tu, co mam jesz­cze wspól­ne­go z dziec­kiem? Tem­po nauki. Dzie­ci uczą się prze­cież bły­ska­wicz­nie. Fil­mik, któ­ry umiesz­czo­ny jest na począt­ku tej Pra­cy 27 (czy­li ten) poka­zu­je wyko­ny­wa­nie moje­go zapi­su gra­ficz­ne­go w cza­sie dru­gie­go wyda­rze­nia, na któ­rym ryso­wa­łam, czy­li moż­na by przy­jąć, że to moja dru­gi zapis w życiu. Czy widzisz, o ile lep­szy jest w porów­na­niu z pierw­szym even­tem?

Plansza z mojego drugiego zlecenia graphic recordingowego
Plan­sza z moje­go dru­gie­go zle­ce­nia gra­phic recor­din­go­we­go

I żeby była jasność – temat tej lek­cji brzmi „Klien­ci mają świet­ne pomy­sły”. Napraw­dę tak uwa­żam. Gdy­by nie ten Klient, to być może moja przy­go­da z gra­phic recor­din­giem zaczę­ła­by się o wie­le póź­niej (albo wca­le). Gdy­by nie ich ini­cja­ty­wa, to nie mia­ła­bym oka­zji odkryć, że jest coś takie­go jak farb­ki w sztyf­cie, co jest bar­dzo faj­nym narzę­dziem dla dzie­ci, mło­dzie­ży i doro­słych, jeśli cho­dzi o ryso­wa­nie na dużym for­ma­cie. Wie­lo­krot­nie to wła­śnie moi Klien­ci wpa­da­li na świet­ne pomy­sły i przy­cho­dzi­li do mnie z pyta­niem „da się zro­bić?”.

To z ini­cja­ty­wy i pomy­słu Klien­ta zaczę­łam robić gra­phic recor­ding.

To z ini­cja­ty­wy i pomy­słu Klien­ta zaczę­łam robić fil­my rysun­ko­we (poni­żej nasz pierw­szy film w naszej histo­rii), a tu znaj­dzie­cie dwa pozo­sta­łe dla tego same­go Klien­ta):

 

 

To z ini­cja­ty­wy i pomy­słu Klien­ta kie­dyś wyko­ny­wa­łam GR w trak­cie pierw­szych dnia otwar­cia wysta­wy IDEE w Mły­nie Wie­dzy w Toru­niu, gdzie w życiu bym nie wpa­dła, żeby robić gra­phic recor­ding z ludz­kich inte­rak­cji z obiek­ta­mi w muzeum (zoba­czysz je poni­żej):

To z ini­cja­ty­wy i pomy­słu Klien­ta robi­łam kie­dyś 6 razy gra­phic recor­ding na lek­cji mate­ma­ty­ki oraz 6 razy na lek­cji histo­rii, żeby poka­zać dzie­cia­kom, że mogą sobie tak łatwo robić notat­ki w swo­ich zeszy­tach (może­cie o tym prze­czy­tać tutaj).

To z ini­cja­ty­wy i pomy­słu Klien­ta zro­bi­łam mój pierw­szy GR w Unii Euro­pej­skiej poza Pol­ską (w Amster­da­mie):

graphic-recording-dla-polish-professional-women-in-the-netherlands

To z ini­cja­ty­wy i pomy­słu Klien­ta kie­dyś robi­łam GR smart­pe­nem (to taki spe­cjal­ny dłu­go­pis fir­my Live­scri­be), dzię­ki cze­mu to co ja ryso­wa­łam w note­sie, było widocz­ne w zdi­gi­ta­li­zo­wa­nej for­mie na ekra­nie pro­jek­to­ra z zale­d­wie 1 – 2 sekun­do­wym opóź­nie­niem.

To z ini­cja­ty­wy i pomy­słu Klien­ta byłam kie­dyś jed­ną z „atrak­cji” w trak­cie serii wyda­rzeń zwią­za­nych z pre­mie­rą nowe­go kata­lo­gu IKEA 2016/​2017.

Klien­ci mają świet­ne pomy­sły. A że wie­dzą, że ja nie dość, że też takie mam, to jesz­cze jestem goto­wa do reali­za­cji naj­bar­dziej sza­lo­nych ini­cja­tyw, czy to zwią­za­nych z gra­phic recor­din­giem, czy po pro­stu z sze­ro­ko poję­tym myśle­niem wizu­al­nym, to czę­sto się spo­ty­ka­my na kre­atyw­nej dro­dze nasze­go wspól­ne­go krej­zol­stwa. 

Lekcja Czterdziesta Siódma – o edukowaniu klientów

To, że Klien­ci mają nie­sa­mo­wi­te pomy­sły – to jed­no. Ale to, że trze­ba ich rów­no­le­gle nie­ustan­nie edu­ko­wać i uświa­da­miać na czym pole­ga war­tość gra­phic recor­din­gu – to dru­gie. Gra­phic recor­ding jako usłu­ga wspie­ra­ją­ca zapa­mię­ty­wa­nie nie jest „hitem tego lata” czy wiel­ką nowo­ścią: wzmian­ki o pierw­szym zare­je­stro­wa­nym gra­phic recor­din­gu poja­wi­ły się już w latach 70 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (uświa­da­miam: Power Point ist­nie­je dopie­ro od 1987 roku). Nato­miast w Pol­sce rze­czy­wi­ście jest to nadal dzie­dzi­na dość nowa – a przez to pręż­nie się roz­wi­ja­ją­ca. Na świe­cie osób, któ­re się tym zaj­mu­ją jest bar­dzo dużo – pole­cam obser­wo­wa­nie mię­dzy­na­ro­do­wej gru­py Gra­phic Faci­li­ta­tion liczą­cej dziś (tj. 11.11.2016) pra­wie 9000 człon­ków. Jak jest w Pol­sce? Mi wia­do­mo o kil­ku­na­stu oso­bach, któ­re zaj­mu­ją się tym zawo­do­wo u nas w kra­ju.

Tak już z nowo­ścia­mi bywa, że gdy coś jest nowe i mamy nie­peł­ne infor­ma­cje, łatwo jest to spły­cać i uprasz­czać, two­rząc wokół tego aurę bana­łu. I tak, poprzez 3 let­nią prak­ty­kę skry­by wizu­al­ne­go dopa­trzy­łam się już spo­rej ilo­ści mitów, jakie funk­cjo­nu­ją wokół tej usłu­gi. Jakie to są mity? Roz­pra­wię się na razie z dwo­ma:

Mit 1 – to banalna praca, każdy może ją wykonywać.

W gro­nie naszych pol­skich skry­bów deli­kat­nie mówiąc zawrza­ło, gdy prze­czy­ta­li­śmy arty­kuł w Inn Pol­ska (tutaj całość), z któ­re­go tonu wyni­ka­ło, że jeśli nie umiesz ryso­wać – robie­nie GR‑u to pra­ca ide­al­na dla Cie­bie. Powta­rzam to od zawsze i będę powta­rzać do znu­dze­nia: nie, gra­phic recor­ding to nie jest zaję­cie dla każ­de­go! W Maga­zy­nie Tu i Teraz w ramach cyklu „alfa­bet zawo­dów” może­cie prze­czy­tać z jaki­mi cecha­mi i umie­jęt­no­ścia­mi według mnie wią­że się zawód skry­by wizu­al­ne­go.

Mit 2 – graphic recording to fajna atrakcja na wydarzeniu. I tylko atrakcja.

Do obłę­du dopro­wa­dza nas, gra­phic recor­de­rów, nazy­wa­nie nas: atrak­cją, uroz­ma­ice­niem, cie­ka­wost­ką i inny­mi okre­śle­nia­mi, któ­re wska­zu­ją­cy­mi, że oto chcie­li­śmy, dro­dzy uczest­ni­cy, jakoś Was zaba­wić, więc spro­wa­dzi­li­śmy takie­go tu arty­stę, któ­ry sobie coś tam bazgrze. Owszem, ta usłu­ga na pew­no doda­je pre­sti­żunie­ty­po­wo­ści wyda­rze­niu, ale to nie jest to jedy­na korzyść, jaką zysku­je­my. Ale naj­czę­ściej Klien­ci zaczy­na­ją to rozu­mieć, kie­dy przy­naj­mniej raz rze­czy­wi­ście zatrud­nią gra­phic recor­de­ra i będą mie­li oka­zję obser­wo­wać go przy pra­cy, efek­ty jego pra­cy i zoba­czą, jak reagu­ją na to uczest­ni­cy wyda­rze­nia i jak bar­dzo na tym korzy­sta­ją. Przy­cho­dzą potem nie­co jak psy z pod­ku­lo­ny­mi ogo­na­mi i odda­ją nale­ży­ty sza­cu­nek i pokło­ny, któ­re­go wcze­śniej nie mie­li moż­li­wo­ści z sie­bie wykrze­sać, bo zwy­czaj­nie nie prze­ży­li na wła­snej skó­rze.

Nie zapo­mnę też, jak fatal­nie się poczu­łam, kie­dy kon­fe­ran­sjer zapo­wie­dział mnie mniej wię­cej tymi sło­wy (sło­wa klu­czo­we pod­kre­ślam, gdy­by Wam jakimś cudem umknę­ły):

„A tu po lewej, ta pięk­na kobie­ta to Klau­dia Tol­man, Ryśli­ciel­ka, któ­ra będzie ryso­wa­ła takie pięk­ne rysun­ki z tego, co będzie­my mówić”

(Od tego wyda­rze­nia w moim Nie­zbęd­ni­ku Zama­wia­ją­ce­go GR jest dokład­na instruk­cja jak mam być przed­sta­wio­na).

Z całym sza­cun­kiem, ale nie jestem zatrud­nia­na po to, aby tam pach­nieć, błysz­czeć i być pięk­ną kobie­tą, tyl­ko jestem zatrud­nio­na, żeby być naj­bar­dziej sku­pio­nym i naj­bar­dziej wie­lo­za­da­nio­wym uczest­ni­kiem wyda­rze­nia, słu­chać abso­lut­nie wszyst­kie­go, co mówią pre­le­gen­ci (a nie­jed­no­krot­nie mówią kosz­mar­nie nud­ne albo sztam­po­we rze­czy, któ­rych nie da się wręcz słu­chać i wie­le osób w tym cza­sie wycho­dzi z sali – poza mną…), do tego ana­li­zo­wać, to co mówią, wycią­gać z tego abso­lut­ną esen­cję, ryso­waćpisać na wiel­kiej – cza­sem nie­do­świe­tlo­nej, mimo takie­go wyma­ga­nia – kart­ce papie­ru w spo­sób zro­zu­mia­ły nie tyl­ko dla mnie, ale dla wszyst­kich, któ­rzy będą tę plan­szę oglą­dać. A przy tym sto­ję przez ponad 8 godzin na nogach, bo tyle trwa­ją te wyda­rze­nia, jestem w toa­le­cie może z raz albo dwa przez cały dzień, cza­sa­mi też nie zdą­żę zjeść obia­du (albo – o zgro­zo! – orga­ni­za­tor pomi­mo wyraź­nych próśb i instruk­cji, mi go wca­le nie zapew­nił), więc pra­cu­ję na wyso­kich obro­tach przez cały ten czas uwi­ja­jąc się jak mały kró­li­czek Dura­cel­la, a na koniec wyda­rze­nia, kie­dy kon­fe­ran­sjer albo orga­ni­za­tor skła­da podzię­ko­wa­nia wszyst­kim spon­so­rom, part­ne­rom, part­ne­rom medial­nym, wszyst­kim przy­by­łym uczest­ni­kom, wszyst­kim pre­le­gen­tom, rodzi­nie pre­le­gen­tów za ich szczę­śli­we poczę­cie a tak­że miej­scu (np. hote­lo­wi) za spraw­ne zor­ga­ni­zo­wa­nie prze­strze­ni, to wła­śnie wte­dy, kie­dy w mojej gło­wie trwa samo­chwal­na man­tra ratu­ją­ca mnie przed porzu­ce­niem tego fachu, man­tra powta­rza­ją­ca „Well done, Klau­dia!”, to wła­śnie wte­dy ten kon­fe­ran­sjer po trwa­ją­cych lek­ko licząc sie­dem minut podzię­ko­wa­niach  zapo­mi­na podzię­ko­wać mi, sto­ją­cej naj­bli­żej sce­ny, naj­bar­dziej widocz­nej, naj­bar­dziej sty­ra­nej na tym even­cie oso­bie, któ­ra po powro­cie do domu po prze­kro­cze­niu pro­gu upa­da na twarz z wycień­cze­nia i mogła­by prze­spać 32 godzi­ny pod rząd… Ale oczy­wi­ście tego nie robi, bo pew­nie następ­ne­go dnia robi dokład­nie to samo przez 8 godzin, następ­ne­go dnia to samo, i następ­ne­go dnia to samo… Każ­de­go dnia prze­miesz­cza się też mię­dzy mia­sta­mi tacha­jąc ze sobą 20 kilo­gra­mów maza­ków. I nikt jej w tym cza­sie publicz­nie nie dzię­ku­je… Ale nic to, przy­naj­mniej na począt­ku powie­dział, że jestem pięk­na i będę pięk­nie ryso­wać. Czy­li wła­śnie to, co jest w mojej pra­cy naj­waż­niej­sze… Eh.

A więc nie – GR to nie jest TYLKO atrak­cja. I to nie­za­leż­nie z jakiej per­spek­ty­wy byśmy na to patrzy­li:

  • Z per­spek­ty­wy oso­by go wyko­nu­ją­cej cho­ler­nie cięż­ka fizycz­nie i psy­chicz­nie pra­ca (ze wszyst­kich, któ­re aktu­al­nie wyko­nu­ję abso­lut­nie naj­cięż­sza. Pra­ca na sto­isku z warzy­wa­mi na bazar­ku, w pral­ni, jako sprzą­tacz­ka czy „pucy­aut” to przy gra­phic recor­din­gu pierd­nię­cie).
  • Z per­spek­ty­wy orga­ni­za­to­ra kon­fe­ren­cji jest to bar­dzo sku­tecz­ne wzmoc­nie­nie mar­ke­tin­go­we. Dla­cze­go? Uczest­ni­cy kon­fe­ren­cji, zawsze ocho­czo foto­gra­fu­ją plan­sze, udo­stęp­nia­ją je potem w Inter­ne­cie, tagu­ją się na zdję­ciach, robią zdję­cia frag­men­tu rysun­ku, dys­ku­tu­ją o nim na swo­ich wal­lach). Wie­dza oraz ener­gia ze spo­tka­nia roz­prze­strze­nia się wiru­so­wo po sie­ci. Jak kie­dyś usły­sza­łam od kil­ku uczest­ni­ków kon­fe­ren­cji: taki gra­phic recor­ding doda­je tak­że pre­sti­żu do kon­fe­ren­cji, bo nadal jest to jed­nak usłu­ga luk­su­so­wa.
  • Z per­spek­ty­wy uczest­ni­ków: obec­ność gra­phic recor­de­ra i jego prac poma­ga bar­dziej zaan­ga­żo­wać w temat (dzię­ki temu, że mają go w „nama­cal­nej” for­mie), zbli­żyć uczest­ni­ków do waż­nych wnio­sków (do któ­rych by nie doszli mając tyl­ko łatwo umy­ka­ją­cą treść wer­bal­ną, któ­ra jed­nym uchem wcho­dzi, a dru­gim wycho­dzi). Co wię­cej spo­tka­nie /​ kon­fe­ren­cja zysku­ją na pro­duk­tyw­no­ści – nie jest to kolej­na sesja gada­ją­cych głów, któ­re dys­ku­tu­ją sobie w próż­nię. Tre­ści wizu­al­ne są przez ludzi zapa­mię­ty­wa­ne na dłu­żej – stąd kon­fe­ren­cja i każ­de z wystą­pień będzie żyło w gło­wach odbior­ców nie tyl­ko w dniu kon­fe­ren­cji.

No ale żeby nie było tak śmier­tel­nie poważ­nie, to na koniec pole­cam obej­rzeć dwa wystą­pie­nia mery­to­rycz­ne z lek­ką nut­ką stand-upu.

Pierw­sze z zeszło­rocz­nej kon­fe­ren­cji orga­ni­za­cji Inter­na­tio­nal Forum of Visu­al Prac­ti­tio­ners 2015 ze świet­ną Julie Gie­se­ke, któ­ra w krzy­wym zwier­cia­dle i z dużą daw­ką humo­ru opo­wia­da o pra­cy gra­phic recor­de­ra (ta naj­gło­śniej recho­czą­ca i kudła­ta w kadrze to ja).

I dru­gie – wystą­pie­nie ponow­nie Julie Gie­se­ke ale tym razem w duecie z Emi­ly She­pard, któ­re w cza­sie tego­rocz­nej kon­fe­ren­cji orga­ni­za­cji Inter­na­tio­nal Forum of Visu­al Prac­ti­tio­ners 2016 dały świet­ny występ: „The Ulti­ma­te Report Out: 432 unspo­ken tru­ths abo­ut gra­phic recor­ding”. Te dwa fil­my to kolej­ne mate­ria­ły, któ­re pomo­gą Wam zro­zu­mieć o co cho­dzi, i o co nie cho­dzi w gra­phic recor­din­gu.


Praca nr 28

Graphic Facilitator (graficzny facylitator /​ GF)

Jestem gra­phic recor­de­rem – to już wie­cie. Ale kim jest gra­phic faci­li­ta­tor (GF)? Czy gra­phic faci­li­ta­tion (GF) to cza­sem nie to samo co gra­phic recor­ding (GR)? Otóż nie. Naj­prost­sza róż­ni­ca do wychwy­ce­nia dla osób, dla któ­rych oba poję­cia są dość nowe, jest taka, że:

  1. GR nie mówi /​ GF mówi. Po pierw­sze: gra­phic recor­der się nie odzy­wa. Stoi z boku, nie wcho­dzi w żad­ną inte­rak­cję z pre­le­gen­tem i z uczest­ni­ka­mi (oczy­wi­ście za wyłą­cze­niem przerw, w trak­cie któ­rych na nowo odzy­sku­je głos). Jego rolą jest tyl­ko (i aż) słu­chać, ana­li­zo­wać to, co sły­szy, wycią­gać z tego esen­cjęryso­wać to na oczach uczest­ni­ków wyda­rze­nia. Z kolei facy­li­ta­tor gra­ficz­ny wcho­dzi już w inte­rak­cję z ludź­mi. Odzy­wa się. Gdy­by się nie odzy­wał – nie mogło­by dojść do gra­ficz­nej facy­li­ta­cji.
  2. GR rysu­je jed­ne­go /​ GF rysu­je wie­lu. Po dru­gie: gra­phic recor­der rysu­je tre­ści nada­wa­ne przez jed­ne­go nadaw­cę, czy­li np. jed­ne­go pre­le­gen­ta, któ­ry aktu­al­nie wygła­sza pre­lek­cję czy wystą­pie­nie. Facy­li­ta­tor wizu­al­ny pra­cu­je z gru­pą i wychwy­tu­je infor­ma­cje „nada­wa­ne” przez wie­le osób. Jego pod­sta­wo­wą funk­cją jest wła­śnie te infor­ma­cje z gru­py wydo­być, a po dru­gie zapi­sać je w jed­nym miej­scu na plan­szy, poka­zu­jąc gru­pie pełen obraz tego, co wypra­co­wa­li.

Tu może­cie to samo zoba­czyć na rysun­ku porów­naw­czym:graphic-recording-a-graphic-facilitation-roznice

Idąc dalej: facy­li­ta­cja wizu­al­na – jest zobra­zo­wa­niem gra­ficz­nym tego, co dzie­je się w trak­cie spo­tkań, semi­na­riów, warsz­ta­tów, zgro­ma­dzeń. Facy­li­ta­tor – co sza­le­nie istot­ne –  jest bez­stron­ny. Jego zada­niem jest jedy­nie wspie­rać gru­pę w doj­ściu do celu, odpo­wia­dać za prze­bieg spo­tka­nia i pro­wa­dzić gru­pę we wła­ści­wym kie­run­ku. Czy­li cokol­wiek wypra­cu­je gru­pa – facy­li­ta­tor wizu­al­ny umie­ści to na plan­szy bez oce­nia­nia i nada­wa­nia ran­gi.

Facy­li­ta­tor gra­ficz­ny budu­je poro­zu­mie­nie wokół celu czy tema­tu spo­tka­nia. Obser­wu­je pro­ces oraz to, co dzie­je się z gru­pą. Zapra­sza do inte­rak­cji, wzmac­nia wię­zi i gra­ficz­nie przed­sta­wia wyni­ki. Facy­li­ta­cja wizu­al­na pozwa­la gru­pie rze­czy­wi­ście dojść do celu, zamiast spę­dzić kolej­ne godzi­ny na nie­pro­duk­tyw­nym usta­la­nia cze­goś, co final­nie nie oka­że się usta­lo­ne (a już tym bar­dziej zre­ali­zo­wa­ne po spo­tka­niu).

Cze­go się nauczy­łam przy zle­ce­niach facy­li­ta­tor­skich i zle­ce­niach wyko­rzy­stu­ją­cych ele­men­ty gra­ficz­nej facy­li­ta­cji?

Lekcja Czterdziesta Ósma – Wspólne + Olbrzymie + Wyrysowanie = WOW!

Ludzie docho­dzą do nie­praw­do­po­dob­nych wnio­sków dzię­ki gru­po­wej wiel­ko­for­ma­to­wej wizu­ali­za­cji. Mam na kon­cie kil­ka takich zle­ceń, gdzie czę­ścio­wo gru­py facy­li­to­wa­łam, a czę­ścio­wo odda­wa­łam im pałecz­kę i samo­dziel­nie ryso­wa­li róż­ne tre­ści. Obser­wo­wa­nie tego, z jaką łatwo­ścią ludzie docho­dzą do głę­bo­kich prze­cież wnio­sków, do jakich wcze­śniej zda­wa­li się nie docho­dzić, jest nie­sa­mo­wi­te. Podam kil­ka przy­kła­dów.

Facylitacja pierwsza – Karpacz

Pierw­sze zle­ce­nie z ele­men­ta­mi facy­li­ta­cji gra­ficz­nej to było zle­ce­nie na rzecz fir­my pro­du­ku­ją­cej opa­ko­wa­nie szkla­ne (opi­sa­łam to kie­dyś na moim blo­gu w for­mie dwu­czę­ścio­wej opo­wie­ści z komen­ta­rzem To jest zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej absur­dal­na i abs­trak­cyj­na wypra­wa tre­ner­ska, jaką dotych­czas powzię­łam!. Część pierw­sza tutaj). Klient zgło­sił się z nastę­pu­ją­cą potrze­bą szko­le­nio­wą: ich mana­ge­ment (uczest­ni­cy szko­le­nia), w dużej mie­rze pra­cu­ją­cy już w fir­mie po 10, 15 czy nawet wię­cej lat, zwykł wpa­dać w swe­go rodza­ju podziw i samo­za­chwyt w sty­lu:

„Jak to my już dużo o tej fir­mie wie­my, jeste­śmy koza­ka­mi, co to my nie wie­my, wszyst­ko rozu­mie­my, nie trze­ba nas szko­lić, wszy­scy mogli­by­śmy być pre­ze­sa­mi tej fir­my, bo my tak już wszyst­ko wie­my i jeste­śmy naj­lep­si”.

- Nie, to my, dział X jeste­śmy naj­lep­si!

- Nie­eee, my, dział Y!

- Nie, my, my jeste­śmy naj­waż­niej­si, bez dzia­łu Z, byli­by­śmy nikim!

- My, my… A wła­ści­wie – ja, ja! Moja racja jest naj­moj­sza! Moja racja jest moj­sza niż twoj­sza!”

Klient chciał nie­co tę posta­wę ukró­cić i stwo­rzyć mana­ge­rom oka­zję do reflek­sji, czy rze­czy­wi­ście tak jest, jak myślą… Chciał, aby zro­zu­mie­li, że każ­dy z nich jest czę­ścią więk­szej cało­ści, i że nie ma waż­niej­sze­go albo mniej waż­ne­go dzia­łu. Wszyst­kie są istot­ne, ale wszyst­kie muszą ze sobą współ­pra­co­wać.

flip-otwierajacy-karpaczCo zro­bi­li­śmy zatem na szko­le­niu mając tak posta­wio­ny cel szko­le­nio­wy? Banal­ną rzecz. W pod­grup­kach 4 – 5‑osobowych mana­ge­ro­wie mie­li do nary­so­wa­nia całą ich fir­mę. Wszyst­kie połą­cze­nia, zależ­no­ści, dzia­ły, dro­gę Klien­ta. Nie cho­dzi­ło jed­nak o nary­so­wa­nie struk­tu­ry fir­my (tu zarząd, tam dyrek­to­rzy, tu kie­row­nic­two) – nie! Cho­dzi­ło o roz­ry­so­wa­nie tego, jak funk­cjo­nu­je fir­ma, z cze­go się skła­da. W efek­cie dosta­li­śmy kil­ka rysun­ków tej samej fir­my, któ­re – chy­ba nie będzie nie­spo­dzia­nek? – róż­ni­ły się mię­dzy sobą mery­to­rycz­nie. I zda­rza­ły się takie kwiat­ki, że jakaś gru­pa zapo­mnia­ła nary­so­wać dział księ­go­wo­ści, jakaś zapo­mnia­ła o dzia­le rekla­ma­cji itd. Sło­wem: w bar­dzo nama­cal­ny spo­sób dostrze­gli, że są w sta­nie zapo­mnieć o naj­prost­szych rze­czach. A sko­ro tak: potrze­bu­ją sie­bie nawza­jem: bo jak ja zapo­mnę, to może ktoś inny będzie pamię­tał. Bo jeste­śmy cało­ścią, potrze­bu­je­my wszyst­kich małych kawał­ków, żeby fir­ma dzia­ła­ła.

Facylitacja druga – Off-site w Google Wrocław

drawing-tips-for-googleDru­gim zle­ce­niem z ele­men­ta­mi gra­ficz­nej facy­li­ta­cji było szko­le­nie dla kadry mana­ger­skiej Google Poland z Euro­py Cen­tral­nej i Wschod­niej (tutaj tak­że inny wpis o serii moich szko­leń dla wro­cław­skie­go Google). Gru­pa 18 osób spo­ty­ka­ła się we Wro­cła­wiu i w trak­cie spo­tka­nia typu off-site, chcie­li wypra­co­wać „co to zna­czy zespół, być w jed­nej drużynie/​teamie (…). Chcia­łam – napi­sa­ła do mnie Klient­ka – żeby nama­lo­wa­li zespół, albo biu­ro, co to dla nich zna­czy. Mógł­by to być dobry start pew­nej dys­ku­sji. Po tele­fo­nicz­nej kon­sul­ta­cji, kie­dy zro­zu­mia­łam, jaka jest inten­cja zwo­ła­nia całe­go off-site’u, zapro­po­no­wa­łam moje aktyw­no­ści na ok. 2 godzi­ny (potem gru­pa pra­co­wa­ła już pod okien kogoś inne­go).

To co zro­bi­li­śmy, to było indy­wi­du­al­ne nary­so­wa­nie serii rysun­ków na zada­ne pyta­nia. Naj­pierw każ­da oso­ba ryso­wa­ła co to dla nich zna­czy być „mana­ge­rem”, a potem na osob­nej kart­ce, co to dla nich zna­czy “zespół”. Każ­da oso­ba poka­za­ła swój rysu­nek i patrzy­li­śmy sobie na nie z otwar­to­ścią, bez oce­nia­nia „ład­no­ści” rysun­ku (zawsze bar­dzo to pod­kre­ślam na warsz­ta­tach), ale raczej przy­glą­da­jąc się róż­no­rod­nym wizu­al­nym uję­ciom tego same­go poję­cia. Mogło­by się wyda­wać, że niby może­my mieć podob­ne sko­ja­rze­nia na takie „sztam­po­we” hasła jak mana­ger czy zespół, ale prak­ty­ka poka­za­ła, że wca­le tak nie jest. To rze­czy­wi­ście dało bar­dzo cie­ka­we pod­sta­wy do dal­szej pra­cy.

Po run­dzie ryso­wa­nia mana­ge­ra i zespo­łu, każ­dy z uczest­ni­ków ryso­wał swój pomysł na to, jak widzi wro­cław­ski oddział Google’a za 3 lata. Znów dzie­li­li­śmy się rysun­ka­mi i tym jakie pomy­sły krą­żą wśród mana­ge­men­tu na naj­bliż­sze 3 lata (co sta­no­wi­ło pod­sta­wę do dal­sze­go pla­no­wa­nia kil­ku­let­niej stra­te­gii oddzia­łu). Gło­sy pada­ją­ce z sali komu­ni­ko­wa­ły mię­dzy inny­mi, że:

  • to bar­dzo cie­ka­we ćwi­cze­nie, takie „zwy­kłe ryso­wa­nie”!
  • To zaska­ku­ją­ce, jak wie­le moż­na zoba­czyć i wycią­gnąć z rysun­ków dzię­ki przyj­rze­niu się im z otwar­ty­mi gło­wa­mi!
  • To jesz­cze bar­dziej zaska­ku­ją­ce, jak róż­ne pomy­sły mamy, jak róż­nie postrze­ga­my tę samą, wyda­wać by się mogło, rze­czy­wi­stość.

Facylitacja trzecia – off-site sklepu

2014-06-25-wesoly-autokar

Mia­łam tak­że oka­zję towa­rzy­szyć gru­pie 26 osób w trak­cie szko­le­nia, gdzie pod­sta­wo­wym celem było wypra­co­wa­nie wspól­ne­go podej­ścia „Klient jest nume­rem 1 w skle­pie” (bran­ża wypo­sa­że­nia wnętrz). Kie­row­ni­cy oczy­wi­ście nie pierw­szy raz o tym roz­ma­wia­li, nato­miast tym razem Klien­to­wi zale­ża­ło na uwol­nie­niu nowej ener­gii, takiej nie­co bar­dziej emo­cjo­nal­nej (stąd roz­po­czę­cie szko­le­nia już w auto­ka­rze, któ­rym trans­por­to­wa­li­śmy się na miej­sce szko­le­nia, inten­syw­na ryso­wa­na for­ma szko­le­nia oraz wcho­dze­nie w rolę tajem­ni­cze­go Klien­ta w cen­trum han­dlo­wym).

Cho­dzi­ło – patrząc jesz­cze sze­rzej – o zmia­nę postaw i myśle­nia oraz o to, żeby kie­row­ni­cy zaszcze­pi­li te posta­wy jesz­cze bar­dziej u swo­ich ludzi. Szko­le­nie było cało­dnio­we i bar­dzo inten­syw­ne, więc nie będę go całe­go oma­wiać, ale wspo­mnę tyl­ko o kil­ku rze­czach. W kil­ku­oso­bo­wych grup­kach uczest­ni­cy ryso­wa­li pro­ces zaku­po­wy w ich skle­pie z moż­li­wie naj­sze­rzej oglą­da­nym pro­ce­sem zaku­po­wym „from Home to Home”. Waż­ne było to, żeby uwzględ­nić wszyst­kie per­spek­ty­wy (Klien­ta, skle­pu, mana­ge­ra skle­pu, mana­ge­rów linio­wych kon­kret­nych dzia­łów itd.). I tu znów, podob­nie jak przy pierw­szej oma­wia­nej facy­li­ta­cji (w Kar­pa­czu), zaob­ser­wo­wa­li­śmy wie­le cie­ka­wych rze­czy.

Po pierw­sze: mie­li­śmy nary­so­wa­nych 5 dość róż­nych pro­ce­sów. Nie były iden­tycz­ne: były podob­ne – ale zda­rza­ły się np. takie kwiat­ki jak to, że jed­na czy dwie gru­py zapo­mnia­ły umie­ścić w pro­ce­sie kar­tę lojal­no­ścio­wą skle­pu (któ­ra jest dla fir­my bar­dzo istot­nym ele­men­tem, o któ­rym nie wol­no zapo­mi­nać!).

Po dru­gie: gru­pa chwi­lę przed tym ćwi­cze­niem sama wcie­li­ła się w rolę Klien­tów, dla­te­go byli w sta­nie bar­dzo empi­rycz­nie wejść w buty Klien­ta i popa­trzeć na pro­ces zaku­po­wy wła­śnie z ich per­spek­ty­wy. Było to o tyle cen­ne, że czę­ściej jed­nak są w swo­ich fir­mo­wych rolach peł­nych kor­po­ra­cyj­nych połą­czeń i zależ­no­ści i „gubią” w tym wszyst­kim Klien­ta. A jak wie­my – to wła­śnie o nie­go cho­dzi (patrz: cel szko­le­nia)!

projekt3030-praca-28-graphic-facilitationPo trze­cie: na samym koń­cu gru­pa mapo­wa­ła tak­że już jeden final­ny, zawie­ra­ją­cy wszyst­kie nie­zbęd­ne ele­men­ty pro­ces zaku­po­wy. Potem patrzy­li na nie­go i ryso­wa­li dokład­nie potrze­by Klien­ta (Cze­go potrze­bu­ję przy kasie? Cze­go w dzia­le obsłu­gi Klien­ta? Cze­go przy punk­cie z infor­ma­cją? itd.), potem ryso­wa­li jak oni (jako pra­cow­ni­cy tej for­my) te potrze­by zaspo­ka­ja­ją. Kie­dy przy­szło im zma­po­wać zaspo­ka­ja­nie tych potrzeb na kole wpły­wów (wpływ bez­po­śred­ni, pośred­ni, brak wpły­wu) zoba­czy­li, że w zasa­dzie wszyst­kie post-ity znaj­du­ją się w kołach wpły­wu pośred­nie­go i bez­po­śred­nie­go. Jak się więc oka­za­ło na znów bar­dzo nama­cal­nym bo widocz­nym okiem przy­kła­dzie: kie­row­ni­cy (oraz pra­cow­ni­cy) mają olbrzy­mi wpływ na moż­li­wość zaspo­ka­ja­nia potrzeb Klien­ta, nie­za­leż­nie od tego, co to za potrze­by i gdzie – czy­li na jakim eta­pie pro­ce­su zaku­po­we­go – są zaspo­ka­ja­ne.

Cele szko­le­nia zosta­ły zatem znów zre­ali­zo­wa­ne. Gru­pa samo­dziel­nie nary­so­wa­ła i wypra­co­wa­ła wnio­ski, do jakich ja ich deli­kat­nie dopro­wa­dzi­łam, bez narzu­ca­nia, bez oce­nia­nia, tak jak to robi facy­li­ta­tor. I o to cho­dzi­ło 🙂


Praca nr 29

Aktorka Rysującej Ręki w ExplainVisually.co

Opo­wie­dzieć Wam bajecz­kę? Posi­lę się naszy­mi mate­ria­ła­mi mar­ke­tin­go­wy­mi i zacy­tu­ję je po pro­stu 🙂

Bajka o powstaniu ExplainVisually.co

Był cie­pły majo­wy dzień 2014 roku, gdy Klau­dia ode­bra­ła tele­fon. Nie wie­dzia­ła jesz­cze, że to, co usły­szy w słu­chaw­ce, odmie­ni jej życie zawo­do­we. 

Klau­dia już od paru lat pro­wa­dzi­ła szko­le­nia z Myśle­nia Wizu­al­ne­go, zaj­mo­wa­ła się rów­nież wiel­ko­for­ma­to­wym zapi­sem gra­ficz­nym (Gra­phic Recor­ding) oraz facy­li­ta­cją gra­ficz­ną (Gra­phic Faci­li­ta­iton).

Michał, jej – już teraz Narze­czo­ny, wte­dy jesz­cze po pro­stu – Facet, odkąd kil­ka lat wcze­śniej opu­ścił etat, zaj­mo­wał się budo­wą stron inter­ne­to­wych, lan­ding page’y oraz mar­ke­tin­giem w Inter­ne­cie. Jak to już bywa w związ­kach, kie­dy trze­ba było, poma­ga­li sobie nawza­jem w swo­ich skraj­nie róż­nych biz­ne­sach. Teraz mie­li spró­bo­wać cze­goś nowe­go.

Gdy Klau­dia pod­nio­sła słu­chaw­kę, usły­sza­ła głos Wio­li.

- Nasz Klient, Carls­berg, potrze­bu­je kil­ku fil­mów rysun­ko­wych. Taki jak ten, co wysła­łam Ci na maila. Co Ty na to?

- Nigdy cze­goś takie­go nie robi­łam, ale damy radę!

Po odło­że­niu słu­chaw­ki jej eks­cy­ta­cja mie­sza­ła się z oba­wą. Opo­wie­dzia­ła szyb­ko o całej spra­wie Micha­ło­wi. Michał, tak się zło­ży­ło, kil­ka tygo­dni wcze­śniej nauczył się krę­cić i mon­to­wać fil­my (krę­co­ne na dwie kame­ry) z tzw. gada­ją­cą gło­wą dla jed­ne­go ze swo­ich klien­tów. Klau­dia potra­fi­ła ryso­wać, więc cała sztu­ka pole­ga­ła teraz na tym, aby połą­czyć te ich dwie umie­jęt­no­ści i wspól­nie zro­bić film rysun­ko­wy.

Po oko­ło mie­sią­cu od tego zna­mien­ne­go tele­fo­nu pierw­sze pro­duk­cje ujrza­ły świa­tło dzien­ne. Bar­dzo się spodo­ba­ły. Całe szczę­ście, bo Carls­berg zamó­wił aż 3 fil­my na raz!

- Sko­ro zgła­sza­ją się duzi klien­ci, a nikt inny tego w Pol­sce jesz­cze tego nie robi, to cze­mu by nie być pierw­szym? – pomy­śle­li.

Tak naro­dzi­ło się pierw­sze dziec­ko – ExplainVisually.co. Pierw­sza w kra­ju fir­ma sku­pio­na na pro­duk­cji fil­mów typu whi­te­bo­ard ani­ma­tion (zna­nych rów­nież jako video scri­be). A sko­ro mie­li już wypo­ży­czo­ny sprzęt oświe­tle­nio­wy, to w środ­ku nocy, po zakoń­cze­niu nagrań wszyst­kich 3 fil­mów dla Carls­ber­ga, nagra­li swój wła­sny film auto­po­mo­cyj­ny i udo­stęp­ni­li go za pośred­nic­twem social media.

Wraz z upły­wem mie­się­cy zle­ceń przy­by­wa­ło, a godzin miesz­czą­cych się w dobie nie­ste­ty nie. Dla­te­go do fir­my zaczę­ły dołą­czać kolej­ne oso­by – pra­cow­ni­cy ope­ra­cyj­ni, sce­na­rzy­ści, mon­ta­ży­ści, sto­ry­bo­ar­dzi­ści i rysow­ni­cy. Dziś choć Expla­inVi­su­al­ly wciąż nie jest wiel­ką orga­ni­za­cją z wiel­kim biu­rem w cen­trum War­sza­wy, sekre­tar­ka­mi, bry­ga­dą akan­tów i dzia­łem win­dy­ka­cji, każ­de­go mie­sią­ca wypusz­cza kil­ka nowych pro­duk­cji. I tak dziś – 16 listo­pa­da 2016 – po 2,5 roku dzia­łal­no­ści mamy w swo­im port­fo­lio 93 fil­my wyko­na­ne dla 46 Klien­tów, co nam daje pro­duk­cje ponad 3 fil­mów w mie­sią­cu!

Koniec

Jaki morał pły­nie z tej baj­ki? Bar­dzo pro­sty.

Lekcja Czterdziesta Dziewiąta – chwytaj byka za rogi!

Zanim ode­bra­łam tele­fon w maju 2014, wie­dzia­łam, że na świe­cie są fir­my robią­ce takie rze­czy. Moim nie­do­ści­gnio­nym wzo­rem i obiek­tem wes­tchnięć nie­speł­nio­ne­go Ryśli­cie­la były (i nadal są!) fil­my z serii RSA Ani­ma­te. Ale ani nie mia­łam spe­cjal­nie poję­cia jak to robią, ile to kosz­tu­je, ile cza­su zaj­mu­je taka pro­duk­cja, jak się tego nauczyć, jak oświe­tlać te fil­my itd. Nie wie­dzia­łam nic, wzdy­cha­łam sobie tyl­ko i myśla­łam, że kie­dyś też tak będę. Nie wie­dzia­łam kie­dy to się sta­nie, ale wie­dzia­łam, że kie­dyś się to wyda­rzy na pew­no.

No i któ­re­goś dnia przy­szło zle­ce­nie… Jakie mia­łam opcje wte­dy?

Opcja A: powie­dzieć Wio­li:

Wiesz co, nigdy tego nie robi­łam, nie podej­mę się, nie wiem jak to zro­bić, więc poszu­kaj­cie kogoś inne­go…

Opcja B: powie­dzieć Wio­li to, co jej powie­dzia­łam, czy­li – przy­po­mi­nam:

Nigdy cze­goś takie­go nie robiłam, ale damy radę!

No bo ileż mie­się­cy czy lat mia­ła­bym cze­kać na dzień ide­al­ny, żeby zacząć to robić? Kie­dy niby mia­ła­bym być goto­wa? Jak wyko­nam 10 takich fil­mów? Ale jak wyko­nać ten pierw­szy, sko­ro była­bym goto­wa do jego zro­bie­nia dopie­ro po 10 fil­mach…? Pew­nie nigdy…!

I teraz uwa­ga, mało osób o tym wie (poza oso­ba­mi zaan­ga­żo­wa­ny­mi, mną, Micha­łem i może moimi daw­ny­mi współ­lo­ka­tor­ka­mi). Zanim wyko­na­li­śmy nasze pierw­sze fil­my dla Carls­ber­ga, mia­łam jed­no­ra­zo­wą „chał­tur­kę” i zosta­łam zatrud­nio­na jako rysow­nik przy pro­duk­cji fil­mu wyko­na­ne­go podob­ną tech­ni­ką na zle­ce­nie fir­my ofe­ru­ją­cej roz­wią­za­nia dla bran­ży nie­ru­cho­mo­ści. To było hard­ko­ro­we zle­ce­nie. Poza tym, że zakoń­czy­ło się afe­rą i część eki­py fil­mo­wej nie dosta­ła wyna­gro­dze­nia za swo­ją pra­cę (ja wal­czy­łam jak lwi­ca i dosta­łam swo­je hono­ra­rium), to jesz­cze krę­ci­łam 3 fil­my jed­ne­go dnia… Wie­cie ile teraz u nas w Eks­plej­nie śred­nio trwa plan fil­mo­wy jed­ne­go fil­mu? Jeden film krę­ci­my w 1 dzień albo nawet 2 dni… A tam krę­ci­łam 6 fil­mów jed­ne­go dnia…!! Jesz­cze ze sto­ją­cą mi nad gło­wą eki­pą fil­mo­wą, czy­li kom­plet­nie obcy­mi mi ludź­mi, poga­nia­ją­cy­mi, przy­po­mi­na­ją­cy­mi, że szyb­ko, że mamy jesz­cze tyl­ko 3 godzi­ny… KOSZMAR!

Żeby­ście mie­li oka­zję sub­tel­nie obsmar­kać się ze śmie­chu, poka­żę Wam kil­ka kla­tek z tych nie­zwy­kłych pro­duk­cji (nigdzie nie moż­na ich zoba­czyć, bo Klient ich final­nie nigdzie nie wyko­rzy­stał – zresz­tą nie dzi­wię się, dziś jak na nie patrzę, to nie wiem, czy powin­nam śmiać się czy pła­kać ;P).

Wra­ca­jąc do mora­łu i do lek­cji. Chwyć byka za rogi, do cho­le­ry! Nie cze­kaj na TEN DZIEŃ. Namno­żę jesz­cze kil­ka­na­ście sfor­mu­ło­wań ze stro­ny synonim.net zaczy­na­jąc od naj­moc­niej­szych, żeby­ście na pew­no zro­zu­mie­li. Co to zna­czy, że masz chwy­cić byka za rogi? To zna­czy, że masz: sta­nąć na gło­wie, sta­nąć na rzę­sach, sta­nąć na uszach, spiąć się, sprę­żyć się, dać z sie­bie wszyst­ko, zebrać siły, zmo­bi­li­zo­wać się, doło­żyć sta­rań, posta­rać się, przy­ło­żyć się, wziąć się do dzie­ła, zebrać się w sobie, czy też, jak lubię mówić: spiąć pośla­dy – opcjo­nal­nie po pro­stu spiąć dupa­la - i zacząć coś robić.

Podej­muj się wiel­kich pla­nów i przed­się­wzięć, nawet jeśli nie masz poję­cia jak się za to zabrać. Bo jak się zabie­rzesz: zaczniesz powo­li mieć poję­cie 🙂 A potem powta­rzaj i powta­rzaj, i tak na przy­kład jakieś 90 razy… Za każ­dym razem będziesz mądrzej­szy. A wiesz, jak przy­jem­nie będzie po latach popu­ścić w bry­cze­sy ze śmie­chu dzię­ki porów­ny­wa­niu pierw­szej klat­ki kie­dy­kol­wiek wyko­na­ne­go fil­mu z ostat­nią wyko­na­ną klat­ką? No tyl­ko spójrz:

Pierw­sza klat­ka ever, jesz­cze przed ist­nie­niem ExplainVisually.co (chał­tu­ra – sty­czeń 2014):

klatka-z-pierwszej-filmowej-chaltury

Jed­na z ostat­nich (sier­pień 2016, film dla LGD Zie­mia Biel­ska, w cało­ści do obej­rze­nia tutaj):

klatka-z-filmu-dla-lgd-ziemia-bielska

Kur­ty­na. Okla­ski.


Praca nr 30

Dyrektor Kreatywny ExplainVisually.co

Jak już wia­do­mo z poprzed­niej pra­cy, jestem Aktor­ką Rysu­ją­cej RękiExplainVisually.co, czy­li w bran­dzie współ­two­rzo­nym prze­ze mnie i moje­go Narze­czo­ne­go, Micha­ła Tro­chim­czy­ka. Jestem, choć teraz już raczej bywam – moja rola w naszej fir­mie się ostat­nio zaczę­ła moc­no zmie­niać i ryso­wa­nie fil­mów jest jed­ną z ostat­nich rze­czy, jakie teraz robię w Eks­plej­nie. Dla­cze­go? Pra­cy przy fil­mach mamy teraz zastra­sza­ją­co dużo. Moż­na to bar­dzo łatwo zoba­czyć na danych, czy­li po śred­niej ilo­ści fil­mów krę­co­nych w mie­sią­cu na prze­strze­ni lat naszej dzia­łal­no­ści:

  • 2014 – 1,86 fil­mów /​ mie­siąc
  • 2015 – 3,75 fil­mów /​ mie­siąc
  • 2016 – 8,00 fil­mów /​ mie­siąc (stan na 17.11.2016)

Krót­ko mówiąc teraz w mie­sią­cu krę­ci­my pra­wie 4 razy tyle fil­mów, ile na począt­ku naszej dzia­łal­no­ści, a w trak­cie 5‑minutowego spa­ce­ru po jakim­kol­wiek mie­ście mija­my na dowol­nej uli­cy w cen­trum mia­sta przy­naj­mniej ze dwóch naszych Klien­tów („mija­my”, czy­li widzi­my ich pla­ców­kę /​ oddział /​ sklep /​ pro­dukt /​ rekla­mę itp.). Zro­bi­li­śmy już 97 fil­mów dla 46 Klien­tów, jest tego tro­chę…! Nie ma w Pol­sce dru­giej fir­my z tak obszer­nym port­fo­lio zre­ali­zo­wa­nych rysun­ko­wych fil­mów whi­te­bo­ar­do­wych (i to jesz­cze w nie­ca­łe 2,5 roku).

Role w firmie

klaudia-tolman-w-explainvisuallyW 2014 i 2015 roku dotych­cza­so­wy podział ról był pro­sty: ja byłam tą kre­atyw­ną czę­ścią nasze­go teamu, i moją rolą była przez dłu­gi czas ta twór­cza, kon­cep­cyj­ne część:

  1. napi­sać sce­na­riusz na pod­sta­wie mate­ria­łów od Klien­ta (copyw­ri­ting),
  2. wyko­nać sto­ry­bo­ard (sto­ry­bo­ar­ding),
  3. zgro­ma­dzić i /​ lub wyko­nać rekwi­zy­ty (rekwi­zy­ting) i nagrać film.

michal-trochimczyk-w-explainvisuallyRolą Micha­ła, któ­ry lubi sie­bie nazy­wać Panem Tech­nicz­nym, były wszyst­kie pozo­sta­łe rze­czy, takie twar­de, tech­nicz­ne i ana­li­tycz­ne:

  1. ofer­to­wa­nie i kon­takt z Klien­tem, w tym nego­cja­cje cen,
  2. umo­wy z Klien­ta­mi (pośred­ni­cze­nie mię­dzy naszym praw­ni­kiem a dzia­łem praw­nym Klien­tów),
  3. mon­taż fil­mu i wszyst­kie spra­wy tech­nicz­ne (sprzęt).

Na prze­ło­mie 2015/​2016 roku nasze 2 głów­ne pary rąk już nie wystar­cza­ły i musie­li­śmy zna­czą­co powięk­szy nasz zespół. Dobrze pamię­tam dzień, w któ­rym dobit­nie uświa­do­mi­li­śmy sobie, że ExplainVisually.co to już nie tyl­ko Klau­dia i Michał… W listo­pa­dzie 2015, czy­li w okre­sie przed­świą­tecz­nym Michał zapy­tał tęsk­ny­mi sło­wa­mi „Kie­dy zro­bi­my wresz­cie naszą impre­zę fir­mo­wą?”. Kie­dy zro­bi­li­śmy listę współ­pra­cow­ni­ków, któ­rych nale­ża­ło­by na tą impre­zę zapro­sić, bo bez nich Eks­plejn nie ist­nie­je, doli­czy­li­śmy się 11 osób…! My, naszych dwóch mar­ke­tin­gow­ców, moja asy­stent­ka, copyw­ri­ter­ka (sce­na­riu­sze), sto­ry­bo­ar­dzist­ka, dodat­ko­wy mon­ta­ży­sta, praw­nik, dwie księ­go­we i nasz dorad­ca biz­ne­so­wy (men­tor). Byli­śmy w cięż­kim szo­ku!

Tu nasz zespól w okro­jo­nym skła­dzie (nie wszy­scy mogli doje­chać, nie wszy­scy miesz­ka­ją w War­sza­wie, tak jak my) – sty­czeń 2016.

zespol-explainvisually-styczen-2016

Dziś – listo­pad 2016 – ta lista jest jesz­cze dłuż­sza (18 osób!), ponie­waż doszło nam dwóch akto­rów rysu­ją­cych rąk, któ­ry rysu­ją fil­my zamiast mnie, kolej­ny copyw­ri­ter i trzech sto­ry­bo­ar­dzi­stów.

I tak, jak pier­wot­nie mój tytuł w stop­ce mailo­wej, na naszej fir­mo­wej stro­nie fil­mo­wej i na wizy­tów­ce brzmiał Ryśli­ciel­ka® /​ Sce­na­rzy­sta /​ Sto­ry­bo­ar­dzi­sta /​ Aktor­ka Rysu­ją­cej Ręki, tak teraz wła­ści­wie (poza nie­śmier­tel­ną Ryśli­ciel­ką®) nie peł­nię już tych ról… Mamy od tego ludzi i Czymś, co w kor­po­dia­lek­cie odda­je moją rolę, jest hasło Dyrek­tor Kre­atyw­ny (ponie­waż koor­dy­nu­ję pra­cę 2 copyw­ri­te­rów, 4 sto­ry­bo­ar­dzi­stów i 2 akto­rów-rysow­ni­ków i czu­wam nad całą pra­cą kon­cep­cyj­ną przy pro­duk­cji fil­mów), choć ja wolę mówić po pro­stu Ta Kre­atyw­na. To dobry duet – Pani Kre­atyw­naPan Tech­nicz­ny.

Mana­ger­ska i zarząd­cza rola Tej Kre­atyw­nej jest dla mnie wciąż nowa i bez­u­stan­nie się jej uczę… Wciąż się zadzi­wiam i zachwy­cam tym, co robię i jakie to wyzwa­nia przy­no­si każ­de­go dnia. Jakie wyzwa­nia? Jakie nauki? No cóż, to już koniec Pro­jek­tu 30:30, zatem pozo­sta­ła nam już ostat­nia lek­cja… i jest to:

Lekcja Pięćdziesiąta – o odpuszczaniu poczucia kontroli, czyli o bezcennej wartości posiadania zespołu

Pamię­ta­cie syn­drom Zosi-Samo­si, o któ­rym pisa­łam w lek­cji Czter­dzie­stej Trze­ciej przy oka­zji mojej pra­cy jako Tre­ner Myśle­nia Wizu­al­ne­go? Zatrud­nie­nie Mar­ty, asy­stent­ki, któ­ra odcią­ży­ła mnie w wie­lu kwe­stiach, o któ­rych nie musia­łam już nawet myśleć było i nadal jest bło­go­sła­wień­stwem. Ale nadal w mojej pra­cy była cała masa rze­czy, któ­re mogłam wyko­nać tyl­ko ja. Kie­dy zaczę­li­śmy robić fil­my, byłam jedy­ną oso­bą od całej pra­cy kon­cep­cyj­nej (sce­na­riusz, sto­ry­bo­ard, ryso­wa­nie fil­mu). Teraz, kie­dy tyl­ko sam zespół kre­atyw­ny liczy 8 osób, ja już tego nie robię. Z naszych 97 fil­mów (stan na 16.11.2016) nary­so­wa­łam zde­cy­do­wa­ną więk­szość z nich, bo 86 fil­mów. Teraz „jedy­ne” co robię, to napro­wa­dzam, kory­gu­ję, wspie­ram, dzie­lę się doświad­cze­niem i pomy­sła­mi, aby­śmy mie­li pew­ność, że nie odbie­ga­my od przy­ję­te­go i wypra­co­wa­ne­go przez nas przez ponad 2 lata stan­dar­du two­rze­nia fil­mów. Oczy­wi­ście nie jest to łatwe: moja wewnętrz­na Zosia Samo­sia nie­jed­no­krot­nie fal­star­to­wa­ła i chcia­ła się wyry­wać mówiąc „dobra, tam, będę zle­cać, sama zro­bię…”. Na szczę­ście łatwiej mi już odpusz­czać. Wiem, że nie jest po pro­stu moż­li­we, aby jed­na oso­ba udźwi­gnę­ła to fizycz­nie.

Towarzyszę

Czer­pię teraz dzi­ką przy­jem­ność z towa­rzy­sze­nia nasze­mu zespo­ło­wi i nauczy­łam się już, że ta przy­jem­ność z bycia z nimi i dla nich może być porów­ny­wal­na z przy­jem­no­ścią samo­dziel­ne­go two­rze­nia (a trza Wam wie­dzieć, że jako demon kre­atyw­no­ści kocham two­rzyć i wymy­ślać). Odbie­ram maila, a tam na przy­kład zro­bio­ny przez nasze­go czło­wie­ka sto­ry­bo­ard – czy­tam go, kopa­ra opa­da mi nie­zli­czo­ną ilość razy, zaśli­niam się i myślę sobie „Rany julek, z jaki­mi fan­ta­stycz­ny­mi ludź­mi mi przy­szło współ­pra­co­wać…!”. Fan­ta­stycz­ny­mi i czę­sto zdol­niej­szy­mi ode mnie o jakieś galak­ty­ki świetl­ne.

Co wię­cej, sama sobie ten zespół zdol­niach w dużej mie­rze wybra­łam w żmud­nym pro­ce­sie rekru­ta­cyj­nym (poni­żej film zapo­wia­da­ją­cy rekru­ta­cję, a tu film po zakoń­cze­niu rekru­ta­cji)

Zarządzam

Cze­go jesz­cze się uczę dzię­ki moje­mu zespo­ło­wi? Zarzą­dza­nia. Oto nagle nie jestem już „tą, co rysu­je”, ale tą, co prze­ka­zu­je cały swój know how, robi to z otwar­tym ser­du­chem, z wiel­kim poczu­ciem humo­ru i z prze­ko­na­niem, że nasi ludzie są w sta­nie to zro­bić tak samo dobrze a nawet jesz­cze lepiej niż ja (cza­sem jestem o tym bar­dziej prze­ko­na­na, niż oni sami ;P).

Motywuję

Jestem też sta­wia­na w roli tej, co np. zmo­ty­wu­je. Zmo­ty­wu­je akto­ra-rysow­ni­ka, któ­re­mu zapał­ki wło­żo­ne w oczy po kil­ku godzi­nach pla­nu fil­mo­we­go już poła­ma­ły się czte­ro­krot­nie pod cię­ża­rem powiek (ach, jak ja znam to uczu­cie, sama prze­cież zuży­łam na to samo zgrzew­kę pude­łek z zapał­ka­mi, wyka­ła­czek i spi­na­czy do bie­li­zny, posy­ła­jąc przy tym soczy­ste wiąz­ki prze­kleństw z wycień­cze­nia i nie­wy­spa­nia). No i tań­czę na pla­nie, roz­śmie­szam, pusz­czam „Boobies, boobies, kit­ties, kit­ties”, żeby tyl­ko aktor dokoń­czył, bo prze­cież deadli­ne goni deadli­ne… Zmo­ty­wu­je copyw­ri­te­ra, któ­ry dzwo­ni i zwie­rza się, że ma kry­zys, bo stoi w miej­scu, nic wymy­ślić nie może, a w ogó­le, to stra­cił ser­ce do tego trwa­ją­ce­go już strasz­nie dłu­go pro­jek­tu…

Nie wiem („nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem”)

Cze­go jesz­cze się uczę? Uczę się na przy­kład nie wie­dzieć. To zna­czy pozwa­lać sobie, że nie wiem tyle o toczą­cych się w fir­mie spra­wach, ile wie­dzia­łam kie­dyś. Bo kie­dyś wie­dzia­łam nie­mal wszyst­ko. Kie­dy Eks­plejn to byłam głów­nie ja i Michał, wspól­nie sie­dzie­li­śmy nad pro­jek­ta­mi i ogar­nia­li­śmy całą bie­żącz­kę, wie­dzie­li­śmy, co się dzie­je z aktu­al­ny­mi fil­ma­mi, każ­dy szcze­gół, poczy­na­jąc cho­ciaż­by od imie­nia i nazwi­ska oso­by, z któ­rą się kon­tak­tu­je­my w danej fir­mie, poprzez mate­ria­ły, jakie już prze­sła­li, cel i dłu­gość fil­mu, a na dedlaj­nie i budże­cie skoń­czyw­szy. Dziś, w poło­wie listo­pa­da, kie­dy mamy 13 otwar­tych, toczą­cych się pro­jek­tów (co ozna­cza 25 fil­mów do nakrę­ce­nia do koń­ca roku 2016) wie­my, że coś robi­my dla jakie­goś Klien­ta, ale szcze­gó­ły…? Szcze­gó­ły umy­ka­ją. My nie wie­my – ale wie np. Maciek, któ­ry się opie­ku­je pro­jek­ta­mi. To uczu­cie, że się nie wie, co dokład­nie dzie­je się w fir­mie, jest uczu­ciem cał­kiem mi dotąd nie­zna­nym – do tej pory jako jed­no­oso­bo­wa fir­ma prze­cież zawsze wie­dzia­łam wszyst­ko!

Nie wie­dzieć o tym, co dokład­nie się dzie­je fir­mie jest cie­ka­wie, choć jest to też dość ambi­wa­lent­ne uczu­cie – bo z jed­nej stro­ny mnie to nie­co swę­dzi i nie­po­koi (jak to? Ja nie wiem, jaki jest sta­tus dane­go pro­jek­tu?! Jestem współ­wła­ści­cie­lem fir­my, kto ma wie­dzieć, jak nie ja!) a z dru­giej stro­ny daje poczu­cie ulgi – że ja już nie muszę pamię­tać o wszyst­kim. Pamię­ta­ją o tym inni i zro­bią to, kie­dy ja zaj­mu­ję się czymś innym, czymś, na co do tej pory nigdy nie mia­łam cza­su, bo prze­cież tkwi­łam w bie­żącz­ce (#projekt3030? ;P). Zro­bi to Maciek, Michał, Mar­ta, Zuza, Arek, Michał II, Adrian, Usa­mah, Ania, Boże­na, Doro­ta I, Pio­trek, Mar­ta, Fre­di, Kasia albo Doro­ta II.

Moja firma, moje dziecko

Ta ambi­wa­len­cja zwią­za­na z uczu­ciem świa­do­mej nie­wie­dzy wyda­je mi się być podob­na do tego uczu­cia, kie­dy posia­dasz dziec­ko i z cza­sem uświa­da­miasz sobie, że ono jest coraz mniej od Cie­bie zależ­ne, bo rośnie i jest coraz bar­dziej samo­dziel­ne. Kie­dy masz nowo­rod­ka, chu­chasz wokół nie­go i dmu­chasz, wiesz wszyst­ko. Wiesz ile i o któ­rej zjadł, wiesz jakie mia­ło rano ubran­ko, ile ubra­nek w cią­gu dnia ufaj­da­ło, (a ponie­waż żart fekal­ny zawsze aktu­al­ny, to pójdź­my w to głę­biej) wiesz, w jakim kolo­rze była kupa, no po pro­stu nie­omal­że j e s t e ś tym dziec­kiem, nawet bar­dziej, niż ono samo. Wiesz o nim z pew­no­ścią wię­cej, niż ono samo. Potem dziec­ko zaczy­na się usa­mo­dziel­niać: na przy­kład uczyć samo­dziel­nie zała­twiać i tra­cisz tę jak­że cen­ną, ale – umów­my się – wca­le nie nie­zbęd­ną do życia wie­dzę… No bo czy to źle, że nie wiesz, ile kup dane­go dnia zro­bił twój pię­cio­la­tek? Twój dzie­się­cio­la­tek? A potem pięt­na­sto­la­tek i dwu­dzie­sto­la­tek…? Powiem wię­cej – jeśli Two­je nasto­let­nie dziec­ko jest zdro­wym, samo­dziel­nie funk­cjo­nu­ją­cym czło­wie­kiem (czy­li żyje bez cho­ro­by, któ­ra przy­ku­ła­by go do łóż­ka i wyma­gał­by przez to Two­jej cią­głej opie­ki), a Ty jako rodzic posia­dasz wie­dzę o tym, ile razy dane­go dnia był w toa­le­cie i jakim kolo­re­me mie­ni­ła się po nim musz­la, to uwa­żam to za wybit­nie nie­zdro­we i nie­hi­gie­nicz­ne. Nie powi­nie­neś tego wie­dzieć, ta wie­dza nie słu­ży ani Tobie, ani tym bar­dziej jemu. Tak samo jak roz­wo­jo­wi fir­my nie słu­ży syn­drom Zosi-samo­si i myśle­nie, że wszyst­ko musisz zro­bić sam i dasz sobie radę bez zespo­łu.

Na począt­ku, kie­dy to dziec­ko rośnie i samo­dziel­nie­je, możesz myśleć „O jej­ku, czy jestem wyrod­ną mat­ką czy ojcem, bo już nie wiem o moim dziec­ku tyle, co kie­dyś?”, tak samo jak ja myśla­łam o mojej fir­mie „O losie, co ze mnie za wła­ści­ciel­ka fir­my, któ­ra nie wie o czym będzie film dla jed­ne­go z Klien­tów!”. Ale odpuść! Nie możesz wie­dzieć wszyst­kie­go. I lepiej, żebyś nie wie­dział. Jeśli nie pozwo­lisz sobie nie wie­dzieć, to ani Ty się nie roz­wi­niesz (nie­od­cię­ta pępo­wi­na), ani Two­je dziec­ko (czy Two­ja fir­ma) się nie roz­wi­nie. I będziesz nadal tą uba­bra­ną w kupie (lub bie­żącz­ce) mat­ką (lub fre­elan­cer­ką), któ­ra nad­gor­li­wie wie­rzy, że wszyst­ko musi sama, że nikt tak jak mamu­sia nie zapa­ku­je kana­pecz­ki do szko­ły (lub nie przy­go­tu­je rekwi­zy­tów do fil­mu), nikt tak nie zało­ży cza­pecz­ki (lub nie ode­gra sce­ny do fil­mu), nikt tak dobrze jak mamu­sia nie dora­dzi dziec­ku w spra­wach dam­sko-męskich (lub nie wymy­śli sto­ry­bo­ar­du), nikt tak jak mamu­sia nie dobie­rze Ci zasło­nek w Two­im miesz­ka­niu (lub dobie­rze sło­wa w sce­na­riu­szu)…

Jeśli wie­rzysz, że wszyst­ko musisz robić sama – to pew­nie pozo­sta­niesz w swo­jej fir­mie SAMA… Jeśli odpu­ścisz i pozwo­lisz sobie nie robić wszyst­kie­go, a do tego pozwo­lisz sobie NIE WIEDZIEĆ, zoba­czysz, jakim uskrzy­dla­ją­cym i roz­wi­ja­ją­cym doświad­cze­niem jest mieć zespół.

Pew­nie podob­nie uskrzy­dla­ją­cym i roz­wi­ja­ją­cym jak posia­dać dziec­ko i towa­rzy­szyć mu w jego roz­wo­ju… Ale co ja tam wiem o dzie­ciach, prze­cież ja jesz­cze nie mam dzie­ci…! Mam fir­mę i kil­ku­na­sto­oso­bo­wy zespół, to na pew­no „cał­kiem co inne­go”… Choć jak widać poni­żej, nie jestem pierw­szą oso­bą, któ­rej ana­lo­gia posia­da­nia fir­my do posia­da­nia dzie­ci wyda­ła się traf­na. Zobacz­cie sami to bar­dzo dobre wystą­pie­nie z TEDxByd­goszcz 2015 (z cie­ka­wych zbie­gów oko­licz­no­ści – kie­dy piszę te sło­wa jestem wła­śnie w dro­dze do Byd­gosz­czy na Festi­wal Came­rI­ma­ge 2016)!

 

 

Na pyta­nie „Jak to jest pro­wa­dzić wła­sną fir­mę?” odpo­wia­da­my dokład­nie tak samo jak przed­się­bior­cy, o któ­rych opo­wia­da Justy­na:

Kie­dy zapy­ta­cie rodzi­ców, czy łatwo jest wycho­wy­wać dzie­ci, to jaką dosta­nie­cie odpo­wiedź? (…) Że to jest trud­ne, że to się nie da! Ale zwy­kle za tym sło­wem NIE, poja­wia się dru­gie sło­wo, też trzy­li­te­ro­we – „ale”. I tutaj rodzi­ce wkła­da­ją mnó­stwo argu­men­tów, żeby poka­zać nam, że ich dzie­ci są całym świa­tem dla tych rodzi­ców, że to była naj­lep­sza decy­zja w ich życiu. (…) Gdy zapy­ta­cie przed­się­bior­ców, czy łatwo jest pro­wa­dzić fir­mę, zgad­nij­cie, jaką dosta­nie­cie odpo­wiedź.… (…) Dosta­nie­cie odpo­wiedź „Oczy­wi­ście, że nie!”. Ale też za tym słów­kiem „nie”, tak samo jak w przy­pad­ku rodzi­ców, poja­wia się słów­ko „ale”. I tutaj przed­się­bior­cy czę­sto prze­ko­nu­ją, że pro­wa­dze­nie fir­my to jest całe ich życie, i że to jest naj­lep­sza decy­zja, jaką mogli pod­jąć. Że nie było nic lep­sze­go. Na począt­ku cie­szy­my się z każ­de­go nowe­go Klien­ta. Cie­szy­my się z tego, że może­my opo­wie­dzieć o wła­snej fir­mie w więk­szym gro­nie, cie­szy­my się z tego, że dosta­je­my zapro­sze­nia na kon­fe­ren­cje, na spo­tka­nia networ­kin­go­we… Póź­niej, nasi Klien­ci pole­ca­ją nas kolej­nym klien­tom, zatrud­nia­my kolej­nych i kolej­nych pra­cow­ni­ków. Aż w koń­cu nasza fir­ma nas nie potrze­bu­je. Oka­zu­je się, że nasza fir­ma radzi sobie cał­kiem dobrze bez naszej obec­no­ści. I to jest ten sam moment, kie­dy doro­słe dzie­ci opusz­cza­ją dom rodzin­ny. Wte­dy przed­się­bior­cy praw­do­po­dob­nie czu­ją się dum­ni, czu­ją się speł­nie­ni, i liczy się to, gdzie jest ich fir­ma dzi­siaj. Co robi, co oni o niej myślą, i co myśli o niej oto­cze­nie.

Ale spo­koj­nie. To nie jest jesz­cze ten moment, że fir­ma mnie nie potrze­bu­je, że już samo­dziel­na i mogę sobie wyje­chać na 3 mie­sią­ce na waka­cje, a kie­dy wró­cę, będzie tak samo dobrze. W meta­fo­rze posia­da­nia dziec­ka, o czym świet­nie opo­wia­da w swo­im wystą­pie­niu Justy­na Bro­niec­ka – Klim na TEDxByd­goszcz, nadal nasze 2,5 let­nie dziec­ko jest oczkiem w naszej gło­wie. Umie już wię­cej niż rok czy dwa lata temu, ale nadal wyma­ga naszej sta­łej opie­ki. Spę­dza­my z naszym dziec­kiem 24 godzi­ny na dobę. Pra­cu­je­my od rana do wie­czo­ra, jeste­śmy – cytu­jąc Justy­nę – „zmę­cze­ni, sfru­stro­wa­ni, czę­sto nie mamy już siły, (…) musi­my pra­co­wać cały czas i non stop”. Jeste­śmy nie­wy­spa­ni, obo­la­li z nie­ru­sza­nia się i sie­dze­nia przy kom­pu­te­rach (a ja jesz­cze od tacha­nia 35 kilo­gra­mów na każ­de szko­le­nie), a na hasło „życie towa­rzy­skie” prze­krzy­wia­my gło­wę niczym pies nasłu­chu­ją­cy nie­zna­ne­go dźwię­ku i pyta­my „A co to…?”

ALE…! 🙂

…to jest całe moje życie.

To jest naj­lep­sza decy­zja, jaką mogłam pod­jąć.

Nie było nic lep­sze­go.

W całym Pro­jek­cie 30:30 i w moich wszyst­kich 30 pra­cach nie było nic lep­sze­go niż posia­da­nie wła­snej fir­my 🙂


DWA GRATISY

No dobra, skła­ma­łam. Tych prac nie było 30… Były w sumie 32 🙂

Praca nr 31

Dora­bia­łam sobie też przez chwi­lę na opie­ce nad dzieć­mi. Mam dowo­dy w posta­ci zdjęć, ale wia­do­mo, jak to jest z umiesz­cza­niem zdjęć dzie­ci w sie­ci. Nie wol­no.

Praca nr 32

I robi­łam popraw­ki kra­wiec­kie. Nie żar­tu­ję! Poni­żej wizu­ali­za­cja, któ­ra wisia­ła na moim sta­rym blo­gu (mia­łam nawet cen­nik – cen­nik-popra­wek-klau­dia-tol­ma­n2). Na blo­gu mia­łam nawet 7 komen­ta­rzy od zado­wo­lo­nych Klien­tów 😀

poprawki-krawieckie-klaudia-tolman-m


Codzien­nie w okre­sie 14 paź­dzier­ni­ka – 16 listo­pa­da 2016 doda­ję kolej­ne pra­ce i lek­cje do tego wpi­su. Wypa­truj „zaja­wek” z hasz­ta­giem #projekt3030 na moim ofi­cjal­nym kana­le na Face­bo­oku: Klau­dia Tol­man – Ryśli­ciel­ka, żeby wie­dzieć, kie­dy dokład­nie tu zaj­rzeć – pro­ces dopi­sy­wa­nia odby­wa się manu­al­nie, nie ma na to żad­ne­go auto­ma­tu 🙂


Dzię­ku­ję Wam, że byli­ście ze mną przez ten cały mie­siąc. Pro­jekt 30:30 to moje kolej­ne „dziec­ko”, z któ­re­go jestem bar­dzo dum­na. Wypa­truj­cie na moim blo­gu i moich kana­łach spo­łecz­no­ścio­wych infor­ma­cji o e‑booku, któ­ry powsta­nie na pod­sta­wie tego wpi­su.

Jestem cie­ka­wa, co o nim myśli­cie? 🙂 Cze­kam na Wasze komen­ta­rze 🙂


Zapraszam do zostawiania swoich uwag, przemyśleń i pytań w komentarzach poniżej!

Naj­cie­kaw­sze komen­ta­rze (pisa­ne poni­żej, a nie pod osob­ny­mi posta­mi na Face­bo­oku) mogą zostać dołą­czo­ne do e‑booka, któ­ry powsta­nie na pod­sta­wie całe­go pro­jek­tu 30:30 🙂

Przewiń do góry